fbpx
Zaznacz stronę

Poezja Doroty Nowak

05/2021

odmienny stan

pamiętam skrzypiącą podłogę w schronisku
akurat próbowaliśmy zaczerpnąć powietrza
gdy poruszyłeś głową w tak nieziemski sposób
że jezioro wyrzuciło na brzeg mgławice
połknięte przez dwuczube perkozy i rybitwy
do płuc dostał się obłok kosmicznego pyłu

leżeliśmy w środku bukowego lasu historia
zapisywała się na korze drzew przyrastały słoje
trzymałeś mnie za rękę czuliśmy jak molekuły
gęstnieją determinując przebieg nowego życia

 

spokój

wstaliśmy późno woda pod prysznicem była
wyjątkowo chłodna pomidory smakowały pleśnią
i niedzielnym brakiem subordynacji sroki podkradały
kocią karmę sąsiedzi prześcigali się w kształtowaniu
swoich dzieci – na ich głowy padał perłowy deszcz

nie wiem dlaczego właśnie wtedy przypomniał mi się
wieczór gdy nasze nastoletnie ciała zanurzyły się
w zimnym nurcie a ty w ciemnościach okryłeś mnie
ramieniem obiecując że zimno zahartuje nas na zawsze

 

święto jeziora

siedzieliśmy na pomoście gdy nad miastem
unosił się zapach waty cukrowej i tataraku
w powietrzu dryfowały balony wraz z nimi
kilka naszych srebrnych włosów i kropel wody

promienne dzieci puszczały łódki z papieru
nagle ich głosy przypomniały nam wydarzenia
dni nie z tego świata gdy na tafli jeziora unosiła się
para łabędzi a my przyłapaliśmy je na całowaniu

nadal w niepojęty sposób całujesz moje włosy
zapewniasz że jasne smugi nie odwrócą pola
magnetycznego ziemi ani blasku tamtego jeziora

 

brama

dzień nas ujarzmia trzyma w ryzach
próbuję dotknąć mgły wtedy babie lato
bezbłędnie tworzy sieci z kryształków lodu

jak opowiedzieć kamieniowi pod którym
śpisz mamo o nocnych wędrówkach samotnych
saren i młodych wilków obok naszego domu

rozmowa z kamieniem tworzy pasmo po nim
modlitwa przemieszcza się z miejsca na miejsce
– metafizyka słów między mną a tobą

 

04/2021

 

maleńka

gdybyś postanowiła szukać odpowiedzi na pytanie
dlaczego twoja zaciśnięta rączka jest mniejsza od jabłka
a otwarta dłoń taty potrafi objąć całą ciebie – bez wstydu
opowiem ci o sadzie i nagości o przekraczaniu granic
słabościach pokusie rosnącej szybciej od grzechu

gdybyś niechcący potknęła się o kamień albo upadła
wtedy podpowiem ci do czego służą łzy milczenie i krzyk
przybliżę różnicę między modlitwą a przekleństwem
byś mogła wybierać miejsca daty godziny i dźwięki
toczyć kulę z góry wspinać się bez niej na szczyt

 

samotność

widzę jak się podnosisz unosisz głowę najpierw
przytulasz ją a potem siebie do chłodnego muru
tego lata kula okrąża ziemię w ciepłym deszczu
można mówić że jest dobrze że nic się nie stało

cień staje się dłuższy schyłek lata pachnie ziemią
bluszcz drapieżnie opina kamienny mur zieleni się
a ty ponownie upadasz podnosisz się biegniesz
by uciec zniknąć – nim zdążysz zatęsknić

 

jabłoń

tato
gdybyś po wylewie odzyskał mowę nie zadam żadnych pytań
położę palec na ustach byś nie musiał niczego mówić tłumaczyć
od lat siadasz pod jabłonią która pamięta twój beztroski śpiew
taniec z przytupem łzami bez powodu – mówiłeś że toczą się same

mamo
gdybyś wstała z łóżka bez kuli u nogi ciężaru na ramionach
poprowadzę cię do ogrodu – w nim jabłoń rodzi owoce
pszczoły zapylają kwiaty ślimaki w dawnym tempie zostawiają
lepki ślad któremu tata wciąż od nowa nie może się nadziwić

gdyby usiąść pod jabłonią – po prostu

 

dom

my nadal pod tym samym dachem
w spojrzeniach – jak dawniej – iskry
jedynie tata nie pamięta
naszych imion

 

03/2021

kasztanowce

wspominam czas gdy spacerowaliśmy
nad rzeką to właśnie wtedy zdarzył się
cud kasztany spadały z drzew a my bez
umiaru napełnialiśmy nimi kieszenie
trzymaliśmy w garści zrządzenie losu

od tamtej wczesnej jesieni nieostrożnie
wracam nad rzekę kontroluję nadmiar
światła skupiony w łupinach zanurzam
ręce i głowę w kolorze sepii utrwalam
– metafizyka odcieni i wilgoci

epitafium 

gdyby nie było tak zimno
mogłabym podnieść ten kamień
przesunąć usiąść przy nim

pamiętam leśny strumień
obmywał historię wyrytą na głazie
mówiłaś że to imiona bohaterów

dzisiaj czuwam przy twoim
kamieniu zimno przenika do krwi
tęsknię za naszym strumieniem

mamo

więzy krwi 

od czasu gdy odeszłaś spotykamy się
w kawiarni rozmowa toczy się wokół
ziemi larw pędraków i chrabąszczy

bałaś się zimna i ciemności więc
przez lata zbieraliśmy szyszki i gałęzie
iskry z paleniska zapalały się gasły

teraz najważniejsze by nie zapomnieć
o zniczach podtrzymywać płomień

schowek 

coraz częściej okrywamy
miejsca w których można głośno
rozdzielać światło i ciemność
na tyle głośno by nikt
nie usłyszał nie zobaczył

strata

obserwuję delikatny ruch firanki
mgliste ślady oddechu na szybie
niespokojny cień zgięty w połowie
pochyla się nad  łóżkiem obejmuje
puste miejsce

02/2020

u babci

krótkie spojrzenie na pożółkłe fotografie
i znów zanurzam się w stawie nasłuchuję
kumkania żab rama męskiego roweru uwiera
tak bardzo że zapominam o pokrzywach
przy rowie i zsiadłym mleku na brodzie

wracamy przemoczeni kto pierwszy ten
lepszy do stogu siana wiader z deszczówką
kogut pieje głośniej gdy zbyt wcześnie
zaglądamy do kurzych gniazd zbyt późno
wracamy z zagonów ozłoconych kłosami

zmiany 

obserwuję sposób w jaki mi ciebie zabiera
a ty podświadomie pozwalasz na to porzucasz mnie
powoli z twoim odejściem nadchodzi jesień

pamiętam soczystą zieleń gdy w upalną noc
wracaliśmy do siebie odurzeni twórczymi słowami
poetów o rozszczepieniu miłości do ludzi

wtedy głosy powtarzały bym nie uzależniała się
od soczystości żywicy z przeszczepionych drzew
i znów tylko na chwilę – ogień deszcz ty

rocznica

nie poradzę sobie z żadnym słowem
spoiwem klamrą czy więzadłem
powietrze które nabieram do płuc
wydaje się zbyt gęste od wilgoci

poranek jest tak samo upalny jak wtedy
gdy po raz ostatni poczułaś ból i głód
trzymałyśmy się za ręce moc płynąca
z kurczowych objęć uchodziła do nieba

Skip to content