fbpx

Równanie z jedną niewiadomą

   Cień ciągnie się wypełnioną torbą zbieranych: lęków, gniewu, frustracji, poczucia krzywdy. Chwyta za stopy, pęta nogi. Zamyka usta. Stajesz się niemy. Nie wołasz. Nie odpowiadasz na wołanie. Ślepiec na zszarzałym, spękanym witrażu dni.

   Chłód pustych pokoi. Rozbity czas. A w dłoniach zwiędłe kwiaty pamięci: win, wstydu, poczucia straty. Czubek góry lodowej pozbawiającej perspektywy.

Przeszłość zawłaszcza przyszłość. W autystycznym świecie myśli przestaje istnieć teraźniejszość – nie znajduje miary na cień.

   Każdy dzień budzi się wilgotny i mglisty, a ten człowiek bez twarzy w porannym lustrze nałogowo przelicza wszelkie: razy, lęki, przepełnienia. Sekwencje chwil minionych. Wariacje na temat: powinienem był…Wszystkie słowa niekonieczne –  wyplute złością. Bezzasadne – wymuszone epilepsją ataku obrony.

   Czuje się brudny i tylko zegar daje znać, że świat ciągle istnieje.

Poczuciem winy ubiera togę prokuratora. Oskarża. Dręczy. Głową zwróconą do tyłu rozdrapuje stare rany. Dopełnia worek cienia nieustannie przegadując to, co było. Jego ciężar przyjmuje niewyobrażalny rozmiar. Zatrzymuje bezsilnością. Obmyślaniem kary. Nie wie komu ją wymierzyć… sobie? A może jej, jemu, im?

Uścisk zła trzyma w potrzasku. Nie do udźwignięcia.

I to jest czas, żeby ubrać togę obrońcy. Wyrzucić bibeloty pamiątek. Podrzeć listy, zdjęcia. Spalić.

Ale nie spopielisz pamięci. Przyjmij ją. W ciszy. Tylko milczenie tworzy prawdziwą rozmowę.

Odpuścić innym – odpuścić sobie. Dać prawo do porażki. Nie jesteś złem. Nie jesteś dobrem. Jesteś człowiekiem… pośrodku.

Zmęczony bólem, samotnym lotem w deszczu pod wiatr, spójrz przed siebie. Nie jesteś winny. Gorszy. Błędy są naturalną koleją rzeczy.

Zatem obejmij siebie, jeśli nie ma przy tobie nikogo, kto mógłby to zrobić.
Wydobądź z potrzasku stopy. Niech już nie bolą. Uporządkuj siebie. Przewiń uczucia na jasną stronę. Nie, nie szukaj usprawiedliwienia. Nie udawaj, że nic się nie stało. Kłamstwo zatoczy krąg

i powróci ze zdwojoną siłą. Sprowadź winę do ludzkich rozmiarów. Nie zmienisz tego, co przebrzmiało, ale możesz odmienić sposób myślenia.

Nie myl wybaczenia z zapomnieniem.

Wybaczenie, to decyzja pamięci rany, ale i otwarcie na wygojenie.

Świadomością wyrzutów sumienia ułóż równanie z jedną niewiadomą. I nie będzie nią usprawiedliwienie, ale akceptacja siebie z tamtych odłamków życia.

Teraz równanie staje się możliwe do rozwiązania. Tylko chciej!

Przekształć je na wzór. Na… co dalej.

Cóż, że świat zostawił cię samą. Stań w zenicie. Bez cienia. Niech wsiąknie pod stopy. Niech wyłoni się nowy. Przed tobą. Jak drogowskaz pielgrzyma, co zgubił drogę i cieniem odnalazł. Niech kiełkuje ziarnem zatrzymania tego, co zatrzymania warte.

Zobacz, świt przepuścił nić światła. Otwórz okno. Weź głęboki oddech, zapachem maciejki. Albo wybiegnij zza ciasnych ścian. Zanurz dłonie w kroplach świeżej rosy. Opłukuj bród skóry. Niech przesiąknie trawą. Zakwitnie barwami witraża. Usłysz, jak wszystko wokół spowalnia. Śpiewa. Zaśpiewaj i ty. Pełnią. Spróbuj. Poczuj wiatr życia… jedynego.  I nieważne, co powie sąsiad wracający z psem, z rannego spaceru.

Zaufaj jeszcze raz, i jeszcze, i…. pokochaj. Powiedz! Powiedz sobie, jej, jemu, im… „a po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój. Nagle ptaki budzą mnie tłukąc się do okien…”*

* Fragment utworu Budki Suflera „Jest taki samotny dom”.

CREDO

Czytam ziarna zdarzeń. Zbieram, jak zioła dojrzałe łąka pełnią księżyca. W kromkę chleba układam myśli.  Oddzielam plewy wielokropkiem niewiadomego. Zapamiętuję pytajniki oczekiwań, wykrzykniki niespełnień, kropki zrozumienia.

Dodaję płatki marzeń, liście nadziei. Kruszę kłącza splątanych ścieżek przeznaczenia. Zasuszam przemyśleniem, by  miękkim krokiem nocy zaparzyć esencję słów. Wlać w filiżankę wersów. Zagęścić strumieniem kryształu wyobraźni, i w lirykę złożyć – Twoje wzloty, Jej cierpienia, Jego miłości, Ich upadki. Przeniknąć deklinację uczuć naładowanych elektrycznością.

    Dysleksją czytam. Jedynością percepcji wewnętrznej przestrzeni. Banicję myśli dysgrafią zapisuję. Poza prawem gramatyki, nieporadną frazą litery koślawiąc. Nachodzą na siebie, strzegą prawdy uczuć… „moje” zamieniając w „ich”. Poza schematem kartki. Jak garncarz nadają formę myślom, kształtują duszę.

Nie przywłaszczam ich,  nie wystawiam kramem tego, co wypełnia.  

Mówię sobą – nie o sobie.

Nie warto stanąć nagim na targowisku oczu chciwych sensacji, łatwych ocen, fałszywych opinii pokątnie brzmiących perfekcją drwin.

Chleb rozmieniony na kromki, traci zapach. Kocham zapach chleba. Jest szacunkiem. Każdy okruch zbieram z miłością.

Nie kupczę dla błysku flesza. Nie wystawiam na sprzedaż. Ważone słowa w ogólność ubieram.

Rozumiesz, dlaczego piszę sobą – nie siebie?

Zatem nie szukaj mnie w słowach.

Tylko widząc –  nie dostrzeżesz, tylko słysząc –  nie usłyszysz, tylko czując –  nie poczujesz.

Ukryta w dysfonii piszę niedomówieniem. Cicho i niewyraźnie.

Nie odsłaniam okien, ich przeźroczystość ciąży niechcianą myślą.

Nie szukaj mnie w wersach brodząc płycizną. Znajdź w nich siebie, głębią.

Mnie, odnajdziesz w miejscach o nieważnym imieniu. W czasie bez czasu.
Mieszkam w rzekach. Pulsuję skronią drzew. W przybrzeżnej trzcinie oddycham ptakiem spijając czystość rosy. Otulam ramiona mgłą niepokoju. Przybrawszy dźwięki – jasne jak spojrzenie oczu –  rozszczepiam ciszę. Aż po horyzont. Miedzy światłocienie wyciągam dłonie. Chłoną, wzbierając aromatem życia. Wznoszą nieskrępowaniem i opadają deszczu szelestem, kołysaniem kropel.  A ja… ginę w zgliszczach nocy. Zastygam żywicznym snem. Odnajduję zorzą wiecznego świtu. Płonę dniem stając się na nowo… błękitną. Na krawędzi słów wędruję punktem między niebem a oceanem. Omijam ziemię, gdy tylko przyzwalająco rozchyli dłonie ciasnej grawitacji codzienności. Balansuję wiatrem. Tajemnicy przymkniętych powiek nie dzielę z nikim. Jest…  t y l k o moja. 

Przez lata zakopana, wydobywam zbudzoną duszę światłem… pojedynczym.

Znajdziesz mnie echem dna serca międzywersia. Tam mówię… posłuchaj.

Usłysz, nim stanę przeźroczysta. Nim zniknę, tylko kształtem świadomości chwili trwając… i nie szukaj, n i e  s z u k a j  mnie w słowach, które piszę. To nie ja… to tylko litery moją dłonią kreślone… suma doświadczań jej, jego, ich… życia.

Jeśli chcesz znaleźć mnie… zapytaj, a opowiem siebie z uśmiechem. T y l k o  tobie… jeśli zaufam.