fbpx
Zaznacz stronę

Poezja Pauliny Basi Perczak

 

04/2021

 

Wirus w Koronie

do pustej zakorkowanej butelki
ktoś wrzucił dowód przelewu
za rezerwację piaskowych babek
nad deszczowym Bałtykiem
ktoś inny zatrzasnął w walizce bilety na egzotyczną wycieczkę

ci, owi i tamci
przestali bać się długo wyczekiwanych operacji

dziś rano pogłaskałam kota
teraz opuszki palców zaciskają się na wspomnieniu tej miękkości

w południe zajrzałam w oczy latarce „Made in China”
potem w duszę baterii do pilota
codziennie ścieram z warzyw cienie przewoźników
grzebię je w koszu razem z odciskami gumowych palców

przedwczorajsza ważność priorytetowych zadań
spływa po rękach
razem z antybakteryjnym żelem

nawet słońce przechodzi kwarantannę
tymczasem na niebie jasno świecą

nasi bliscy…

 

nostalgia

bywałam tu i tam
gdzieniegdzie przeniknięta trwaniem
indziej pomiędzy przeprzyszłością
nieobecna tu
zapatrzona tam

woskowałam uszy przed nie
rozcinałam oczy na tak
drzewa szumiały
kwiaty brzęczały
dojrzałe czereśnie topiły się w ustach

zapatrzona w nieobecność
pływałam w Potopie
cięłam się Mieczem
paliłam Ogniem
płakałam z Pięknym Dwudziestoletnim
przesiąknięta dymem z papierosów Hłaski
skakałam
od Platona Kartezjusza Kępińskiego
Freuda Karen Horney do wszelkich Wielkich

a drzewa szumiały
kwiaty brzęczały
dojrzałe czereśnie topiły się w ustach

ginęłam w Powstaniach
paliłam się w piecach
bywałam Antygoną Lady Makbet i Młodym Werterem
ocierając się o nihilizm dekadentyzm i turpizm
nienasycenie poszukiwałam sensu
w pozornym bezsensie
emigrując poza granicę rozsądku
umierałam w Popiołach Marzeń

mówię w języku nie z tego świata
ojczyzną mojej duszy są pisane atramentem z nieba

k s i ą ż k i

 

verso pollice

kolejny kciuk odwrócił się w dół
i nie chce się wracać
do zatrzaśniętego laptopa
w którym przycięto twoją duszę

z każdym wejściem na stronę ubywa ci sił
żeby skasować wczorajszy wpis
nie chcesz wchodzić w miejsca gdzie słowa jak szubienice
(inni tak chętnie kręcą sznur na twojej szyi
przyczepiając do niego jarmarczne piszczałki)

przecież to tylko gest
choć podobno kiedyś
wytaczał z gladiatorów krew
(dziś co najwyżej zgasi iskrę)

to śmieszne
wirtualny kciuk w dół

i stoisz w deszczu nagi jak król

 

futerał

wiele lat temu topiłam się
w metalu
ciężkim jak brzemię lęku
wtapiając w siebie jedno i drugie
aż przestałam oddychać
na wiele świetlnych lat

teraz dopływam do Atlantydy
gdzie w zapiaszczonym pianinie
szum muszli jak wiolonczela
gra pieśń mojego wzruszenia

myślę że gdzieś pomiędzy chmurami
musi być wszystko
żeby człowieka godnie przywitać
chopinowską etiudą

inaczej nie zechcę tam wejść

będę błąkać się w próżni
aż trafię na skrzypce

do których wepchnę moją duszę

 

 

03/2021

 

 

dłużnicy

dawno temu pożyczyłam ci serce
na mały procent wielkiego kredytu
dziś wpychasz je z powrotem
unikając lichwiarskich opłat
które sprytnie ukryłam w umowie*
(*nigdy nie patrzysz  gwiazdom w oczy, 
ale za to uważnie przyglądasz się gwiazdkom)

siedzimy przy okrągłym stole licytując koszty
mnie brakuje ust i pośladków
tobie – torsu i brody
(wzajemne argumenty palą się w rękach)

jestem bankrutem

przechowywanie w miłosnej formalnie
bijącego serca

nie może być tanie

 

kredowe dywany

w domach z tłuczonego szkła
przez rozciągnięty w korytarzu strach
skaczą dzieci
kredowymi ustami rysują 
uwięzione w kieliszkach 
pęknięte serca

w brudnej pościeli toną rodzice
w ich trzewiach rajskie jabłka
z których utoczono ziemskie wino
zatruła się krew
zaczadziły myśli
wystrzeliły w sufit pijane słowa

była praca
jest cztery razy pięćset
plus talony obiadowe z MOPS-u

robić się nie chce
gotować się nie chce

pić się chce

 

blackout

zachmurzone niebo
przesłania resztki snu
coraz wolniej gasnę pośród ciszy
w której ptaki bez skrzydeł
wydziobują z oczu ziarna
kiełkujące kształtem słów

pod szklaną ścianą płaczu
wchodzę w nas coraz tęskniej
gubię przymiotniki
dławię się przecinkami
bez twoich czasowników
nie mogę postawić kropki
w żadnym czasie

na moją obecność położył się cień
twojej nieobecności
w okiennych futrynach zimuje miłość
na szybach przemarznięte pąki marzeń

absencja staje się większa niż kuchenny stół
na którym kroję ostatni wieczór

rozrasta się we mnie brak
rysuje granicę
gdzie kończysz się ty
zaczynam ja

 

yesterday

warto czasem stracić
jedną parę rąk
żeby zatańczyć z ciszą

stać się połowicznym kaleką
i zjeść całą czekoladę
(lub z przyzwyczajenia tylko połowę)
potem poprzeglądać się w pustych kieliszkach
których nie ma już po co napełniać
(a może właśnie teraz jest powód?)

niekiedy trzeba
rozstać się z jedną parą oczu
żeby zauważyć że nie jest się połówką
ale całym jabłkiem 
które potrzebuje wspólnego koszyka
uplecionego  językami z różnych planet

Skip to content