fbpx
Zaznacz stronę

Recenzja książki Było. Dwanaście miniatur nostalgicznych Sebastiana Markiewicza.

Wydawca: Podlaski Instytut Kultury, Białystok 2020.

Są takie książki, po które nie sięga się świadomie, a które na długo zapadają w pamięć. Nie wybieramy się po nie do księgarni czy do biblioteki, a wpadają nam w ręce przez przypadek. Tak było właśnie z tomem, a właściwie tomikiem opowiadań Sebastiana Markiewicza pt. Było. Dwanaście miniatur nostalgicznych, który przesłała mi przyjaciółka, mówiąc, że nasz znajomy napisał książkę. Wiedziałam, że dobrze się znają, lecz dla mnie autor jest zaledwie „znajomym znajomych”. To, że pisze, i to pisze nieźle, jest dla mnie zaskoczeniem. 

Nie wiem, czy autor świadomie wybrał tytuł nawiązujący do Gabriela Garcii Marqueza i jego Dwunastu opowiadań tułaczych, czy też zbieżność liczebnika w tytule jest czysto przypadkowa. W tytule lektury nie doszukiwałabym się też nawiązań biblijnych do dwunastu apostołów. Trzeba jednak przyznać, że tytuł brzmi intrygująco i w mojej opinii nawiązuje, podobnie jak tytuły poszczególnych „miniatur”, do tradycji Marka Hłaski, który swoim dziełom nadawał przyciągające uwagę tytuły. 

Sama okładka też przyciąga wzrok – blok z wielkiej płyty, zdjęcie czarno-białe, na pewno nie stylizowane. Na skrzydełkach okładki lekko tajemnicze zdjęcie autora, a także zdjęcie chłopca kopiącego piłkę w scenerii przypominającej podwórka sprzed kilkudziesięciu lat.

Mówi się, że dobre dzieło literackie poznać można po pierwszym zdaniu. Otwierający tomik tekst Dzieciństwo. Szkic urzekł mnie pierwszym zdaniem, a nawet całym pierwszym akapitem. Autorowi udało się połączyć w nim kilka dobrych wartości – czyta się wartko, choć tekst to refleksyjny i w istocie smutny, czyta się go na wesoło. Wprowadza nas w klimat, w którym dziać się będą następne opowiadania.

Kolejne opowiadania to zbiór przebłysków i wspomnień z dzieciństwa autora, choć niektórych nie może on sam pamiętać, opisuje bowiem siebie jako niemowlę leżące w łóżeczku z perspektywy dorosłych, pogrążonych, jak wszystko w tamtych czasach, w kłębach dymu tytoniowego. Wspomnienia te pochodzą – według mnie, bowiem żadne dokładne daty nie padają w książce ani razu – z przełomu lat 80-tych i 90-tych minionego stulecia; czasem można domyślić się daty po zdaniach „tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego”, lub „kiedy orzeł w godle odzyskał koronę”. Nie wiem, na ile te opowieści są biograficzne – gdyż, jak wspomniałam, słabo znam autora – a na ile „podkolorowane” lub zgoła wymyślone. Ważne w nich jest jednak nie „co”, a „jak”. 

Jest to proza, którą odczuwać można kilkoma zmysłami – przywołuje zapomniane już dźwięki, zapachy i smaki. Przypomina nam, ludziom, którzy mają na karku czterdzieści i więcej lat zapomniane zabawy, gry, sprzęty i ogólnie rzeczywistość, cytując autora „siermiężną”, czasem „trzeszczącą”. I choć Markiewicz używa wobec tamtych czasów takich właśnie, pejoratywnych określeń, wyczuć można, że nie uważa jej za złą, a na pewno nie za gorszą od współczesności. Przeciwnie – gloryfikuje tamte czasy w tym sensie, że ludzie byli sobie bliżsi, spotykali się – dorośli w domach, dzieci na podwórkach i klatkach schodowych.  Wielokrotnie podkreśla, że materialne ubóstwo otoczenia szło w parze ze wzmożonymi kontaktami międzyludzkimi. „Mieliśmy mniej, ale byliśmy bardziej” – kończy jedno z opowiadań. 

Jak wynika z biogramu autora oraz z treści książki, wychowywał się on w Warszawie. Ja spędziłam dzieciństwo w innym mieście, lecz mogłabym obiema rękami podpisać się pod niezwykłym, poetycko-muzycznym wręcz opisem autobusów Ikarus, którym Markiewicz poświęcił tekst pt. Podzwonne dla Ikarusa. Jeździmy Ikarusami po Warszawie, której już nie ma, odwiedzamy zapomniane miejsca i zaułki. Przy okazji dowiadujemy się, co czytał, podróżując „węgierskim arcydziełem myśli technicznej”.

Autor jest mistrzem szczegółu. Niektóre rzeczy pamiętałam z dzieciństwa sama, ale pamięć ta była nieuświadomiona, odżyła pod wpływem tej lektury. O niektórych nie mogłam wiedzieć, bo autor opisuje nam na przykład wnętrze chłopięcej szatni w klubie sportowym i rzeczy, które się tam działy; nie mam pojęcia, czy było tak naprawdę, czy też autor trochę fantazjuje, lecz czytanie tego, to czysta przyjemność. W zamiłowaniu do szczegółu i realizmu widać fascynacje autora twórczością Marka Nowakowskiego.

Czytając Było. Dwanaście miniatur nostalgicznych wzruszamy się i parskamy śmiechem na przemian. Historie wzruszające przeplatają się z tymi, które powodują nie tylko uśmiech, ale i szczery, głośny śmiech – przy czym jest to spowodowane nie tylko opisywanymi sytuacjami, lecz także celnymi sformułowaniami, używanymi przez autora. Niektóre zdania są wręcz perełkami, jak choćby to, że „polonistka pochodziła ze wsi, przez którą ptaki przelatują stylem grzbietowym, by na to nie patrzeć”, lub, że „Kaganiec oświaty uwierał Grubego na tyle mocno, że jak został w czwartej klasie, tak już z niej nie wyszedł”. 

Markiewicz na każdym kroku podkreśla nostalgię za miejscami, których już nie ma (czemu dał wyraz nawet w dedykacji na początku książki) i chyba nie może pogodzić się do końca z obecnymi czasami i tym, co one mu zabrały. Delikatnie sugeruje chęć socjologicznego spojrzenia na pewne zjawiska, jak choćby w takim fragmencie: „Tam, gdzie było nasze pole karne, jest teraz wjazd do garażu jednego z gargameli, jakie pobudowano wszędzie, jak miasto długie i szerokie. Parkują w nim samochody z rejestracjami z całej Polski. Jeżdżą nimi ludzie dumni, że mieszkają w stolicy, choć mieszkania staną się ich własnością za jakieś trzydzieści lat, gdy spłacą ostatnią ratę. Jeżeli dożyją. Każdy spłachetek trawy pożarły miejsca parkingowe”.

Tu i ówdzie widać metafizyczne ciągoty, jak we fragmencie, w którym umiera ciotka, a wieczne pióro, które podarowała autorowi przestało pisać bez żadnej widocznej przyczyny.

Nie wiem czy, i jak rozwinie się kariera pisarska Sebastiana Markiewicza. Jak dla mnie jest to autor, który już w swoim debiucie (a o tym, że jest to debiut prozatorski dowiadujemy się z okładki) pokazuje się nam jako autor dojrzały, świetnie operujący językiem, stosujący ciekawe zabiegi kompozycyjne (jak choćby w tekstach Z gier i zabaw  oraz w Gramy na wyjeździe), wplatający w swe opowieści niezwykle rzadko używane dziś słowa, by przywołać z pamięci zaledwie kilka – rewerencja, sztafaż, pierwociny, a przy tym mający cechę niezbędną do tego, by chciało się czytać dalej – to się po prostu czyta świetnie.

Książka jest niewielka objętościowo – trochę powyżej 100 stron, lecz natężenie emocji, uczuć i dobrego języka jest takie, że śmiało można by nimi obdarować książkę kilkukrotnie „grubszą”.

Jedynym nieporozumieniem w tym zbiorku miniatur jest, jak mi się wydaje, tekst A imię jego, w którym autor wyjaśnia pochodzenie przezwisk swoich kolegów. Czy prawdziwe to przezwiska – tego nie wiem, ale opowiadania tego mogłoby po prostu nie być.

Co ciekawe, książka ta jest nagrodą w konkursie literackim, organizowanym przez wydawcę, którym jest Podlaski Instytut Kultury w Białymstoku i nie ma jej w normalnej sprzedaży w księgarniach. Z tego, co się dowiedziałam, książkę autor dystrybuuje na własną rękę.  Zdaję sobie sprawę, że takich konkursów jest w Polsce na pewno więcej. Iluż takich ciekawych autorów kryje się w domach kultury i innych tego typu instytucjach? Ile dzieł nie opuszcza szuflad (czy też, w dzisiejszych czasach – folderów w komputerach domorosłych pisarzy) i nie mają oni szans na szerszą prezentację, wsparcie marketingowe i inne…

Skip to content