fbpx

Dramat w jednym akcie

OSOBY:

Król
Kanclerz
Błazen
Królowa
Herold I, czyli Lord Protektor
Herold II
Wartownik I
Wartownik II
Chór Demonstrantów, czyli Polityków

SCENA PIERWSZA

Bogato przystrojona  sala tronowa  królewskiego pałacu. Na wielkim, pozłacanym tronie siedzi Król. Monarcha, w koronie na głowie,  jest pogrążony w lekturze – trzyma przed sobą rozwinięty rulon, opatrzony urzędowymi pieczęciami. Z tyłu, za tronem, stoją na baczność dwaj Wartownicy, z halabardami w dłoniach. Po pomieszczeniu swobodnym krokiem przechadza się Błazen, mający na sobie strój, charakterystyczny dla swojej profesji.

Naprzeciwko tronu, na małym foteliku, siedzi w wyczekującej pozie siwowłosy dostojnik – Kanclerz. Po dłuższej chwili Król kończy czytanie i powoli zwija rulon.

Król: – (z aprobatą) Drogi Kanclerzu, należy ci się moje uznanie. Wielkie uznanie! Sumiennie wykonałeś swoją pracę – twój raport o stanie państwa jest rzeczowy, wnikliwy i obiektywny. Brawo! (wyciąga dłoń, by oddać rulon Kanclerzowi)

Kanclerz: – (unosi się na chwilę z  fotela. bierze rulon i kłania się Królowi) Dziękuję Waszej Królewskiej Mości za wyrazy uznania. Jestem zaszczycony… (siada)

Król: – Właściwie, to nie ma w tym raporcie nic, czego bym sam przedtem nie wiedział, ale ty potrafiłeś tak ubrać to wszystko w słowa, tak podsumować, że daje mi to lepszy obraz całości… Zgadzam się też z większością wniosków, jakie z naszej sytuacji wyciągnąłeś.

Kanclerz: – Miło mi to słyszeć, Najjaśniejszy Panie…

Król: – Niestety, nie mogę się zgodzić z jedną radą, której mi w tym piśmie udzieliłeś. Sugerujesz mi mianowicie, żebym rozpoczął wojnę z Hiszpanią, a zdobytymi łupami uzupełnił nasz państwowy skarbiec… Czyż nie tak?

Kanclerz: – Tak jest, Miłościwy Panie! Nasz skarbiec świeci pustkami! Można go zapełnić złotem, jakie Hiszpanie wciąż sprowadzają ze swoich kolonii! (z entuzjazmem) Nasza flota powinna dokonać inwazji na hiszpańskie miasta portowe i nałożyć na nie kontrybucję, powinna też napadać ich statki, wyładowane złotem…

Król: – (żartobliwie) Widzę, że ten pomysł rozpala twoją wyobraźnię, Kanclerzu! To mnie nie dziwi, bo od dawna mamy z Hiszpanią porachunki. Ja sam, na myśl o wojnie z Hiszpanią, czuję się o jakieś dziesięć lat młodszy! (po chwili zastanowienia) Ale nie mogę się zgodzić z twoją radą, nie chcę wszczynać tej wojny. Wojna zabiera dobrych ludzi, a rodzi złych… Wojna jest zawsze złem i to dla obu stron. Złoto nie może być usprawiedliwieniem dla przelewu krwi. (z ironią) I tak uważają mnie w Europie za krwiożerczego despotę, żądnego zwycięstw i podbojów…

Błazen: – (do Króla, żartobliwym tonem) Czy nie czytałeś, Panie, Makiawela? Ludzie, oręż, pieniądze i chleb to cztery nerwy wojny. Wysyłając do Hiszpanii ludzi i oręż, możesz zdobyć chleb i pieniądze. Zwycięski władca zyskuje poklask, ot, co! A ci europejscy demokraci… Poza tym, że pochodzą z wyboru, niczym się nie różnią od despotów…

Król: – (do Błazna) Masz rację, mój błazenku. Demokratyczni politycy schlebiają ludowi, żeby zyskać poklask. Zachowują się tak, jak niewolnicy, żeby tylko móc panować. Ale ja tak postępował nie będę. Jestem dziedzicznym władcą!

Kanclerz: – (do Króla, uniżonym tonem) Ale życzliwość ludu przyda się nawet królowi. A tę zyskać możesz, Panie, właśnie dzięki wojnie. Pozwól sobie zwrócić uwagę, królu, że mamy realną szansę na zwycięstwo w tej walce. Po zwycięstwie lud będzie szalał z radości i nikt nie będzie pamiętał o ofiarach… Ważne jest i to, że podczas wojny wszelki opór poddanych wobec rządów Waszej Królewskiej Mości można będzie potraktować jako zdradę narodową i karać tym surowiej… (stanowczo) Poza tym, nie widzę innego wyjścia, by zapełnić państwowy skarbiec. Albo wojna, albo nowy, dodatkowy podatek – tylko taki masz wybór, Najjaśniejszy Panie!

Król: – (potakując) To prawda, tylko taki mam wybór. Wiem o tym dobrze, mój wierny sługo… Tylko wy obaj (spogląda przelotnie na Błazna) zawsze mówicie mi prawdę i za to właśnie was tak cenię. Ale nowy podatek? Aż boję się o tym pomyśleć…

Milknie, bo drzwi się otwierają i do sali tanecznym krokiem wchodzi Królowa. Jest ubrana w piękne, powłóczyste szaty. Nie zwraca uwagi na otoczenie, jest zachwycona swoim strojem. Przechodząc obok tronu, zatrzymuje się na moment.

Królowa: – (do Króla, głosem pełnym słodyczy) Panie, jak znajdujesz moją nową suknię? Czyż nie jest  wspaniała?

Król: – (z ukłonem) Ta suknia jest godna twej urody, łaskawa pani. A ty jesteś dziś piękniejsza, niż kiedykolwiek…

Królowa oddala się tanecznym krokiem i wychodzi z sali.

Król: – (do Kanclerza, ze smutnym uśmiechem) Moja kochana, młoda żoneczka, jak widzę, szykuje się na wielki bal. To dobrze, to jej daje tyle radości… (po chwili) Ale o czym to mówiliśmy?

Kanclerz: – O tym, że… Że nasi kupcy i rzemieślnicy nie dają sobie rady z płaceniem obecnych podatków. Zwiększenie tych podatków albo wprowadzenie nowych byłoby przyjęte z wściekłością i z oburzeniem. Groziłoby to powszechnym buntem!

Król: – (z niepokojem) I co w tej sytuacji mam zrobić? Bo odwlekać decyzji też nie mogę…

Kanclerz: – (klękając przed tronem) Błagam cię, najszlachetniejszy królu, wybierz wojnę! Zwyciężysz, przywieziesz złoto i zapewnisz sobie długie lata spokojnych rządów, a krajowi – dobrobyt. Wprowadzenie dodatkowych podatków to też wojna, ale wojna domowa – wojna, w której nasz kraj może tylko stracić, a nigdy wygrać…

Król: – (tonem łagodnym, ale zdecydowanym) Wstań, Kanclerzu! Nie lubię, jak przede mną klękają… (Kanclerz wstaje z klęczek i siada na swoim fotelu) Moja decyzja jest nieodwołalna – wprowadzam nowy podatek! Przygotuj stosowny dokument, to go podpiszę.

Kanclerz: – (z ukłonem) Stanie się wedle twej woli, Najjaśniejszy Panie… Dokument będzie gotowy jeszcze dziś. Chciałbym tylko wiedzieć… jaki to będzie podatek? Co Wasza Królewska Mość raczy tym razem opodatkować? Bo tak naprawdę, to wszystko, co się da, już dawno zostało w naszym kraju opodatkowane…

Król: – To prawda! (po namyśle) Wieśniacy ledwo dyszą, nie da się z nich nic wycisnąć… Kupcy też cienko przędą…

Błazen: – (robiąc fikołki i rozmaite ćwiczenia gimnastyczne) Najjaśniejszy Panie, najlepiej opodatkuj …głupotę! Wówczas prawie wszyscy mieszkańcy królestwa staną się twoimi dłużnikami… A może opodatkujesz przywóz towarów z obcych krajów? Albo przekraczanie granicy? Albo… ponuractwo? Albo robienie głupich min, o takich… (wykrzywia twarz w najdziwniejszych grymasach) A może opodatkujesz domy rozpusty? Tam chadzają tylko ci, którzy mają pieniądze…

Kanclerz: – (do Króla, nie zwracając uwagi na Błazna) Może obłożymy podatkiem kler…

Król: – Kler? Nie! To nie wchodzi w grę! Duchowieństwo to podpora tronu! Tak samo jak szlachta i arystokracja.

Błazen: – (śmiejąc się) Gdyby duchowieństwo stawało w obronie wszystkich walących się tronów i upadających państw, to chrześcijaństwo już dawno by znikło z powierzchni ziemi…

Kanclerz: – (z kwaśną miną) Przykro mi, ale ten Błazen mówi prawdę. Najjaśniejszy Panie, te wszystkie podpory pierwsze odwrócą się od ciebie, gdy tylko twoja władza będzie zagrożona. W chwilach klęski każdy władca jest samotny… Twoją jedyną, rzeczywistą podporą są ci, którzy płacą podatki, a w nich właśnie zamierzamy uderzyć…

Król: – (nie zwraca uwagi na słowa Kanclerza, jest zamyślony) Nie ma chyba innego wyjścia, trzeba obciążyć miejskich sklepikarzy i rzemieślników… (do Kanclerza, zdecydowanym tonem) Wprowadzam dodatkowy, jednorazowy podatek od każdego kramu i warsztatu, w wysokości jednej trzeciej podatku rocznego, płaconego dotychczas przez ich właścicieli! Przygotuj stosowny dekret.

Kanclerz: – (z niepokojem) To na pewno wzbudzi protesty, które oby nie trwały zbyt długo! Dla wielu kupców ten podatek może oznaczać ruinę… Ale wiem, że w skarbcu pusto i nie ma innego wyjścia… Najjaśniejszy Panie, pozwól, że pójdę do kancelarii i każę niezwłocznie napisać ten dokument. (Król potakuje w milczeniu, po czym Kanclerz wstaje i kłania się) Ale jak mam uzasadnić wprowadzenie nowego podatku? Jaki powód mam podać w dekrecie?

Król: – Napisz, że jest to (zastanawia się przez dłuższą chwilę) …jednorazowy dar dla monarchy z okazji przypadających niedługo, jeszcze w tym miesiącu, moich siedemdziesiątych urodzin. Niech to się w ogóle nie nazywa podatek, nazwa Dar Urodzinowy brzmi znacznie lepiej.

Kanclerz: – Tak uczynię. Jak zwykle, zadziwiasz mnie swoją przenikliwością, Najjaśniejszy Panie. (kłania się raz jeszcze i wychodzi)

Błazen: – (drapiąc się po głowie) Coś ty najlepszego uczynił, Królu? Obawiam się, że przez twoje fanaberie stracę źródło utrzymania. I gdzie ja teraz znajdę tak dobrą posadę? Czy znajdzie się ktoś równie głupi jak ty, Panie, kto będzie mi płacił za to, że się z niego naśmiewam?

Król: – Masz rację, drugiego takiego durnia w całym moim królestwie nie ma! (obaj z Błaznem śmieją się głośno)

SCENA DRUGA

Do sali wchodzi Kanclerz, który trzyma w dłoni ogromny rulon z  pieczęciami. Kanclerz kłania się, a potem podchodzi do tronu. Rozwija rulon i wręcza go Królowi. Król czyta, kiwa głową z zadowoleniem, a potem wstaje i podchodzi do ogromnego biurka, stojącego pośrodku sali. Kładzie rulon na biurku. Sięga po gęsie pióro, macza je w kałamarzu i podpisuje dokument. Odkłada pióro, a potem oddaje dokument Kanclerzowi. Błazen przez cały czas siedzi w kącie, zamyślony.

Kanclerz: – (zwijając dokument w rulon) Teraz mogę już przystąpić do wprowadzenie nowego podatku. To jest, chciałem powiedzieć, Daru Urodzinowego dla Waszej Królewskiej Mości.

Król: – (ponownie rozsiadając się na swoim tronie) Uczyń to! Jak najrychlej! Najlepiej jeszcze dziś. Podatek wejdzie w życie niezwłocznie, od razu w chwili ogłoszenia dekretu.

Kanclerz: – (stając naprzeciwko tronu) I właśnie z tym jest problem, Najjaśniejszy Panie. W myśl odwiecznego obyczaju, każdy nowy podatek musi zostać ogłoszony przez herolda, na głównym rynku stolicy. Herold wjeżdża konno na środek placu, odgrywa hejnał na trąbce, a potem głośno odczytuje tekst dekretu…

Król: – (ze zdziwieniem) Wiem, że tak to się zawsze odbywa. Czy coś stoi na przeszkodzie, żeby i tym razem tak się stało?

Kanclerz: – (odchrząkując) Problem jest natury …zasadniczej. W całym pałacu nie mogę znaleźć ani jednego herolda, który by się na to odważył. Każdy z nich boi się o swe życie. Oni dobrze wiedzą, że po usłyszeniu takich wieści tłum… rozerwie ich na strzępy…

Błazen: – To zrozumiałe – nikt nie chce być heroldem złej nowiny. Zaś każdy, kto już kiedyś dostał w gębę i chce dostać ponownie, byłby zwykłym durniem…

Król: – Coś takiego! To już nawet na pachołków nie mogę liczyć! To po co ja utrzymuję tylu darmozjadów na moim dworze? Wszystko przez to, że zawsze byłem zbyt łagodny dla sług. Mój ojciec skazałby takich heroldów na łamanie kołem!

Kanclerz: – Pozwól sobie powiedzieć, Najjaśniejszy Panie, że ci heroldowie naprawdę mają powody do obaw. Szansa na to, że wrócą żywi do pałacu, jest niewielka…

Błazen: – (kiwając smętnie głową) Za to prawdopodobieństwo tego, że tron upadnie, jest duże. A prawdopodobieństwo, które trwa zbyt długo, zmienia się w pewność…

Kanclerz: – Zresztą, Panie, możesz przekonać się sam. Wybrałem dwóch heroldów, dwóch najtęższych zuchów i kazałem im czekać przed drzwiami. Czy mam ich wezwać? (widząc potakujący gest Króla, Kanclerz klaszcze w dłonie)

Do sali nieśmiało wchodzą dwaj młodzieńcy, odziani w dworskie szaty)

Kanclerz: – (do heroldów) Śmiało, chłopcy,  podejdźcie bliżej! (młodzieńcy zdejmują kapelusze, podchodzą do tronu i klękają przed Królem)

Król: – (do heroldów, życzliwym tonem) Wstańcie, moi drodzy. (heroldowie wstają, z obawą wpatrując się w królewskie oblicze. kapelusze trzymają w dłoniach) Podobno odmawiacie wykonania mojego rozkazu… Czy to prawda? (spogląda pytająco na Herolda I)

Kanclerz: – (do Herolda I, ponaglająco) Odpowiadaj, kiedy Najjaśniejszy Pan pyta!

Herold I: – (do Króla, z ukłonem) Najjaśniejszy Panie… Kiedy ja… ja zawsze wykonywałem wszelkie rozkazy… Jestem twoim wiernym sługą… Ale tak się boję… Boję się, że tłum mnie zabije… Już poprzednim razem, kiedy odczytywałem dekret o wprowadzeniu podatku od sprzedaży wędzonych ryb, przekupki obrzuciły mnie rybimi wnętrznościami… Tfu! (otrząsa się z obrzydzeniem) Bardzo się boję, Najjaśniejszy Panie… Jeśli osobiście wydasz mi takie polecenie, to je wykonam, ale błagam – wyślij tam kogoś innego… (klęka)

Król: – (do Kanclerza, z niesmakiem spoglądając na Herolda I) I to ma być, jak sam powiedziałeś, zuch? Równie dobrze mógłbym tam posłać którąś z naszych kucharek. (ironicznie) Kto wie, może to jest jakiś pomysł… (do Herolda I) Wstań, mój drogi. Nie obawiaj się,  nie będziesz odczytywał tego dekretu. Nie chciałbym, żeby ktoś tak tchórzliwy mnie reprezentował. I to ma być królewski herold! (Herold I wstaje, oddychając z ulgą)

Błazen: – Co za szczęściarz! Ma teraz tak dobrze jak ja – nas obu na pewno nie wyślą.

Król: – (przyglądając się badawczo Heroldowi II) A ty, chłopcze? Czy jesteś równie bojaźliwy, jak twój kolega?

Herold II: – (z ukłonem) I ja się boję tego zadania, Najjaśniejszy Panie. Ale… Ale mógłbym je wykonać…

Król: – (nieprzyjemnie zdziwiony) Mógłbyś? Co to znaczy „mógłbyś”? Czy tak się odpowiada na pytanie, zadane przez króla? To niesłychane! Powiedz mi lepiej, czy naprawdę wykonasz mój rozkaz!

Herold II: – (z wahaniem) Powiem szczerze, Najjaśniejszy Panie, ale z góry błagam o wybaczenie. Wykonam to zadanie, jeśli zechcesz przyznać dożywotnią rentę mojemu ojcu. To starzec, on mieszka daleko od stolicy, na wsi. Jest stary, nie ma środków do życia. W młodości służył w wojsku i przelewał krew pod twoim dowództwem, Najjaśniejszy Panie. Tam, na wojnie, stracił nogę… Pomagam mu, jak mogę, ale mogę niewiele…

Kanclerz: – (do Herolda II, z oburzeniem) Cóż to za zuchwalstwo! Masz czelność stawiać warunki, niegodny sługo?

Król: – (spogląda pytająco na Kanclerza, a potem ze zdziwieniem przygląda się Heroldowi II) To śmiała prośba, muszę przyznać! Ale przynajmniej szczera. (do Herolda II) Mam ci więc  dodatkowo zapłacić za zadanie, które i tak należy do twoich obowiązków. Co za czasy! (wzdycha głęboko) No dobrze, zgadzam się, chłopcze! Twoja prośba zostanie spełniona, daję ci na to moje królewskie słowo! Bądź równie śmiały na placu, podczas odczytywania dekretu, jak jesteś tutaj, przed moim obliczem. (do Kanclerza) Kanclerzu, jeszcze dziś wypiszesz dokument, przyznający rentę ojcu tego chłopca. A teraz daj dekret naszemu bohaterowi i niech natychmiast jedzie na plac, żeby go odczytać!

Błazen: – (kręcąc głową z podziwem) A to spryciarz! Jak widzę, odwaga też ma swoją cenę! Taki syn też by mi się przydał na starość…

Herold II: – (uszczęśliwiony, pada na kolana przed Królem) Dzięki ci, Najjaśniejszy Panie! Niezwłocznie wyruszam, żeby ogłosić dekret ludowi. (wstaje, odbiera dekret z rąk Kanclerza i raz jeszcze zwraca się do Króla) Najjaśniejszy Panie, proszę też o sakiewkę ze złotymi monetami.

Król: – (ze zdziwieniem) A cóż to za pomysł? Jeszcze ci mało?

Herold II: – Nie, najjaśniejszy Panie, to nie dla mnie. Te monety bardzo mi się przydadzą w ucieczce. Po ogłoszeniu dekretu rzucę na boki po garści złotych monet, żeby odciągnąć uwagę tłumu. Dzięki temu otworzę sobie drogę do ucieczki, zepnę konia ostrogami i …już mnie tam nie ma!

Król: – (z uznaniem) To całkiem niezły plan, chłopcze. Widzę, że wszystko przemyślałeś. Kanclerzu, daj mu sakiewkę. (Kanclerz podchodzi do biurka, otwiera jedną z szuflad i wyciąga stamtąd pękatą sakiewkę. przez chwilę waży ją w dłoni, a potem z niechęcią wręcza ją Heroldowi II)

Kanclerz: – (do Herolda II, tonem napomnienia) Tylko nie zawiedź zaufania swego monarchy, chłopcze. Liczę na ciebie… I będę z oddali obserwował twoje poczynania.

Herold II: – (radośnie) Nie zawiodę! Na pewno nie zawiodę!

Kanclerz: – To znakomicie. A teraz możecie już odejść.

Obaj heroldowie kłaniają się głęboko Królowi, a potem szybko wychodzą, prowadzeni przez Kanclerza.

SCENA TRZECIA

Król jest zaniepokojony, nerwowo pociera dłonią czoło, wsłuchuje się w dobiegające z zewnątrz hałasy. Z oddali słychać odgłosy walki, okrzyki. Po pewnym czasie Król wstaje. Niespokojnie przechadza się w kółko przed tronem.

Nagle drzwi się otwierają i do sali wbiega Kanclerz. Jest bez kapelusza, ubranie ma  w kilku miejscach porozdzierane.

Kanclerz: – (zadyszanym, przerażonym głosem) Panie! Najjaśniejszy Panie! Królu! (podbiega do Króla i klęka przed nim)

Król: – (chwytając go za ramiona, z niepokojem) Co się stało, mój Kanclerzu? Co ci jest? Mów! Mów szybko! Siadaj!

Kanclerz: – (oddychając głęboko) Panie! Panie, ratuj się! Musisz niezwłocznie opuścić pałac! Zaraz tu będą! Ledwie im uciekłem! (siada na foteliku)

Król: – Uciekłeś? Komu uciekłeś?

Kanclerz: – Komu? Tłumowi! Najjaśniejszy Panie, czy nie słyszysz, co się dzieje? Te odgłosy walki…

Król: – Tak, słyszę… Już od godziny słychać jakieś hałasy, dobiegające od strony miasta… Słychać je coraz głośniej, widocznie… Widocznie tumult jest coraz bliżej. Od razu pomyślałem, że to mogą być zamieszki, spowodowane przez ogłoszenie podatku, ale liczyłem na to, że wszystko się szybko uspokoi. Tak, jak zazwyczaj. Przecież takie bunty zdarzały się co parę lat, ale zawsze kończyły się na niczym…

Kanclerz: – Zapewniam cię, Panie, że z tym buntem będzie inaczej… To zorganizowany bunt, który ma swoich prowodyrów… Co ja tu mówię – bunt? Przecież to nie bunt, to rewolucja! Rewolucja! Oni chcą pozbawić cię władzy, Panie! Tłum idzie na pałac, a nasi żołnierze nie będą w stanie długo ich powstrzymywać… (ocierając dłonią spocone czoło) Muszę przyznać, że ten nasz herold spisał się dzielnie: odczytał dekret o wprowadzeniu podatku i usiłował potem odjechać. Gdy przekupnie zastąpili mu drogę, herold wyciągnął sakiewkę, sięgnął do środka, rzucił i… (rozkładając bezradnie ramiona) I to był jego koniec…

Król: – (ze zdziwieniem, nerwowym krokiem przechadzając się po pokoju) Koniec? Jak to koniec? Nie rozumiem…

Kanclerz: – (w osłupieniu) Okazało się, że w sakiewce nie było złota. Były tam kamienie! Nie wiem, jak to się stało, przecież sam miałem tę sakiewkę w rękach i wiem, że były w niej złote monety. To było złoto najwyższej próby! Nie rozumiem…

Król: – Może nasz herold wyjął monety, żeby je sobie przywłaszczyć?

Kanclerz: – Nie przypuszczam, żeby ten chłopak był tak głupi. Wiedział przecież, na co się porywa i jakie mu grozi niebezpieczeństwo. Myślę, że raczej ktoś mu przedtem te pieniądze wykradł… Tak czy owak, herold cisnął w tłum garść kamieni i dopiero wtedy połapał się, co zrobił. A rozwścieczony motłoch ściągnął go z konia i zmasakrował na śmierć… (smętnie kiwając głową) Tak, tak… Widziałem to wszystko z daleka. Potem na ulicach rozpoczęła się taka bijatyka i polowanie na twoich, Panie, zwolenników, że ledwo zdołałem uciec…(milknie na moment, bo z zewnątrz dobiegają coraz głośniejsze odgłosy walki) Najjaśniejszy Panie, czas nagli! Nie ma na co czekać! Musisz walczyć, bo oni chcą pozbawić cię nie tylko władzy, ale i życia!

Król: – Pozbawić mnie władzy? A któż miałby zająć moje miejsce? Przecież nie mam dzieci… A w całym królestwie jest tylko jeden człowiek, który zna się na rządzeniu państwem i byłby w stanie podołać temu zadaniu – ty! (siląc się na dobry humor) Kanclerzu, a może to ty zorganizowałeś te zamieszki?

Błazen: – Nie, to ja sprowokowałem rozruchy, żeby mieć nowy temat do dowcipów…

Kanclerz: – Nie pora teraz na żarty, Najjaśniejszy Panie! Czy naprawdę myślisz, że zmiana władzy dokonuje się wyłącznie wtedy, gdy jest to zmiana na lepsze? (kręci przecząco głową) Musisz działać, panie! Wszystko już przemyślałem. (po namyśle) Twoje jedyne wyjście, Panie, to ucieczka! Wydostaniemy się z pałacu tylnym wyjściem, biorąc z sobą tylko mały oddział konnicy. Zatrzymamy się dopiero w twierdzy Huttington. Tam Wasza Królewska Mość wezwie do siebie wojska, stacjonujące na granicach i potem, na czele tych wojsk uderzy na zbuntowaną stolicę. I wtedy będzie po wszystkim…

Król: – Całkiem logiczny plan. Ile to wszystko musiałoby potrwać?

Kanclerz: – Biorąc pod uwagę wrogie nastroje i liczebność buntowników, to… Myślę, że najdalej za pół roku Wasza Królewska Mość będzie mógł ponownie rozgościć się w tym pałacu.

Król: – Pół roku? Pół roku wojny domowej? To straszne… Ilu będzie zabitych, ile zniszczeń… Przecież te siły moglibyśmy z lepszym pożytkiem rzucić przeciwko Hiszpanii! (wsłuchuje się przez chwilę w odgłosy walki, które stają się jeszcze bardziej donośne) Niestety, miałeś rację, namawiając mnie do wojny z Hiszpanią…

Kanclerz: – (sam do siebie) Co mi po racji, kiedy państwo ginie… Wolałbym się mylić.

Błazen: – (wzruszając ramionami) Co mi po państwie, kiedy sam mogę zginąć…

Król: – Tak sobie myślę… Może powinienem napisać odezwę do mego ludu? Wyjaśnić w tym piśmie przyczyny mojej decyzji, opisać sytuację kraju…

Kanclerz: – Odezwa? Pisać odezwę? Ależ Najjaśniejszy Panie, tu nie trzeba pióra, tu trzeba armat!

Król: – (z niesmakiem) Armat? Mam użyć armat przeciwko swoim poddanym? Nigdy! To byłoby niegodne króla!

Kanclerz: – Zrozum, Panie, że tak trzeba! Przecież żaden z republikańskich rządów nie zawahałby się w takiej sytuacji przed użyciem armat! Armaty rozproszyłyby buntowników!

Błazen: – Zabić część ludu, żeby uspokoić resztę? Niezła myśl.

Król: – Na szczęście nie jestem demokratą. Jako władca absolutny, muszę być absolutnie uczciwy. Starożytni Grecy po tym właśnie odróżniali monarchię od tyranii…

Z zewnątrz słuchać coraz głośniejszy hałas: wybuchy, salwy  karabinowe, okrzyki, jęki i szczęk krzyżujących się szabel.

Kanclerz: – Panie, teraz nie czas na takie rozmowy! (podbiega do otwartego okna i rozgląda się na wszystkie strony) I chyba w ogóle jest już za późno na jakąkolwiek decyzję… Tłum wdarł się na dziedziniec! Żołnierze uciekają, a niektórzy z nich bratają się z ludem… Buntownicy są już pod murami pałacu! A na ich czele idzie… Co takiego? Co? To niewiarygodne, to niepojęte! (chwyta się oburącz za głowę) Co za tłum! Już… (milknie na moment, tak jakby stracił dech) Już jest po wszystkim… Buntownicy zaraz tu będą… (odchodzi od okna i siada u stop tronu)

Chór Demonstrantów: – (przez otwarte okno słychać, jak skandują donośnie) Precz z królem! Precz z monarchią! Niech żyje republika!

Król rozsiada się wygodnie na tronie. Oddycha ciężko, ale staje się nagle spokojniejszy, jakby ktoś zdjął mu z ramion ogromny ciężar. Obaj wartownicy błyskawicznie uciekają z sali, porzucając halabardy, co Król kwituje pogardliwym machnięciem ręką.

Błazen: – (sam do siebie) Zaiste, nader dzielnych wartowników miał nasz monarcha! Przez całe lata stali obok tronu, nic nie robiąc, a gdy raz wreszcie mogli być potrzebni – uciekli! (podnosi jedną z halabard i staje na miejscu wartownika)

Chór Demonstrantów: – (słychać, jak skandują donośnie) Precz z królem! Precz z monarchią! Niech żyje republika!

Król, Kanclerz i Błazen nie odzywają się, z napięciem i niepokojem spoglądając w kierunku drzwi.

SCENA CZWARTA

Słychać zbliżający się, narastający gwar i tupot kroków w pałacowych korytarzach. Po chwili drzwi gwałtownie się otwierają i do sali wbiega Herold I, a za nim grupa uzbrojonych w karabiny, kosy i drągi Demonstrantów. Demonstranci mają na sobie zgrzebne, ubogie odzienie. Po wtargnięciu do sali Demonstranci zwalniają, a w końcu stają nieruchomo, onieśmieleni widokiem Króla. Niektórzy zdejmują czapki z głów.

Zapada długotrwała cisza, której nikt nie ma odwagi przerwać.

Król: – (sam do siebie, półgłosem) Nie ma powodu, żeby odwlekać to, co i tak jest nieuniknione… (głośno, do Herolda I) Oooo, widzę mego wiernego sługę… Twój chciwy kolega podobno zginął, a ty, jak widzę, miewasz się świetnie. Podobno nie miałeś odwagi spotkać się z tłumem, by wykonać mój rozkaz. A teraz przybywasz tu na czele buntowników? Jak to wyjaśnić? Czyżby nagle przybyło ci odwagi?

Herold I: – (odchrząkując) Nie przybyło mi odwagi, bo zawsze byłem odważny. Musiałem jednak ukrywać moje prawdziwe poglądy i prawdziwą postawę. Wraz z grupą tu obecnych mieszczan (pokazuje na towarzyszących mu Demonstrantów) zorganizowaliśmy rewolucyjny spisek i czekaliśmy tylko na wybuch ludowego gniewu, by przejąć władzę. Nowy podatek stał się iskrą, od której wybuchła nasza rewolucja!

Chór Demonstrantów: – (z entuzjazmem) Brawo! Brawo! Precz z królem! Precz z monarchią! Niech żyje republika!

Herold I: – Od tej chwili nie ma już monarchii, nie ma już króla! Ja przejmuję władzę! Niniejszym ogłaszam początek republiki i przyjmuję tytuł Lorda Protektora. Równocześnie ogłaszam twoją detronizację, uzurpatorze! (pokazuje na Króla)

Chór Demonstrantów: – (do Lorda Protektora) A my? Co z nami?

Lord Protektor: – (do Demonstrantów) Wy, jako najbardziej świadoma część ludu, jesteście od tej chwili członkami nowego, demokratycznego, ludowego rządu!

Chór Demonstrantów: – (z entuzjazmem) Brawo! Brawo! Niech żyje republika! Niech żyje demokracja! (Demonstranci jak na komendę zdejmują z siebie zgrzebne, ubogie szaty. okazuje się że pod spodem wszyscy oni mieli na sobie dobrze skrojone, eleganckie garnitury. zaczynają myszkować po izbie i wyciągać z różnych zakamarków bukłaki z winem.  w radosnym nastroju rozlewają wino do pucharów i piją)

Król: – (z oburzeniem) Co to ma znaczyć? O czym wy tu mówicie? Co to wszystko ma znaczyć? Jakim prawem przejmujecie władzę? Ja jestem przecież pomazańcem bożym…

Lord Protektor: – (do Króla) Jakim prawem? Jakim? A takim! (podbiega do otwartego okna i ukazuje się ludowi. natychmiast rozlegają się wiwaty i entuzjastyczne okrzyki.  woła na całe gardło, wychylając się przez otwarte okno pałacu, żeby wszyscy na zewnątrz mogli go słyszeć) Drodzy mieszkańcy naszej stolicy! Ludu pracujący miast i wsi! Oto zaczęła się dla was epoka wolności! W miejsce tyranii powstała republika! (rozlegają się gromkie owacje) Niniejszym, jako Lord Protektor, stojący na czele nowego rządu naszej republiki, znoszę nowy podatek, nałożony dziś przez króla – tyrana! (owacje, wiwaty bez końca) Wszystkie pozostałe podatki pozostają w mocy i trzeba je płacić, bo tyran pozostawił państwowy skarbiec w ruinie! Pozostają też w mocy dotychczasowe przepisy prawa! Podjąłem także decyzję, że były król zostanie ścięty jeszcze dziś, by uniknąć wojny domowej i zapewnić spokój krajowi! (rozlegają się  entuzjastyczne okrzyki: Lord Protektor! Lord Protektor!)

Lord Protektor: – (odchodzi od okna i staje przed Królem w hardej pozie) I co na to powiesz, króliku? To jest moje prawo, to jest moja siła, to jest mój jedyny doradca! (pokazuje w stronę okna) A ty pójdziesz teraz na śmierć, razem ze swoim Kanclerzem! (klaszcze w dłonie) Wartownicy, do mnie!

Błazen: – (sam do siebie) Tak to się zazwyczaj dzieje w czasie rewolucji: każdy co innego uważa za prawo, nic za bezprawie…

Obaj wartownicy w pośpiechu wbiegają do sali. Jeden z nich podnosi swoją halabardę z podłogi, drugi wyrywa swoją z rąk Błazna. Wartownicy stają na baczność przed Lordem Protektorem.

Lord Protektor: – (pokazując na Króla i Kanclerza) Zabierzcie ich obu i natychmiast oddajcie w ręce kata. Jeszcze dziś mają zostać ścięci. (Wartownicy gorliwie  i brutalnie wykonują rozkaz – jeden z nich chwyta za ramię Króla, a drugi Kanclerza, wlokąc ich w stronę drzwi)

Król: – (do Lorda Protektora, pogardliwie) Skoro mam być ścięty bez sądu, to trudno. Urodziłem się królem, dziedzicznym władcą tych ziem, więc wyrok żadnego trybunału i tak nie ma dla mnie znaczenia… Ale byłbyś ostatnim głupcem, nikczemny pachołku, gdybyś posłał na śmierć także Kanclerza. On zna tajniki rządzenia, zna wszystkie traktaty i dokumenty, będzie dla ciebie nieocenionym doradcą. Oszczędź go, to przyda ci się w kancelarii. A przede wszystkim, przyda się krajowi.

Lord Protektor: – Może to i racja. (do wartowników) Stójcie! Puśćcie Kanclerza. (do Kanclerza) Czy już teraz masz dla mnie jakąś radę?

Kanclerz podchodzi do Lorda Protektora, kłania się mu czołobitnie, a potem  szeptem długo mówi mu coś na ucho. Lord Protektor potakuje, zastanawia się przez chwilę i ponownie wychyla się przez okno. Gdy Lord Protektor jest odwrócony tyłem do Kanclerza, ten ukradkowym gestem dziękuje Królowi za ocalenie życia.

Lord Protektor: – (nabiera tchu, żeby krzyknąć tym głośniej) A poza tym, nie mogąc dłużej znosić zniewag i intryg ze strony Hiszpanii, niniejszym…wypowiadam Hiszpanii wojnę! Ogłaszam powszechną mobilizację! Wszyscy do broni! W hiszpańskich portach czekają na was bogate łupy! Do broni! (rozlegają się wiwaty i entuzjastyczne okrzyki „Do broni!”)

Chór Polityków: – Do broni! Do broni! Niech żyje republika! Niech żyje demokracja!

Lord Protektor: – (odchodzi od okna i staje na środku pokoju, a potem siada na opustoszałym, królewskim tronie) Przewrót się dokonał, lud rozchodzi się do domów… (z ulgą i zadowoleniem) Teraz ludzie wiedzą, że działa już nowa władza, która zajęła miejsce starej…

Wszyscy milkną i nieruchomieją, bo drzwi się otwierają i do sali tanecznym krokiem wchodzi Królowa. Ma na sobie nową, jeszcze bardziej efektowną kreację. Nie zwraca uwagi na otoczenie, jest zachwycona swoim strojem. Przechodząc obok Króla, wciąż trzymanego za ramię przez Wartownika I, zatrzymuje się na moment.

Królowa: – (do Króla, głosem pełnym słodyczy) Panie, jak znajdujesz moją nową suknię? Czyż nie jest wspaniała?

Król: – (z ukłonem) Jesteś piękniejsza, niż kiedykolwiek, łaskawa pani… Poza tym, moja ukochana żono… żegnaj na zawsze…

Królowa nie zwraca uwagi na jego słowa i  tanecznym krokiem wychodzi z sali. Wszyscy powracają do swoich zajęć i rozmów.

Błazen: – Nadeszła epoka nowa! Więc musi polecieć …królewska głowa. I moja też. (podchodzi do Króla) Bo ja chcę umrzeć wraz z tobą, Najjaśniejszy Panie! Czy uznasz mnie za godnego tego wywyższenia, chociaż byłem tylko błaznem?

Król: – (uśmiechając się z rezygnacją) Uznaję. O ile szafot można uznać za wywyższenie…

Lord Protektor: – Co to za komedie? (do wartowników) Natychmiast oddajcie byłego Króla w ręce kata! (do Błazna) A ty, żałosny przygłupie, uciekaj, póki puszczam cię wolno!

Wartownicy ruszają ku wyjściu, ale Błazen kopie każdego z nich w tyłek, zatrzymując się dzięki temu na miejscu.

Błazen: – (uciekając przed Wartownikiem II) A to dobre! Ja wcale nie chcę odejść wolno, ja chce zostać ścięty razem z moim Królem. Tylko ja pozostaję mu wierny, chociaż wy wszyscy przysięgaliście mu posłuszeństwo, łotry! (z ironią, biegając wokół siedzącego na tronie Lorda Protektora) Wiem, że w demokracji nie ma miejsca dla błaznów; no, chyba że w rządzie… Mam jednak do ciebie jeszcze tylko jedno pytanie, nikczemniku, który teraz tytułujesz siebie lordem. Czy to ty ukradłeś złote monety z sakiewki drugiego herolda, twojego kolegi? Czy to ty skazałeś go przez to na pewną śmierć? Tylko ty wiedziałeś o złocie…

Lord Protektor: – (niepewnym tonem, wiercąc się na tronie) To znaczy… ja… Ja rzeczywiście zabrałem te monety z jego sakiewki… Ale tylko po to, żeby zwiększyć oburzenie tłumu… Żeby ludzie myśleli, że to Król kazał mu rzucać w tłum kamieniami… No i udało się…

Błazen: – Czas już, żebyś dostał nagrodę za twój szlachetny postępek, mój ludowy bohaterze… (doskakuje do Lorda Protektora i uderza go otwartą dłonią w twarz, a potem chwyta za gardło. Lord Protektor odpycha go, z trudem łapiąc oddech. Wartownik II natychmiast chwyta Błazna za kark i odciąga od tronu, a potem staje obok Wartownika I, który wciąż mocno trzyma za ramię Króla. znalazłszy się obok siebie, Król i Błazen triumfalnie „przybijają piątkę” dłońmi)

Lord Protektor: – (staje i woła głośno, wskazując na Błazna) Zabrać go! To wróg demokracji, zwolennik tyranii! Ten nikczemny sługus królewski usiłował mnie udusić! Niech jeszcze dziś zginie razem z Królem, jako jego poplecznik! Wartownicy, zabierzcie ich stąd!

Chór Polityków: – (wygrażając Królowi i Błaznowi) Na śmierć z nimi! Precz z tyranią! Niech żyje republika!

Król: – (wodząc wzrokiem po twarzach przyglądających mu się Polityków) Jak widzę, rzeczy wielkie dokonują się przez rzeczy małe. I przez małych ludzi.

Błazen: – Mali ludzie zawsze potrzebują wielkich pieniędzy… Czy nie wiesz o tym, Panie, że najskuteczniejszą propagandą jest dobrobyt? (po chwili zastanowienia) A właśnie! Byłbym zapomniał! (wyrywa się Wartownikowi II, by złożyć Królowi dworski ukłon) Najjaśniejszy Panie, chciałbym ci oto złożyć najlepsze życzenia urodzinowe… Chwila nie jest najodpowiedniejsza, ale obawiam się, że nie będę miał okazji, by za rok winszować ci z okazji kolejnych urodzin…

Król: – (z wisielczym humorem) Dziękuję. I wybaczam ci, że nie masz dla mnie żadnego prezentu.

Błazen: – (żartobliwie) Panie, chyba chciałeś powiedzieć: Daru Urodzinowego…

Król: – (wybuchając śmiechem) To był niezły koncept! Ta nazwa mi się naprawdę udała! Chciałbym ci się zrewanżować, powiedz mi więc, kiedy ty masz urodziny, mój nieoceniony Błaźnie?