fbpx

Rozmowa z Cezarym Harasimowiczem

Lubi Pan Muranów?

To jest coś więcej niż lubienie, to jest  moja dzielnica, moje miejsce. Tu się wychowywałem, i tu też wróciłem na stare śmieci, od zawsze jestem związany z moją dzielnicą fizycznie i metafizycznie. Wychowywałem się na podwórku 300 metrów stąd, gdzie na sąsiednim rosła słynna mirabelka opisana przez Hannę Krall. Drzewko przeżyło czasy przedwojenne, wojnę, Zagładę, czasy powojenne, zostało ścięte, a ja napisałem o nim książkę [przyp. red ,,Mirabelka”]. 

Właśnie … ta mirabelka, to tu po sąsiedzku, tu w okolicy…Czy można słówko o tym?

Rosła po drugiej stronie Andersa, wcześniej to była ulica Nowotki, a jeszcze dawniej…przed wojną… słynne żydowskie Nalewki. Ulica Nalewki biegła kiedyś inaczej, fragment starych Nalewek wcina się w Andersa… o tutaj, ale układ ulic był wtedy zupełnie inny…

Książka ,,Mirabelka”. Z tego co rozumiem, dzieci mogą z mirabelką rozmawiać, potem dorastamy i już zapominamy ten język. To jest paralela. Fajnie, że zostawia Pan czytelnikowi pewne możliwości wyboru.

Staram się tak pisać dla młodego czytelnika, żeby to nie była łopatologia. Teraz dla dzieci napisałem nową książkę, i ona też jest z półki mirabelkowej. Mam nadzieję, że wyszło bez mentorstwa. 

Rozumiem, że to jest nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych?

Pisząc, traktuję dzieci jak dorosłych. Moja partnerka, Grażyna Wolszczak zarzucała mi, że dzieci z tej opowieści nic nie zrozumieją; ale okazuje się, że zrozumiały. Książka stała się nawet swego rodzaju bestsellerem, niektórzy mówią, że powinna wejść do kanonu lektur szkolnych. Jest o tolerancji i o historii. Dzieci inaczej odczytują wszystkie dramatyczne zdarzenia niż dorośli. Dorośli dopisują sobie to, co jest kontekstem historycznym. Dzieci traktują fabułę jak bajkę, czasami straszną, ale jednak taką baśniową opowieść.

Tak a’ propos ,,Mirabelki”, czy te pestki są już w Polsce?

Mirabelka już znowu u nas rośnie. Została sprowadzona, repatriowana szczepka ze Stanów Zjednoczonych, niesłychanie się rozrosła i wróciła na Muranów. Niestety spotkało ją nowe nieszczęście: w przeddzień Bożego Narodzenia, ktoś chciał drzewko wyrwać z korzeniami z ziemi, połamał, ale mirabelka się nie dała, odrosła. Rośnie na tyłach Pomnika Żołnierza 1. Armii Wojska Polskiego.

Fascynujące. Piękna historia.

Nurtuje mnie myśl – czy historia może się powtórzyć?

Oczywiście, że może. Nie chcę być złym prorokiem, ale wszystko raczej zmierza ku gorszemu. Od ponad 70 lat nie było wojny. Ludzie zapomnieli, jak to było. Te pokolenia, które pamiętały wojnę, nie dopuszczały do szerzenia się zatrutych idei, które w tej chwili zaczynają wracać. I to prawie wszędzie. Tak, historia może się powtórzyć. Powiem szczerze, że się tego bardzo obawiam, czemu zresztą daję wyraz  w swoim pisaniu.

Wizje katastroficzne przewijają się u Pana.

Katastroficzne tak, choć nie wszędzie, ale jeśli już, to jest to jednak katastrofa z nutką nadziei. Staram się zawsze zostawiać odbiorcę, czy to czytelnika, czy widza, z  nadzieją, choć też i z przestrogą.

 W Pana książkach zawsze jest jakieś światełko w tunelu?

Uważam, że tak właśnie powinno być. Zawsze w najczarniejszej nocy, jakaś gwiazda powinna zaświecić, aczkolwiek przeważnie jest to trudna nadzieja. Nie ma w życiu łatwych rozwiązań. Ale stara prawda głosi, że odbiorcę trzeba zostawić przynajmniej z poczuciem katharsis. Tragiczne zakończenie powinno być oczyszczające. 

Technologia poszła co prawda do przodu, jednak dla wielu piszących, długopisy nadal zdają się być nieodzowne. Jak jest z tym u Pana? Woli Pan pisać elektronicznie, za pomocą komputera, a może nagrywać fragmenty, które przychodzą do głowy, czy też spisywać na kartkach?

Tworzę wyłącznie na komputerze, i to już od dawna, myślę, że od jakichś 30 lat, ale wcześniej pisałem ołówkiem i ścierałem gumką, czyli prawie taka sama technologia, jak komputerowa. Nie miałem etapu pośredniego, czyli maszyny do pisania. Zresztą nie wyobrażam sobie, jak można pisać na maszynie i robić poprawki. Dawniej wyłącznie stukało się na maszynie. 

Kiedyś pisałem za pomocą maszyny, wiele kartek wtedy poleciało…

No właśnie: wklejki, poprawki, korekty. Kiedy pisałem ołówkiem, miałem nawet narośl na spracowanym palcu. Ale, gdy tylko pojawiły się komputery na rynku, a wraz z nimi taki program edytorski TAG, korzystałem z tego archaicznego edytora tekstu. Pewnie już nikt nie pamięta, że coś takiego istniało, ale ja w tym programie zacząłem pisać w 1998 roku.

Był Pan posiadaczem jednego z pierwszych komputerów.

Tak, dlatego, że ze śp. Waldkiem Dzikim zakładaliśmy pierwszą  prywatną firmę filmową w Polsce. Było to po Ustawie Wilczka, kiedy można było zakładać pierwsze biznesy. Z tej racji miałem w domu służbowy komputer.

Korzysta Pan z Facebooka?

Tak, Facebook traktuję jako porozumienie pomiędzy mną, a przyjaciółmi,  przyszłymi potencjalnymi czytelnikami, co niedziela staram się umieszczać fragmenty moich różnych powieści. Wiem, że niektórzy lubią sobie włączyć Facebook i poczytać przy porannej niedzielnej kawie, co ja tam nabazgroliłem.

Zastanawiam się, jak Pan sobie radzi ze świadomością inwigilacji. Jesteśmy narażeni na to, że Facebook, wie o nas dużo, a telewizory Samsungi – mają mikrofony…

Tak, rozległość i możliwość podsłuchów jest w tej chwili nieprawdopodobna. Z tym trzeba

się pogodzić, to jest cena wolności za cenę bezpieczeństwa.

Porozmawiajmy o wiedzy i wykształceniu… Na początku przewinęła się przez Pańskie życie szkoła muzyczna, później historia sztuki, polonistyka, studium aktorskie, a następnie scenariuszowe. Czy, aby pisać powinno się posiadać szeroką wiedzę?

Trzeba posiadać szeroką wiedzę, tak. Niektórzy mają ją oczywiście szerszą niż ja i tych erudytów szczerze podziwiam. Kończyłem różne szkoły, ale nie byłem pilnym uczniem i  studentem, po prostu szukałem swojej drogi.

Scenariusze – to jest to, co najbardziej Pana kręci?

Film i scenariopisarstwo, to jest małżeństwo, a reszta to romanse. Ale wiadomo, że czasami bardziej stałe bywają romanse, niż małżeństwa. Coraz częściej piszę powieści. Z różnych powodów. Pisanie książek, to jest jakby kręcenie filmu w wyobraźni. Krytycy podkreślają, że moje teksty są bardzo filmowe, więc pewnie już nie wyzbędę się tego filmowego widzenia. Mam wyobraźnię bardziej wizyjną niż literacką. Może to grzech i ułomność. 

Proszę powiedzieć, jak ważna Pańskim zdaniem jest intuicja w pisaniu i w zawodzie, który Pan uprawia?

Intuicja jest chyba równoważna z wiedzą, tak mi się wydaje. Niektóre rzeczy odczuwamy intuicyjnie, np. dystopijny czas, który przeżywamy w tej chwili. Wielu pisarzy już wcześniej to przeczuwało. Podobnie było pod koniec lat 20-tych, wtedy, kiedy zaczął się wielki kryzys – przeczucia literackie zapowiadały katastrofę.

 Czy uważa Pan, że polska poezja jest lepsza niż polska proza, czy też może jest na odwrót?

Nasza tradycja literacka jest bardziej związana z poezją niż z formą narracyjną. Anglosaska i francuska tradycja literacka stoi na fundamencie powieści fabularnej. To być może związane jest z naszym rozpoetyzowanym polskim charakterem, a być może z tym, że na najważniejsze przypadające dla historii literatury światowej ostatnie 200 lat, sto kilkadziesiąt było pozbawione wolności i poetycką metaforą łatwiej było oszukać cenzora, przemycało się idee między wierszami. Aczkolwiek mamy takich fantastycznych pisarzy fabularnych jak Sienkiewicz, Prus, Żeromski… Jednak nigdy nie będziemy w tym względzie Anglosasami. Pięknie nakreśliła to w nowej książce Anne Applebaum (chyba w ,,Matce Polce”), że czerpiąc z wzorców tworzy się taki łańcuch pokoleniowy. Anglosasi mieli z czego czerpać. A u nas… my bardziej jesteśmy z Kochanowskiego, niż Modrzewskiego… 

No, ale mamy na szczęście literackich noblistów, także prozatorów.

Żałuję bardzo, że nie pamiętamy i  nie  hołubimy noblistów żydowskich pochodzenia polskiego…

Nooo… Wie Pan, nie hołubimy też zwycięzców Oscara, którzy mają żydowskie  pochodzenie. Mój przyjaciel Andrzej Krakowski wydał taką dwutomową książkę: Pollywood (przyp. red ,,Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood”) i zebrał około 400 nazwisk pochodzenia polsko-żydowskiego, którzy wpłynęli na historię amerykańskiej popkultury i Hollywoodu. To tych Oscarów nazbierałoby się o wiele więcej, niż zwykliśmy się do tego przyznawać.

Jakoś nie potrafimy cieszyć się z tego co mamy i musimy szukać gdzie indziej…

No tak, to też jest trochę nieuświadomiony antysemityzm, który nas nęka. Niedawno odbyłem taką rozmowę: ,, …To przecież byli Żydzi, a nie Polacy. Ja mówię: Ale wyrośli i wychowali się na ziemi polskiej i czerpali z polskiej kultury”. 

…no i mieli ogromny wkład w tę kulturę.

no i mieli wkład niebagatelny.

Z tego co pamiętam, zadebiutował Pan scenariuszem ,,Koniec” w reżyserii Bogusława Lindy.

O tak! Kiedy to było!

W 1988…

Zwariowany, prawie studencki film.

To był pierwszy napisany przez Pana scenariusz, czy pierwszy który został zrealizowany?

Nie. Wcześniej napisałem scenariusz pod tytułem ,,Seszele”, ale Boguś mógł zadebiutować w filmie długometrażowym pod warunkiem, że wcześniej nakręci krótkometrażowy. No i szybko trzeba było się wywiązać z tych wymogów. Taka to krótkometrażowa historia.

Często dla twórcy ważny jest każdy scenariusz, traktuje go jak swoje dziecko, czy Pan ma jakiś ulubiony?

Jest kilka takich, na pewno jednym z nich jest debiut, czyli ,,300 mil do nieba”, który się w ogóle nie zestarzał i teraz – na nowo zdygitalizowany – ogląda się, jakby był  nakręcony dziś o tamtych, minionych czasach. W jakimś sensie jest to film aktualny, bo o uchodźcach. Nawiasem mówiąc, nawet taki scenariusz o uciekinierach napisałem, i zacząłem skrobać powieść na bazie tego scenariusza, ale nikt tej powieści nie chciał wydać, więc zakończyłem po trzech czwartych. Powiedziano  mi, że temat uchodźców nie przynosi profitów. Wracając do Pana pytania: ,,Bandyta” – to jest scenariusz, który został doceniony międzynarodową nagrodą amerykańską Hartley-Merrill i dzięki temu wylądowałem na warsztatach u Roberta Redforda (warsztaty u Roberta Redforda w Sundance Institute, gdzie mój skrypt uznano za najlepszy i podkreślano wybitne walory humanistyczne tego tekstu). Również scenariusz do serialu ,,Przeprowadzki” w reżyserii Leszka Wosiewicza był mi bliski, niestety, nie zrealizowano tego serialu do końca.

,,Bandyta” pomimo świetnych recenzji…

Nie miał dobrych recenzji…

Ja nie mówię o krytykach, tylko o tym, że otrzymał pierwszą nagrodę, i o tym, że podczas warsztatów z Robertem Redfordem został okrzyknięty najlepszym tekstem.

Tak, ale film miał średnie recenzje, inne oczekiwania były wtedy, po tej niby wielkiej nagrodzie.

Ja myślę, że tam troszkę został zmieniony ten scenariusz…

Tak, ale nie wracajmy do tego. Było, minęło. Wnioski są takie, że jak się wybiera zawód scenarzysty, to trzeba się liczyć z ryzykiem amputacji, że się tak wyrażę. To jest  trochę tak: jeśli robotnik wybiera pracę w tartaku, musi  liczyć się z tym, że mu piła może obciąć palce. Tak samo jest ze scenariopisarstwem. Rzadko się zdarza, żeby to, co na ekranie, było dokładnie  tym, co na papierze. Czasami jest lepiej, ale przeważnie gorzej.  

Skąd u Pana takie zainteresowanie tematyką szpiegowską? Chciałby Pan zostać szpiegiem?

Na szpiega się nie nadaję. Byłem nawet w PRL-u werbowany, ale nie poddałem się i nie zostałem wywiadowcą. Natomiast uczestniczyłem ostatnio w spotkaniu na temat literatury szpiegowskiej, razem z takimi profesorami szpiegologii, jak Vincent Viktor Severski i Piotr Niemczyk. Piotrek powiedział, że on nie wierzy, że ja nie miałem nic wspólnego ze służbami, dlatego że ta moja pisanina szpiegowska jest zbyt wiarygodna.  

Może Generał Petelicki miał na to jakiś wpływ?

Tak, tak. Ale to jest aspekt intuicji popartej wiedzą, czyli w tym wypadku dokumentacją. Wiedza połączona z intuicją daje czasami wiarygodność. W literaturze sensacyjno- szpiegowskiej interesują mnie mechanizmy rządzące światem. To jest podziemny, niejawny nurt, mający czasami wielki wpływ na losy świata. I to zarówno w  dobrym, jak i w złym  tego słowa znaczeniu. Niekiedy wydaje się nam, że jakiś konflikt załagodzili politycy, a tak naprawdę musieli ciężko nad tym  pracować oficerowie wywiadu.

Jak umorzenie części naszego długu… 

Jak umorzenie części naszego długu, jak w tej chwili podpisanie umowy pomiędzy Izraelem a Emiratami Arabskimi. To jest ciężka praca wywiadu. Politycy tylko przychodzą na koniec i podpisują dokumenty, a potem ewentualnie dostają pokojowe nagrody Nobla.

Drugą rzeczą, która mnie interesuje w literaturze szpiegowskiej jest wpływ tej ciężkiej, odpowiedzialnej pracy na psychikę. To rodzaj schizofrenii, w której się tkwi z obowiązku i poświęcenia. To także tajemniczy świat wypełniony skomplikowanymi, współczesnymi wynalazkami technologicznymi. Być może w tej chwili nasza rozmowa jest podsłuchiwana i odpowiednie  algorytmy wyszukują słów stanowiących zagrożenie. Oto znak czasu. Ale  szpiegostwo bez nowoczesnych gadżetów technologicznych, było najstarszym zajęciem świata i jest częścią historii cywilizacji. Zawsze władcy chcieli się dowiedzieć, co też lud i wróg knuje. I ta psychologia, aspekt społeczny, konteksty polityczne, to mnie bardzo interesuje, chociaż ostatnio mniej się tym zajmuję. Ale te wątki  szpiegowskie prawie zawsze się przewijają w moich tekstach. W tej chwili jestem w trakcie pisania powieści o Mickiewiczu i ów aspekt wywiadowczy też się pojawia w tej historii, próba manipulacji ludzką psychiką… Mickiewicz był inwigilowany przez wywiad carski, właściwie od samego początku, aż do końca życia.  Nie wiemy, jak naprawdę umarł: czy to była cholera, czy został otruty. Powieść, która teraz wyszła, również ma bardzo ważny wątek sensacyjno- wywiadowczy. ,,Tajemnica Iny” wydawnictwa “Osnova”, to jest historia Iny Benity – aktorki, która przed wojną była jedną z najlepszych i najbardziej znanych aktorek, zagrała w prawie 20-tu filmach, po czym została wykreślona z historii polskiej kultury kina i teatru, dlatego że miała romans z oficerem Wermachtu. Była oczerniana przez podziemie i później przez PRL-owskie władze. A po latach okazało się, że współpracowała z akowskim kontrwywiadem, była bohaterką. Fascynująca postać. Narrację prowadzę przez osobę, którą wymyśliłem, narratorem jest młody chłopak, niespełniony literat, egzekutor – ma wykonać wyrok na Benicie. Nie chce poddać się rozkazowi, dezerteruje i pragnie odkryć prawdę o jej działalności okupacyjnej.
Największe dzieła Szekspira, Dostojewskiego są po części sensacyjnymi opowieściami. Kim jest Hamlet? Rodzinnym detektywem, który odkrywa tajemnicę śmierci swojego ojca. To historia kryminalna. „Zbrodnia i kara” to kryminał. Oczywiście trochę się śmieję, gdzie mi tam do Fiodora i Williama. 

Zamyśliłem się, bo to jest fascynujące, jak wielu ludzi w naszej historii zostało niesłusznie osądzonych, chociażby Wiera Gran.

Tak, strasznie łatwo osądzać z perspektywy czasu, a przecież nie mamy bladego pojęcia, jak wtedy było.

Kiedy rozmawialiśmy o tym, jak Pana werbowali, to  zastanawiałem się, co ja bym zrobił – i nie wiem tego…

Ja powiedziałem, że się nie nadaję na szpiega, bo mnie się ręce trzęsą.

Wybrnął Pan…

Dali mi święty spokój, zadzwonili jeszcze ze dwa razy, ale generalnie odczepili się. Miałem też szczęście, że nie było specjalnie wielkich nacisków i szantaży. Zresztą, nie mieli czym szantażować. Trochę kusili mnie, bo  studiowałem wtedy w Londynie. Przyjechałem na pogrzeb ojca. Wróciłem do Polski, oczywiście musiałem oddać paszport i przerwałem studia w Anglii. Wtedy oni mnie kusili, proponując, że  oddadzą mi paszport i dalej będę mógł tam studiować.

Wszyscy wiedzą, że jest Pan autorem powieści szpiegowskich, ale skąd pomysł na bajki?

To była propozycja. Zresztą bardzo lubię tworzyć na zamówienie, głównie objawia się to w scenariopisarstwie, bo często dostaję propozycje napisania scenariusza na zadany temat. Jestem wtedy wynajętym pisarczykiem. Bywam też „lizingowanym” dramaturgiem i bardzo mi to odpowiada.

Napisał Pan dwie sztuki dla p. Grażyny Wolszczak?

Więcej, w sumie trzy, teraz czwarta czeka na premierę. Grażyna prowadzi od paru lat fundację, która zajmuje się produkcją sztuk teatralnych, a w tej chwili otwiera teatr, Teatr Garnizon Sztuki. To się łączy z naszą wspólną pracą. Dziergam przeważnie komedie z tragicznym odchyleniem, traktujące o bardzo poważnych sprawach. Takie jest założenie tego Teatru – mówić o poważnych sprawach w lżejszym tonie, przekazywać pozytywne emocje. 

Mówi Pan nadal o takim katharsis?

Tak, ale katharsis przez śmiech i przez wzruszenie. To są sztuki przeważnie o tolerancji, o  miłości, o samotności. Czwarta będzie o kobietach. O kobietach oczekujących rekompensaty  za złamane życie.

Jaka literatura jest Panu najbliższa?

Działy niezbędne do bieżącego pisania: dokumenty, archiwa, książki historyczne, literatura faktu. Jestem także wielkim fanem polskiego reportażu. Uwielbiam Hannę Krall, która jest dla mnie mentorem i  guru literackim pod wieloma względami. Bardzo lubię głęboką klasykę: Tomasza Manna, Tołstoja. Do nich trzeba wracać. Do Manna wróciłem po kilkudziesięciu latach, odświeżyłem sobie “Czarodziejską Górę”. Ale bardzo też lubię literaturę popularną, literaturę szpiegowską, Vincenta Severskiego uwielbiam. Moim ideałem pisarza-szpiega jest John le Carré. Ale polskich autorów również lubię.

Z czym się Panu kojarzy ,,Zbrodnia i Kara”?

Jednym słowem: z odkupieniem… To jest głęboko chrześcijańska literatura, szkoda tylko,  że Dostojewski był polakożercą.

Mnie w odniesieniu do Pana osoby kojarzy się z Londynem.

A tak, oczywiście, tak. Pierwsza lektura tej arcypowieści.

Byłem ciekaw, czy był Pan podczas pobytu w Londynie w aż tak złym stanie?

Byłem, szukałem siekiery, tak. Byłem uciekinierem, emigrantem, mieszkałem w listopadzie w nieogrzewanej komórce, nakładałem na siebie wszystkie swetry i dresy, jakie miałem w plecaku. Powinienem szukać pracy, a miałem na podorędziu Dostojewskiego i zamiast szukać roboty, głodowałem i czytałem, czytałem. Pomału zamieniając się w Raskolnikowa. Mam to przed oczami, mam to na skórze, pamiętam, jak marzłem.

Doświadczenie ma Pan szerokie. Jest z czego czerpać.

Tak się przypadkiem ułożyło. To też kwestia generacyjna, jestem pokoleniem Solidarności. Jak miałem 25 lat, wybuchła Solidarność. To wiek konstytuujący człowieka. Z tego doświadczenia i połowy życia przeżytego w PRL-u bardzo dużo czerpię. Nie mam problemów ze zwrotami, z językiem tamtych czasów, ze zrozumieniem niektórych postaw. Kiedy konspirowaliśmy w stanie wojennym w Teatrze Polskim we Wrocławiu, w którymś momencie pojawił się kolega, który przyszedł  z butelką wódki i powiedział: ,,Chłopaki, ja na was donoszę i muszę wam o tym powiedzieć… ale nie mam wyboru”. Sytuacja była taka, że tuż przed stanem wojennym uciekał z nowonarodzonym dzieckiem i żoną do Austrii, miał wypadek samochodowy w Czechosłowacji, niemowlę było w ciężkim stanie. Pojawiła się SB-cja i zaproponowała  ratunek. Warunkiem było podpisanie cyrografu. No i jak kolegę oceniać? Zachował się najlepiej, jak mógł, bo przyszedł do nas i się zdekonspirował. Myśmy oczywiście zachowali się też jak trzeba, powiedzieliśmy: „To donoś. Nie masz wyboru”. Ale teraz, z perspektywy czasu, łatwo można wyrokować: to esbek, podpisał papier. Oczywiście są świństwa i są tacy zdrajcy, którzy donosili dla pieniędzy i dla kariery, ale też zawsze zastanawiam się – a może te pieniądze były komuś życiowo niezbędne? Jestem daleki od łatwych ocen. To się bardzo przydaje w pisaniu, tworzy się postaci niejednoznaczne i niejednowymiarowe. Jeśli buduję postać negatywną,  zawsze staram się wyposażyć postać w jakieś skomplikowane ramy psychologiczne, ubarwić czymś, co jest egzystencjalnym przełamaniem. W moich książkach, które miały być trylogią, ale powstały dwie – ,,Miejsce odosobnienia” i  ,,Znaleźć, naprawić, wykończyć” – zderzam postawy dziewczyny, która jest oficerem UOP-u, analitykiem kontrwywiadu,  solidaruchą, która pracuje w parze z byłym esbekiem. Dowiadujemy się, jaka była jej historia i jaka była jego historia. To dwie niejednoznaczne życiowe historie. Cóż, jeśli chodzi o mój „profil ideowy i polityczny”, miałem bardzo ułatwioną sprawę, ponieważ mój dziadek, był przedwojennym oficerem. Kiedy miałem siedem lat, przykleiłem do wojskowej furażerki czerwoną gwiazdę. Dostałem lanie. Dziadek posadził mnie na kolanach i wytłumaczył, co to jest czerwona gwiazda. Zatem, kiedy miałem siedem lat, to przez skórę na tyłku wbito mi odpowiednie poglądy. Ale nie każdy miał takiego dziadka, niektórzy mieli rodziców zupełnie obojętnych politycznie i wychowali się w zupełnie innych domach, i nie mieli tego szczęścia w nieszczęściu.

 
Zapytam jeszcze o warsztat, bo nurtuje mnie to, jak Pan pisze, czy wyznacza Pan sobie jakiś rytm, np. 10 stron dziennie?

Idę codziennie do pracy jak do magistratu. Ósma, zasiadam do pisania. Wyznaczam sobie partię, jaką mam napisać. Jeśli wypracuję normę do godziny 14.00, reszta dnia jest darowana; ale to przecież nie jest koniec pracy, bo po tej 14.00 zaczynam dokumentować, albo czytać książki.

Dużo Pan czerpie z Internetu?

Tak. Chwalę jasną stronę Internetu, oczywiście świetnie przy tym zdając sobie sprawę z istnienia też tej ciemnej; ale bardzo dużo zawdzięczam sieci. Wiem, że nie wszystko tam jest osiągalne, lecz jeśli się dobrze pogrzebie, można  doszukać się przynajmniej śladów, wskazówek, gdzie mogę szukać dalej: w jakich książkach, archiwach, w jakich materiałach, w jakich źródłach. Internet jest śmietniskiem i trzeba umieć oddzielić ziarno od plew. Pisząc  książkę (przyp. red. ,,Saga czyli filiżanka, której nie ma”), sagę rodzinną, bardzo dużo czerpałem z Internetu. Właściwie dzięki cyfrowej sieci odkryłem swoje pochodzenie. Znalazłem zdigitalizowane dokumenty dotyczące mojej rodziny. To było przejmujące odkrycie, bo odnalazłem żydowskie korzenie i różne tajemnice rodzinne, o których nie miałem pojęcia. W Internecie znalazłem nekrolog mojego pra-pradziadka. W przedwojennej gazecie z 1918 roku. Umarł w Lublinie prawdopodobnie na hiszpankę. W nekrologu zostało wzmiankowane, że kupiec Markus Lilienstern zmarł po krótkich i ciężkich cierpieniach. Ewidentna grypa-hiszpanka. 

Z czego się składa Pana powieść? Mówił Pan o faktografii, o informacjach zaczerpniętych od innych ludzi, ale też o domysłach, intuicji

Tak, również wpierałem się intuicją. Książka jest napisana beletrystycznie. To są odtwarzane sytuacje poparte faktami i strzępkami prawdy, ale cały przebieg zdarzeń musiałem sobie dopowiedzieć intuicyjnie. Z intuicją jest jak z improwizacją, improwizacja wtedy działa właściwie, kiedy jest przygotowana, tak więc pisanie intuicyjne musi się opierać na podstawach, chociażby na szczątkach prawdy. Kiedy pisałem z Wojtkiem Wójcikiem III część Ekstradycji, to ów serial w tamtych czasach okazał się proroczy. Nagle okazało, że to, co było w serialu naszym wymysłem, w bardzo krótkim czasie okazało się prawdą.

Pana dziadek mjr Królikiewicz, był olimpijczykiem (przyp. red. majorem kawalerii Wojska Polskiego, pierwszym polskim medalistą olimpijskim w konkurencji indywidualnej) – a czy Pan jeździ konno?

Rwałem się do jeździectwa jako młody chłopak, ale dziadek miał tragiczny wypadek na koniu. Prowadził szarżę na Somosierrę w filmie ,,Popioły” Andrzeja Wajdy. Spadł z siodła. Zmarł w wyniku odniesionych ran. Rodzina mnie wtedy odsunęła od jeździeckich mrzonek. Później trochę jeździłem konno, ale nie jestem wybitnym jeźdźcem.

Bardzo mnie nurtowała historia Pana mamy. Rozumiem, że pisze Pan książki zazwyczaj z myślą o scenariuszu.

Tak, ale w wypadku „Filiżanki” nie ma nadziei na filmową realizację. To byłoby strasznie drogie przedsięwzięcie: historyczne tło, stadiony, tłumy, wojna, powstanie itd. Natomiast życie mamy było rzeczywiście niezwykłe i to była nieprawdopodobna postać. Wszystko to, co najgorsze można było przeżyć, będąc reprezentantem pokolenia Kolumbów –  mama przeżyła.

Straszne, co się wtedy działo. To jest niesamowite bohaterstwo, ale też ile szczęścia, ile przypadku…

Nie byłoby mnie tutaj, gdyby mama została rozstrzelana przez Sowietów, albo gdyby popełniła samobójstwo po ich wkroczeniu, albo gdyby ją wysłano do Oświęcimia, kiedy była przesłuchiwana przez Gestapo. Moja mam nigdy – broń Boże – nie uważała się za bohaterkę. To byli ludzie wychowywani – w najczystszym tego słowo znaczeniu – patriotycznie. Wrośnięci naturalnie w tradycję, historię, literaturę. Pokolenie wcześniejsze także. Proszę sobie wyobrazić, że mój dziadek znał całego ,,Pana Tadeusza” na pamięć. Nie porównujmy tego do tego patriotyzmu, który jest teraz wyświechtanym słowem. To było czymś, z czym oni byli zrośnięci jak gałąź z pniem; również traktowali, to jako przygodę. Młody wiek. Dziadek zapisał się do Legionów, bo oczywiście, pragnął walczyć o Polskę, ale też chciał się dziewczynom podobać – były fajne mundury w kawalerii, więc do niej wstąpił, choć nigdy wcześniej  na koniu nie siedział. Oni nie mówili o sobie, że są bohaterami. Mama bardzo często wspominała o swoich strasznych przeżyciach dotyczących części powstania na Ochocie. Próby gwałtu, stała do rozstrzelania pod murem na Zieleniaku. Temat Zieleniaka na szczęście ostatnio wraca, bo to była zapomniana karta historii powstania warszawskiego dotycząca ludności cywilnej, szczególnie kobiet. W PRL-u celowo pomijana, dlatego, że oddziały Rona, to były oddziały rosyjskie. Dowodzone przez pół-Polaka, pół-Rosjanina. Oficera SS. Ale wracając do jednego z poprzednich wątków, taki asumpt do myślenia nie w kategorii czarno-białej kliszy: moją mamę ratowali z opresji w czasie wojny wrogowie.  Drzwi aresztu, gdzie była zamknięta razem z rodzicami na Kresach po 17 września, otworzył bojec rosyjski, Sybirak. Przed wywózką do Oświęcimia uratował mamę likwidator getta krakowskiego, który był fanem mojego dziadka. Spod muru wyrwał moją mamę pijany ronowiec, ciągnąc chciwie za złoty łańcuszek. Życie  toczy się bardzo dziwnymi, paradoksalnymi koleinami.

Zastanawiam się, czy takie historie, które Pan zna i które są bardzo osobiste mają wpływ na postaci, które Pan tworzy?

Mają absolutny. Bardzo często czerpię z życia. W mojej ostatniej książce o Inie Benicie (przyp. red. ,,Tajemnica Iny”) jest tego sporo. Przy okazji chciałbym powiedzieć, że powstały dwa bardzo ciekawe materiały dotyczące jej życia. Piotra Gacka: ,,Ina Benita. Za wcześnie na śmierć”, biograficzna, dokumentalna książka, oraz praca Marka Telera (“Ina Benita”), młodego dziennikarza, który wykonał gigantyczny trud i odkrył zawikłane powojenne losy aktorki. W mojej powieści wątek biograficzny Iny Benity splata się z fikcyjnym wątkiem. To historia chłopaka, który ma wykonać wyrok na aktorce podejrzanej niesłusznie o zdradę.  Jerzy dezerteruje z oddziału egzekutorów, nie wierzy w winę Benity. Prowadzi prywatne śledztwo, próbuje odsłonić tajemnicę fascynującej, charyzmatycznej, tragicznej kobiety. I on jest zatem zdrajcą-dezerterem. A może oboje są bohaterami? Ten dualizm postaci wydaje mi się szalenie ciekawy. Powieść jest przetkana okupacyjnymi fragmentami dotyczącymi mojej rodziny i historiami zasłyszanymi. Ina Benita to niesłychanie ciekawa postać, zasługująca bezapelacyjnie na ,,odczarnienie”. Snuję również wątek dotyczący aktorów oskarżanych o współpracę z okupantem, którzy występowali w tzw. ,,jawnych teatrach”. Po latach okazało się, że niby kolaborancki Teatr Komedia przy ul. Kredytowej 12, w rzeczywistości był siedliskiem akowskiego podziemia. Główny reżyser, rotmistrz Roman Niewiarowicz, był głęboko zakonspirowanym oficerem kontrwywiadu. Ina Benita wystawiła dla AK Igo Syma, swojego byłego kochanka sprzed wojny. To ewidentnie czarna postać, agent Gestapo, donoszący m.in. na Hankę Ordonównę, która wylądowała przez niego na Pawiaku. Chciałem w sposób beletrystyczny opowiedzieć  dramatyczną historię Iny Benity. To też się nadaje na serial. Niestety, również zbyt drogi jak na polskie warunki.

Zbyt ambitnie Pan pisze…

Niestety, jestem specjalistą od mega produkcji. Tanie rzeczy piszę dla teatru. Ot, cztery ściany, ale za to czworo wspaniałych aktorów. 

Bardzo Panu dziękuję za rozmowę.

To ja dziękuję.