fbpx
Zaznacz stronę

Poezja Doroty Nowak

03/2021

kasztanowce

wspominam czas gdy spacerowaliśmy
nad rzeką to właśnie wtedy zdarzył się 
cud kasztany spadały z drzew a my bez 
umiaru napełnialiśmy nimi kieszenie 
trzymaliśmy w garści zrządzenie losu

od tamtej wczesnej jesieni nieostrożnie
wracam nad rzekę kontroluję nadmiar 
światła skupiony w łupinach zanurzam
ręce i głowę w kolorze sepii utrwalam 
– metafizyka odcieni i wilgoci

epitafium 

gdyby nie było tak zimno
mogłabym podnieść ten kamień
przesunąć usiąść przy nim

pamiętam leśny strumień 
obmywał historię wyrytą na głazie 
mówiłaś że to imiona bohaterów

dzisiaj czuwam przy twoim 
kamieniu zimno przenika do krwi
tęsknię za naszym strumieniem 

mamo 

więzy krwi 

od czasu gdy odeszłaś spotykamy się
w kawiarni rozmowa toczy się wokół
ziemi larw pędraków i chrabąszczy

bałaś się zimna i ciemności więc
przez lata zbieraliśmy szyszki i gałęzie
iskry z paleniska zapalały się gasły

teraz najważniejsze by nie zapomnieć
o zniczach podtrzymywać płomień 

schowek 

coraz częściej okrywamy 
miejsca w których można głośno 
rozdzielać światło i ciemność
na tyle głośno by nikt 
nie usłyszał nie zobaczył 

strata

obserwuję delikatny ruch firanki 
mgliste ślady oddechu na szybie
niespokojny cień zgięty w połowie 
pochyla się nad  łóżkiem obejmuje
puste miejsce

02/2020

u babci

krótkie spojrzenie na pożółkłe fotografie
i znów zanurzam się w stawie nasłuchuję
kumkania żab rama męskiego roweru uwiera
tak bardzo że zapominam o pokrzywach
przy rowie i zsiadłym mleku na brodzie

wracamy przemoczeni kto pierwszy ten
lepszy do stogu siana wiader z deszczówką
kogut pieje głośniej gdy zbyt wcześnie
zaglądamy do kurzych gniazd zbyt późno
wracamy z zagonów ozłoconych kłosami


zmiany 

obserwuję sposób w jaki mi ciebie zabiera
a ty podświadomie pozwalasz na to porzucasz mnie 
powoli z twoim odejściem nadchodzi jesień 

pamiętam soczystą zieleń gdy w upalną noc
wracaliśmy do siebie odurzeni twórczymi słowami 
poetów o rozszczepieniu miłości do ludzi

wtedy głosy powtarzały bym nie uzależniała się 
od soczystości żywicy z przeszczepionych drzew
i znów tylko na chwilę – ogień deszcz ty

rocznica

nie poradzę sobie z żadnym słowem
spoiwem klamrą czy więzadłem
powietrze które nabieram do płuc 
wydaje się zbyt gęste od wilgoci

poranek jest tak samo upalny jak wtedy 
gdy po raz ostatni poczułaś ból i głód 
trzymałyśmy się za ręce moc płynąca
z kurczowych objęć uchodziła do nieba