Zapach kadzidła unosił się w mieszkaniu.
Widmo starszej kobiety przechodziło z pokoju do pokoju, trzymając w ręku atrybut przypominający jako żywo lampę naftową, ta dymiła zapachem ostrym, pochłaniającym inne, dominującym nad nimi – ciężkie piżmo z nutą naftaliny wdarło się do poszczególnych pomieszczeń, dając świadectwo, że ona wciąż tu jest. Niestety nikt z dorosłych nie wyczuł tego zapachu, przyzwyczajeni do tego, czym pachnie dom, lokatorzy pozostawali niewzruszeni w swoich minimalistycznych światach, tylko on jeden czuł jej obecność. Mimo chorych i wciąż zatkanych zatok wchłonął woń dobrze znaną w czasie, gdy otwierał wielkie pudło z ozdobami na choinkę. Kwadratowy, papierowy karton, w którym znajdował się kiedyś odtwarzacz kaset VHS, przywieziony z Niemiec pod koniec lat 80. XX wieku. Symbol dobrobytu i powodzenia. Porównywalny z pierwszym łykiem coca-coli z lat 70., powiew zachodu w środkowo-wschodniej Europie. Pudełko pełne bibelotów świątecznych każdego roku stawało się dlań pirackim skarbem. Wciąż na nowo odkrywał w nim ozdoby – te nowsze, zgodne z panującymi wówczas trendami świątecznymi, jak i te starsze, naznaczone zębem czasu. Zatapiając się w świat plastikowy i szklany, odnajdywał także ten pluszowy, częstokroć zdarty, odrapany; a poszarzałe pudło zdawało się nie mieć dna, mieściło bowiem niezliczone ilości różnych materiałów. Zachęcony wkładał do niego rękę, która chowała się w papierowej powierzchni aż po bark. W ten sposób grzebał w nim, wykonując ręką ruchy przypominające te podczas pływania. Zapewne rzuciłby się na tę głęboką świąteczną wodę, gdyby nie fakt, iż z sąsiadującej z pokojem kuchni usłyszał wyraźny głos: Szymek, do mycia!
Niechętnie przerwał dotychczasową penetrację. Po trzecim wezwaniu udał się jednak w kierunku łazienki, żeby odbyć wieczorny rytuał, przyspieszający sen. Gdy wrócił do pomieszczenia, karton był zamknięty i jedynie słabe światło biurkowej lampki rozjaśniało nieco ciemność nocy. Przebrany w piżamę, od razu wskoczył pod puchową kołdrę, owinął się nią szczelnie, aż po same uszy, wykonał jeszcze dwa niezależne od ciała drgania, po czym zasnął.
We śnie do niego przyszła, pokój na nowo wypełnił się wonią kadzidła.
Kolejny wieczór spędził na tym samym – zanurzaniu się w wypełnione po brzegi pudełko i przebieraniu wśród choinkowych zabawek. Trafiał na prawdziwe skarby – trofea w postaci ozdób świątecznych: te najstarsze, a zarazem najbardziej pociągające, budziły w umyśle dziewięcioletniego dziecka pewien rodzaj niepokoju. Jedną z nich bez wątpienia stanowił pies wykonany z pluszu. Zwierzę przypominało jamnika – z długim tułowiem i ogonem, oklapniętymi uszami, a także dziwnie zakrzywionym, spiczastym nosem. Głowa zabawki wykonana została z małej, szarej, okrągłej bombki, na którą ktoś przykleił koślawy nos oraz parę niebieskich oczu, najprawdopodobniej stworzonych z filcu. Pies wyglądał trochę niechlujnie, być może to przez wzgląd na czas powstania zabawki. Przyglądał mu się długo, podstawiając ozdobę bezpośrednio pod żółte światło biurkowej lampki, by po analizie z powrotem zapakować ją do pudełka. Powtórzył ten manewr raz jeszcze, tym razem z drugą, odrębną zabawką – plastikowym pajacem. Geometryczna ozdoba, która składała się z jednego trójkąta – czerwony kapelusz, kuli – imitującej tułów postaci oraz odwróconego trójkąta, przypominającego odnóża-nogi. Całość pomalowana została szaro-srebrną farbką, nie wliczając dwóch milimetrowych kropek czarnych służących za oczy postaci. Trzymał ozdobę bardzo blisko światła lampki, obracając ją w dłoni, po czym wrzucił w głąb otwartego wieka kartonu. Wrócił do ulubionej czynności, nurkowania ręką wśród sztucznych materiałów o różnych kształtach, gdy poczuł, że szczypie go skóra. Wynurzył rękę, a na przedramieniu dostrzegł czerwoną, lśniącą plamę. Wystraszył się, zaczął krzyczeć i płakać.
Do łazienki, natychmiast trzeba to przemyć wodą utlenioną – usłyszał głos z kuchni.
Na świeżej, na szczęście nie głębokiej, ranie, utworzyła się warstwa białej piany. Wtedy zaczęło mocniej szczypać, zagryzł wargi, żeby nie krzyczeć, całą swoją złość wyładowywał teraz na ustach. Najważniejsze, że krew już nie leci, chociaż niewiele jej było. Agrafka cię tak urządziła, mówi się, żebyś nie wkładał tam całej ręki, a jak trafisz na szkło…
Nie słuchał, zajął się wdychaniem pociągającej woni, znów czuł ten charakterystyczny zapach. Gdy wrócił do pokoju, rzucił się na łóżko, wślizgnął niczym zwinny zaskroniec pod kołdrę, a potem usłyszał już tylko mechaniczne:
Dobranoc.
Dobrej nocy jednak nie uświadczył, nie mógł zasnąć, kręcąc się z boku na bok, w wilgotnej od potu pościeli. Kiedy już sen miał nadejść, przekraczał właśnie próg pokoju, usłyszał dźwięk, który kazał mu się podnieść. Z papierowego pudełka dochodziło wyraźne pukanie, wieko delikatnie unosiło się ku górze, jednak nie zostało otwarte. Podszedł na kolanach bliżej kartonu, przyłożył do niego ucho i czekał. Zaczął drgać, gdy jeszcze wyraźniej słyszał odgłos pukania w wieko, tak zbliżony do pukania w drzwi. I tak jak przed każdym niezapowiedzianym gościem, zastanawiał się, czy otworzyć, czy może przeczekać kłopotliwy moment, udając, że nikogo nie ma w domu. Wewnętrzną walkę wygrała jednak ciekawość. Powoli i z pietyzmem podniósł papierowe wieko pudełka do góry, mimowolnie odsunął się od niego raczkując. Ku zdumieniu dziecka z wnętrza wyszła postać do złudzenia przypominająca zabawkę psa, gigantycznych rozmiarów, mogła mieć nawet około dwóch metrów wysokości, ponieważ czubkiem głowy ocierała się o sufit pokoju. Jęknął niepokojąco, zdając sobie sprawę z wagi swojego czynu.
Ileż można pukać! – warknął pies.
Oszołomione dziecko nawet nie próbowało odpowiedzieć, tym bardziej, że za chwilę z kartonu wyskoczyła druga postać – pajac, który wymiarowo zbliżony był do wzrostu dziecka.
Co się gapisz!? – odparował na wstępie.
Ładnie to tak, świecić nam po oczach, ładnie? – zapytał wzburzony.
Wtedy postać psa chwyciła chłopca, a uścisk nie wydawał się psi, wręcz przeciwnie, jego siła przypominała raczej niedźwiedzia. Złapał nieprzytomne dziecko wpół, niczym zabawkę i skierował się w stronę biurka. Odpalił lampkę stojącą na hebanowym biurku, a głowę dziecka przystawił bezpośrednio pod żółte światło. Trzymał w ten sposób, dopóki rozgrzana żarówka nie zaczęła drażnić skóry na czole. Gdy miał pewność, że poparzyła skórę, puścił bezwładne ciało prosto na podłogę, złożoną z drewnianego, ciemnego parkietu. Niezapowiedziani goście urządzili sobie zwiedzanie pozostałych pomieszczeń, przy tym poruszali się w sposób tak pokraczny, że kwestię czasu stanowił fakt, kiedy obudzą innych domowników. Ocknął się, co prawda, ból głowy rozsadzał mu czaszkę, obudził się, czując, że leży w kałuży, na szczęście, nie była to krew, a mocz, widocznie ze strachu nie wytrzymał. Zdziwił się, że leży na podłodze, czyżby spadł z łóżka, nawet jeśli, nie znalazłby się w drugim rogu pokoju. Prawdopodobnie kolejny raz miał halucynacje, zmiana leków dała o sobie znać w nieubłagany sposób. Powoli podniósł się z parkietu, zdecydował, że musi iść do kuchni, musi się napić wody, ponieważ czuł, że dopadło go odwodnienie. Nie zapalił światła w pokoju, przeszedł szybko do kuchni, kierował się prosto do brudnobiałej lodówki, za nią schowana została zgrzewka wody mineralnej. Znajdując się na wysokości żyrandola, poczuł, że o coś zaczepił – ewidentnie niezidentyfikowany obiekt odbił się od jego obręczy barkowej. Cofnął się pod ścianę, gdzie znajdował się włącznik światła. Wymacał go w absolutnej ciemności, dotknął, a wtedy blask jasnego światła oślepił go. Przyłożył przedramię do oczu, nic nie widział, musiał przyzwyczaić wzrok do sztucznego blasku. Zmrużył oczy maksymalnie jak tylko potrafił, wtedy zobaczył przed sobą przerażający obraz. Na przewodach od żyrandola wisiał bezwładnie starszy mężczyzna, jego oczy przypominały rybie – były wyłupiaste i puste, część języka przygryziona została przez dolną i górną szczękę. Wydał z siebie przejmujący krzyk, niczym dzikie zwierzę, bał się kolejnych ruchów po mieszkaniu, nie chciał widzieć kolejnych ofiar złożonych ze współlokatorów. Bezradny oparł się o ścianę, kucając przy niej. W tym momencie poczuł znany zapach piżma i naftaliny, pojawiło się widmo nawiedzające dom. Mara, o wizerunku starszej kobiety, niosąca przed sobą atrybut przypominający lampę naftową, od której roznosiła się wyczuwalna woń. Pochyliła się nad nim, przytulając mocno. Otwarte usta przemawiały do dziecka, jednak on nie potrafił odczytać znaczenia słów, nie słyszał ich, a może nie rozumiał. Otulony niewidzialną ręką, usłyszał tylko najpierw jeden, a potem drugi krótki dźwięk dzwonka do drzwi. Wtem zerwał się na równe nogi, nie zapytał kto tam, po prostu otworzył drzwi na oścież. A przed sobą, w progu mieszkania, ujrzał sylwetkę mężczyzny – sąsiada z wyższej kondygnacji, poczciwego pana w okularach, który poza nałogiem palenia papierosów, nie skarżył się na nic i na nikogo. Sąsiad zapytał pojednawczo:
Wszystko w porządku? Słyszałem krzyki.
Nie potrafił wydusić z siebie ani słowa, stał przerażony i drżący.
Choć, idziemy na górę, nie możesz zostać tu sam, jesteś jeszcze za mały.
Chwycił wyciągniętą dłoń mężczyzny, przechodząc przez próg mieszkania, na klatce schodowej delikatnie świeciła żarówka, wkręcona miesiąc temu – widać było po jej blasku, że to już jej ostatnie chwile.
Rano wszystko wróci do normy, nie będziesz sam – powtarzał sąsiad w uspokajającym tonie. Przeszli po dwóch blokach schodów, docierając do mieszkania na wyższym piętrze. Mężczyzna wyciągnął pęk kluczy, jeden z nich włożył do metalowego zamka i przekręcił z łoskotem. Drzwi otworzyły się, sąsiad wszedł pierwszy, za nim podążało blade i wystraszone dziecko. Starszy mężczyzna nacisnął włącznik światła, stając tyłem w progu pokoju nazywanego buńczucznie salonem.
Zobacz, tutaj ci nic nie grozi.
Za nim na dwóch drewnianych fotelach siedzieli naprzeciwko siebie: gigantyczny pluszowy pies i geometryczny pajac.