fbpx

Kobiety, które chciały czegoś więcej

Tekst: Paulina Kirschke, Fundacja im. Julii Woykowskiej

Przyjechała do Poznania mając zaledwie 24 lata. Sama – to w tamtych czasach już było niezwykłe. I skandaliczne. Postanowiła założyć tam szkołę, w której dziewczęta będą się uczyć czegoś więcej, niż tylko bycia szczebiocącą po francusku, salonową lalą. Julia Woykowska, jedna z pierwszych polskich feministek, miała równie ciężko jak wszystkie inne kobiety, które chciały „czegoś więcej”.

Julia Molińska-Woykowska 

Urodziła się w 1816 roku, w czasach, w których o Polsce można było marzyć i szeptać o niej po kątach. Rodzice nie chcieli traktować jej inaczej niż czterech swoich synów – zdobyła staranne wykształcenie. Zanim przyjechała do Poznania z pomysłem założenia szkoły, uczyła jako guwernantka, dzieci w wielkopolskich dworach. Dlaczego postanowiła opuścić dom rodzinny i wyjechać do wielkiego miasta? I jak w jej głowie urodził się pomysł, że w nieznanym sobie, dużym mieście, założy szkołę? Trudno się nawet domyślać. Wiemy na pewno, że od 1838 roku wysyła do redakcji „Tygodnika Literackiego”, gazety wychodzącej w Poznaniu i prowadzonej przez Antoniego Molińskiego, swoje teksty i poezje. Dwa lata później jest już w mieście i zakłada swoją pensję. Chce uczyć dziewczyny tego, czego uczono chłopców, a do tego wychować je na świadome obywatelki i patriotki. Mieszczaństwo poznańskie i zagrożone konkurencją właścicielki innych szkół dla dziewcząt, nie zamierzają jednak spokojnie patrzeć na poczynania nowicjuszki. „Kto tę osobę miał honor widzieć, to może śmiało powiedzieć, że ona z tych dziewcząt porobi wariatki!” – pisze w liście do syna zbulwersowana Apolonia Motty. Rzeczywiście, Julia nosi się zupełnie inaczej niż reszta poznanianek. Zamiast kolorowych sukien, kokardek, koronek i długich trenów, woli czarne, proste suknie. Włosy ma przycięte do ucha, zamiast upinać długie pukle w fantazyjne koczki. Zamiast fikuśnych kapelusików wybierała prostą, żołnierską czapkę z daszkiem. Ile dziewcząt zapisało się do pensji Woykowskiej, tego nie wiemy. Pewne jest natomiast to, że w październiku 1840, zmuszona przez władze pruskie, Julia szkołę zamyka.

Zofia Tułodziecka

„Inteligentna kobieta, czy ta z ludu czy ze sfer wyższych, na każdym stanowisku znaleźć się potrafi – pozwólcie jej tylko być sobą – nie pielęgnujcie sztucznie w niej jakichś przestarzałych form i zasad niezgodnych z duchem czasu” – pisała Zofia Tułodziecka. Wiedziała, o czym mówi – potrafiła znaleźć się wszędzie i poradzić sobie w każdej sytuacji.

W domu rodzinnym się nie przelewało. Rodzeństwa było sporo, a dochody ojca niewielkie. Zofia szybko zdecydowała, że musi zacząć zarabiać, aby pomóc w utrzymaniu rodziny. Mając 16 lat postanowiła, że zostanie krawcową. Ruszyła do Warszawy, aby tam uczyć się fachu. Po powrocie do Poznania założyła swoją własną pracownię krawiecką. Zaczynała od jednego pokoiku przy ulicy Strzeleckiej, by z czasem prowadzić salon dla poznańskich fashionistek. „Rzetelną, sumienną i umiejętną pracą, wytwornem poczuciem smaku stworzyła Tułodziecka pracownię krawiecką w swoim czasie najpierwszą w Poznaniu, którą wraz z siostra Anielą prowadziła przez długie lata” – pisała jej biografka Aniela Koehlerówna w 1933 r.

Zofia nie tylko ubierała poznanianki. Pomagała im również spełniać się zawodowo. Uważała, że kobiety mają prawo wybrać takie zajęcie, które im odpowiada, czy się to komuś podoba, czy nie. Założone przez nią „Stowarzyszenie Personelu Żeńskiego w Handlu i Przemyśle” nie tylko pomagało kobietom znaleźć pracę, ale też udzielało porad prawnych i wspierało na trudnym rynku. Sytuacja robotników zatrudnionych w przemyśle była ciężka, kobiet – dodatkowo skomplikowana. Nie tylko musiały borykać się z codzienną niechęcią mężczyzn, problemem były też niższe zarobki. W fabryce chemicznej Milcha na poznańskich Jeżycach, gdzie sporą część załogi stanowiły kobiety, pracownicy wykwalifikowani zarabiali ok. 4,30 marek dziennie, niewykwalifikowani 2,50 marek, a kobiety jedynie 1,30.

Zofia stała się najważniejszą postacią kobiecego, poznańskiego ruchu zawodowego. Szukała sposobów na to, jak pomóc pracującym. Jednym z jej pomysłów było założenie w 1907 r. niewielkiej spółdzielni, „Pracowni Sukien”. Zysk dzielony był między wszystkie zatrudnione tam osoby.

Razem z siostrą Anielą mocno angażowały się też społecznie. Ich działania krytykowała poznańska prasa. Najbardziej dostawało się siostrom za organizowanie wieców. W konserwatywnym „Dzienniku Poznańskim” pojawiały się głosy, że kobiety nie powinny angażować się w taki sposób, lecz być wierne ideałom matki-Polki. Nie robić wokół siebie hałasu, czy – broń Boże! – występować na arenie publicznej. Jedna z czytelniczek „Dziennika Poznańskiego” pisała: „Feminizm wybujały, o którym matko-polko piszesz, jest tworem Twojej wyobraźni, na prowincji bowiem nic o nim nie wiemy – za to pragniemy wszystkie być prawemi obywatelkami i czynnemi polkami. Piszesz Pani, że występowanie publiczne kobiet uważasz za objaw niezdrowego feminizmu. Zapytuję więc Ciebie, jaki feminizm uważasz za zdrowy, bo ja potępiam wszelki feminizm”. Feminizm nabierał pejoratywnego znaczenia.

Wanda Modlibowska

Na polanę pod górą Bałczyna, 3 km od Ostrzeszowa, od rana ciągną tłumy. Kolej uruchomiła specjalny pociąg dla spragnionych mocnych wrażeń turystów. Fotografowie robią zdjęcie,  jak Wanda Modlibowska z szerokim uśmiechem podaje rękę wyższemu o głowę kpt. Mateuszowi Izyckiemu. Chwilę wcześniej 24 latka odebrała dyplom ukończenia pierwszego kursu szybowcowego kategorii A, zorganizowanego przez sekcję szybowcową Aeroklubu Poznańskiego. Jest początek lipca 1933 r. Chyba nie ma upału, bo widzowie widoczni na zdjęciu mają bluzy i kurtki z długimi rękawami. Młode kobiety i dziewczyny patrzą w kierunku Modlibowskiej wyraźnie zafascynowane. Za chwilę Wanda usiądzie na siodełku szybowca, aby zademonstrować, jak się lata. Obecny na miejscu dziennikarz „Kurjera Poznańskiego” napisze później: „Napięte przez kolegów liny gumowe wyprężają zakotwiczony szybowiec, który w oka mgnieniu wystrzela po pochyłości zbocza, unosi się w powietrzu, poczem łagodnym lotem ślizgowym opada kilkaset metrów dalej u stóp Bałczyny. Jeszcze szereg dalszych zlotów śledzi z zainteresowaniem publiczność, darząc piękne wyczyny hucznemi oklaskami. W rozmowie z panią Modlibowską dowiadujemy się, że jest już pilotką samolotu silnikowego, lecz sport szybowcowy bez porównania więcej daje jej emocji i bardziej zaspokaja ambicje sportowe, aniżeli samolot silnikowy”.

Wszystko zaczęło się w jej rodzinnej miejscowości – Czachorowie niedaleko Gostynia. To właśnie tam w 1929 r. przeprowadzał ćwiczenia 3. pułk lotniczy z Poznania. Wanda, za chwilę studentka wydziału chemii na Uniwersytecie Poznańskim, zachwycona przyglądała się manewrom. Postanowiła studiować i jednocześnie uczyć się latać. W 1930 r. wstąpiła do Aeroklubu Poznańskiego, w 1931 r. zdobyła licencję pilota samolotowego. Po Bałczynie zrobiła kolejne kursy szybowcowe. Okazała się niezwykle uzdolnioną pilotką. „Maria Younga, Wanda Modlibowska i Jadwiga Piłsudska „ostro latały” czego dowodem było dawanie im na przeloty coraz nowszych i doskonalszych szybowców. Te trzy kobiece asy miały ogromny talent i czuły latanie. Stąd też były bardzo popularne – częste reportaże w prasie – i dziś należy podkreślić, iż zaliczały się do elity polskich pilotów szybowcowych” – wspominała po latach miłośniczka szybownictwa Irena Steinbock-Horbaczewska.

Modlibiowska w 1937 r. pobiła sześć rekordów szybowcowych Polski. „Dobijałam wtedy trzydziestki. Ale czułam się tak młoda, tak bardzo młoda. Właśnie skończyłam studia na poznańskim uniwersytecie, obroniłam dyplom z chemii nieorganicznej – wydawało mi się, że cały świat stoi przede mną otworem. Studia trwały co prawda nieco przydługo – blisko 10 lat, ale latanie miało swoje prawa. Żeby się wyszkolić w pilotażu motorowym, żeby trenować w aeroklubie, trzeba było dysponować okrągłą sumką, no i ciężko harować w cukrowni Gostyń”.

W 1937 r. bez przygotowania i w zasadzie z marszu Wanda pobiła też rekord świata długości utrzymywania się w powietrzu. „O 8:38 rano wystartowałam wystrzelona z lin gumowych. Komar charakteryzował się zwrotnością i małym opadaniem, ale nie był to szybowiec wyczynowy – otwarta kabina osłonięta była tylko owiewką, więc w nocy potężnie zmarzłam. Dotrwałam do ciemności w powietrzu bez żadnych zakłóceń, korzystając z licznych kominów termicznych. Potężnie chciało mi się tylko jeść, gdyż – aby nie zapeszyć – niczego nie wzięłam. Teraz trzeba jednak było podjąć „męską” – to znaczy, czy próbuję pobić męski rekord – decyzję. Powiedziałam sobie bez wahania – tak! Mimo, że wiatr cichł, prądy termiczne wygasły, latałam dalej tam i z powrotem na słabym „żaglu” zboczowym. Tym razem głównym motorem mojej decyzji i mojej wytrwałości była chęć… dopieczenia kolegom. Dać im bobu tak, żeby popamiętali, że kobieta też coś potrafi!”

Udało się. Wanda spędziła w powietrzu 24 godziny i 14 minut. Nikt wcześniej na świecie nie latał dłużej! W Polsce jej wynik został poprawiony dopiero pod koniec lat 40.