Byłam w domu dziecka.
Moje dzieci są z domu dziecka.
Myślę o domu dziecka jak o moim brzuchu, z którego wyszły moje dzieci. Mój brzuch był piętrowym budynkiem o barwie brudnej kości słoniowej, wpadał na wysokości parteru w pomarańcz i zieleń. Mój brzuch wyłonił się po remoncie dawnego żłobka. Był pełen migracji, składał się z ludzi wewnętrznych i zewnętrznych; dzieci i dorosłych.
W domu dziecka jest jak w żłobku, przedszkolu i szkole jednocześnie. Przedział wiekowy od zera z hakiem do dwunastu, trzynastu lat. Dzieci z gładkim licem, bez trądziku, te mniejsze ze zmarszczkami. Trądzik miały czasem odwiedzające matki i ojcowie.
Widziałam kobietę, wytatuowaną sztuką tatuażu, w różowych, welurowych spodniach dresowych i t-shircie z grafiką. Żółte włosy, rzadkie, z widocznymi odrostami. Łypała na mnie spod oka. Przyszła ze swoją matką, grubą babą obracającą biodrami przy każdym kroku w prawo, w lewo. Chciałam być miła, z zupełnie nieznanego mi powodu.
Och, nie będę taka nieoczywista; oczywiście, że chciałam jej pokazać, że jesteśmy sobie równe.
Zajęła siedzisko przy piaskownicy obok małego chłopca, natomiast drugi, którego odwiedziła, skakał na trampolinie. Zagaiłam:
– Ile synek ma lat?
Spojrzała na mnie podejrzliwie, a nawet z jakąś odrazą (na mnie? z odrazą?, gdy ja przyjechałam dzieci adoptować, a ona, pozbawiona praw rodzicielskich, odwiedzała raz w tygodniu, czasem raz na dwa tygodnie, bo zdarzało się jej zapomnieć). O zgrozo, gapiła mi się w oczy z gniewem. Może ja z takimi gadać nie umiałam.
– Dwa lata.
– O, to mój prawie trzy. No proszę.
Uśmiechnęłam się, choć w duchu kręciłam głową z nieokreślonym poczuciem porażki. Ona odwróciła się do starszego syna:
– Masz ciastka, poczęstuj kolegów. Nie jedz sam.
Nie bądź samolubny – wybrzmiało.
Chłopiec podszedł do dzieci, także do moich, i poczęstował ciastkami. Ja smakołyków do dzielenia się, nie dałam, ponieważ liczyłam na to, że chłopcy będą spędzać czas z nami, a nie biegać po dzieciach z ciastkami. Do tej pory nie wiem, która z nas miała rację.
Innego dnia przechodziłam obok gabinetu dyrektora. Niesamowita sprawa z tym domem dziecka. Po każdym przyjeździe tam, pierwsze co robiłam, to biegłam do łazienki, wysikać się. Raz czy dwa rzuciłam do moich dzieci:
– Zaczekajcie, muszę do łazienki!
Usłyszałam od starszego syna:
– Jedynka czy dwójka?
Potem mu powiedziałam, że nie wypada tak mówić, a już na pewno nie na głos. On ultra wrażliwy, tak bardzo chciał nam się przypodobać, że obiecał, choć nie oczekiwałam tego, że już nigdy, ale to przenigdy, tak się nie odezwie. Mój syn chciał, byśmy go polubili. Dosyć, że był przekonany o tym, iż trafił do domu dziecka dlatego, że przyprowadził do domu psa z pchłami, i te pchły obeszły mieszkanie, rodzinę. Zabrali go, jego wina, jego wielka wina.
Kolejne pół roku mówiliśmy mu z mężem:
– To nie twoja wina.
I naprawdę chciałam wierzyć, że skoro już tyle razy to powiedziałam, to siadło. Intuicja podpowiadała mi jednak, że nie siadło, ale jest o krok do przodu.
Wracając do sytuacji… Biegłam do łazienki, minęłam gabinet dyrektora. Słyszałam, jak kobieta tłumaczyła mu coś nerwowo. Dobiegło zza drzwi:
– Jakim prawem nie przekazano mi, że było zakończenie roku szkolnego syna? Na jaką matkę ja wyszłam?!
– Proszę pani, nie ma potrzeby się unosić.
– Dopiero teraz dowiaduję się, że było zakończenie roku szkolnego!
Wychodząc, dostrzegłam, że kobieta trzymała za rękę małą dziewczynkę, która patrzyła to na matkę, to na dyrektora. Jej oczy błądziły jak wahadło w metronomie, niemal słyszałam stuk, stuk.
– Trzeba było zapytać syna, to by powiedział o zakończeniu roku. Trzeba go było odwiedzić. Zresztą, można łatwo sprawdzić, kiedy jest zakończenie roku…
– Wy macie mnie wspierać! – kobieta przerwała dyrektorowi.
Skojarzyłam wtedy, że mamy drugą połowę lipca. Kobieta dopiero teraz zorientowała się, że było zakończenie roku szkolnego.
My byliśmy na zakończeniu roku syna. Poznaliśmy go dziesięć do dwunastu dni wcześniej. Jego ulubiona ciocia z domu dziecka powiedziała nam:
– Przyjedźcie państwo, Adasia nikt nie odwiedza, nikt z nim nigdy nie był w szkole, zrobicie mu niespodziankę.
– A co jeśli przyjdą rodzice biologiczni? Nie możemy się z nimi spotkać…
Ciocia, jak dobra dusza z powieści Dickensa, pokręciła głową z wątłym uśmiechem i smutkiem w oczach.
– Nie przyjdą, nie martwcie się. Nie przyjdą.
Bałam się, że jednak będą. Ciężko komuś wytłumaczyć, że bywają sytuacje niezręczne, ale niezręczność w tych okolicznościach, nie oddaje w pełni powagi i daleko idących skutków takiego spotkania.
Nie przyszli.
Adaś, gdy nas zobaczył, otworzył usta ze zdziwienia. Rzucił się w ramiona.
– Nikt nigdy nie przyszedł, tylko ciocia Anielcia!
Trzymał nas kurczowo za ręce, tulił dłonie do policzka. W klasie powiedział:
– Usiądziecie koło mnie?
Wychowawczyni podziękowała nam, że jesteśmy, bo Adaś dotąd zawsze był sam. Nie mogliśmy usiąść obok, to strefa dzieci. Stanęliśmy więc z innymi rodzicami z tyłu, a Adaś odwracał się i mówił przez całą klasę:
– Sprawdzam, czy jesteście!
Wysyłał buziaki i formował ręce w serce.
Jedna z kobiet odezwała się do nas:
– Macie państwo wspaniały kontakt z synem.
Znaliśmy się od dziesięciu do dwunastu dni. Przed dziesięcioma czy dwunastoma dniami ciocia Anielcia powiedziała Adasiowi:
– Jutro po szkole przyjadą pani i pan. Chcą zostać waszymi rodzicami i myślimy, że ty i twój braciszek jesteście dla nich, a oni dla was.
– Ale ja mam mamę i tatę – powiedział Adaś zgodnie z prawdą.
– Wiem Adasiu, ale do nich już nie wrócisz… A to są wspaniali ludzie. Polubicie się.
Adaś nie spał przez całą noc.
– Mamo, ja wtedy całą noc myślałem i myślałem: czy was polubię, czy nie? Czy mi się spodobacie, czy nie? Bardzo się stresowałem. Przez całą noc miałem otwarte oczy. Podobno zasnąłem o dwudziestej drugiej.
Biedak całą noc się zamartwiał. Po pierwszym spotkaniu powiedział:
– Pozwalam wam przyjechać drugi raz.
I tak na wyraźne przyzwolenie zaczęliśmy jeździć.
Przyjechaliśmy do Adasia i jego brata pewnej niedzieli. Z domu dziecka wzięli nas na izbę wytrzeźwień. Powiedzieli:
– Adaś potrafi być kochany, ale wymaga dużo, dużo pracy.
Ktoś inny wtrącił ogrom.
– Muszą państwo być świadomi tego, że on ma dużo nagromadzonych emocji, agresji, nerwy. Okropne nerwy. Wczoraj nie chciał położyć się spać, zdenerwował się i nogą zrobił dziurę w ścianie.
-Z karton-gipsu – tłumaczę.
– Proszę go także zapytać, jak mnie nazwał. Jedna z cioć kręciła głową z dezaprobatą. – Niech sam powie.
Podeszliśmy do Adasia. Wstydził się podnieść na nas oczy. Dwie ciocie stały nad nami w oczekiwaniu na opierdol życia syna. Przytuliliśmy go i wytłumaczyliśmy, dlaczego niszczenie cudzego mienia jest niewłaściwe.
– Obiecujemy ci – schyliłam się, patrzyłam mu w oczy, trzymałam za małą, białą rączkę – że będziemy z tobą pracować nad emocjami, bo wiemy, że jest ci trudno.
– Mamo, pomóżcie mi się nie złościć. Nie lubię siebie takiego – mówił Adaś cichutko. Nachyliliśmy się bardziej, by go usłyszeć.
– Nauczcie mnie panować nad złością.
– Zaopiekujemy się tobą i pomożemy ci.
Ciocie poszły sobie, przedstawienie skończone, a sztuka marna. Na spacerze z Adasiem i jego bratem zapytałam go, jak nazwał ciocię.
– Wiedźmą.
– To dobre słowo, czy niedobre?
– Niedobre.
– A ono kogoś obraża?
– Chciałem ją obrazić, bo mnie wkurzyła, kazała mi iść spać tak wcześnie.
– Czy uważasz, że można ciocię przeprosić?
– Tak.
Na koniec spotkania podeszliśmy do wyzwanej cioci i Adaś przemówił:
– Ciociu, przemyślałem to, jak cię nazwałem i bardzo cię przepraszam.
– A mówiłeś rodzicom, jak mnie nazwałeś?
– Wiedźmą.
– Nie tylko wiedźmą.
– I podłą kurwą – przyznał Adaś, spuszczając wzrok na podłogę.
Było w tym coś tak absurdalnego, że zachciało mi się śmiać. Nie wiem, jaką siłą – wolą czy jakąś inną – powstrzymałam się. W samochodzie za to rżałam jak koń. Na usprawiedliwienie dodam, że mąż też, a on jest złotym człowiekiem.
W pewnym momencie dyrektor domu dziecka zezwolił nam na zabieranie dzieci poza placówkę. Organiczna ulga. Przede wszystkim z powodu innych podopiecznych placówki.
Gdy zaczęliśmy odwiedzać chłopców, dzieci wychylały się ze swoich norek i obserwowały nas… To było najdokładniejsze badanie empiryczne w historii świata. Dzieci odpowiadały przed sobą na fundamentalne pytania: kim są ci dorośli, dlaczego mianują się rodzicami adopcyjnymi, dlaczego wybrali Adasia i Marcinka, co Adaś i Marcinek takiego w sobie mają. Dla nas – pierwsze odnotowane przez uczone dzieci stwierdzenie – Adaś i Marcinek są przeciętni.
I najważniejsze: jak sprawić, by oni także mnie zabrali ze sobą do domu?
Odbywały się przygotowania: uczesanie pierwsza klasa, czysty ciuch i but, czyste buzie, pokaz umiejętności – akrobatyka, rysunek, oratorstwo, wiedza, śpiew, zdolności przywódcze, foremki z piasku. Kompetencje twarde i miękkie. Blondyni, bruneci, rudzi, dziewczynki i chłopcy. Solo bądź z rodzeństwem. Pamiętam, jak oglądałam kiedyś amerykański film, w którym ichniejszy ośrodek zorganizował piknik rodziców adopcyjnych z dziećmi. Przyszli rodzice poznawali dzieci i wybierali spośród nich. Dobrze, że w polskim systemie, co do zasady, rodziców do dziecka dopasowuje ośrodek adopcyjny. W przeciwnym wypadku doszłabym do punktu, po przekroczeniu, którego jest bezdenne szaleństwo, otchłań kryteriów, a potem życie przeobrażone w ciągłe zastanawianie się: czy to jest nasze dziecko, czy tamto, które zostawiliśmy w piaskownicy, albo przy drabince; spaczenie intuicji; nawiedzone sny z twarzami dzieci, które nigdy nie dorosną.
Dwunastoletni Przemek, w okrągłych okularach, przypominał mi Harry’ego Pottera, z pierwszej okładki książki wydanej w Polsce.
– Proszę pani – pewny siebie, buńczucznie zadarł nos do góry – a gdyby pani tak i mnie wzięła ze sobą, co? Ja nie sprawiam problemów. Mnie tu nikt nie odwiedza.
– Och, wiesz… Nie my o tym decydujemy.
– A kto decyduje?
Zamyśliłam się.
– Dyrektor. Na ciebie też na pewno czeka jakaś rodzina.
– Ee, co pani, takiego starucha to nikt nie chce.
– Na pewno jest inaczej…
Całkowicie niezdarnie, bez wiary we własne słowa, próbowałam w ciągu jednej sekundy zrozumieć siebie, jego i problem wszystkich dzieci w pieczy zastępczej.
Widziałam z daleka, że rysuje coś kredą na betonie.
– Podejdzie tu pani? – zawołał mnie.
Podeszłam. Przemek pokazał rysunek.
– Tu jesteście wy, Adaś, Marcinek i ja. Widzicie? Możemy być rodziną.
– Przemku… – zaczęłam znowu i było to w tak chory sposób nie do sformułowania dla takiego adopcyjnego laika jak ja.
– Naprawdę nie możemy cię zabrać. Bardzo mi przykro. Możemy tylko dwójkę dzieci.
Przemek zmazał ręką Marcinka.
– Widzi pani, teraz jest dwóch.
Zgroza mnie przejęła, przeraziłam się. On zabije moje dziecko, byleby być z nami. Gdyż ja, w swojej tępocie, sformułowałam to nieprzemyślanie.
– Nie, Przemku – powiedziałam stanowczo. – To musi być Marcinek i Adaś. Nie możemy cię wziąć.
– Ja porozmawiam z wujkiem. Chłopiec miał na myśli dyrektora. – Załatwię temat.
Przez miesiąc, kiedy jeździliśmy do chłopców, bałam się telefonu, że Przemek zrobił coś Marcinkowi. I nie byłam powściągliwa w wyobrażeniach.
Później dowiedziałam się, że dwa lata wcześniej Przemek trafił do rodziny zastępczej, ale były tam też inne dzieci, a on potrzebował całej uwagi tylko dla siebie, poświęcenia mu się, podkreślenia jego obecności i istotności. Rodzina go odstawiła pod bramę, tak nam powiedział Adaś, dodając:
– Nie wykorzystał swojej szansy. Jego wina.
Wiedzieliśmy, że to nie są słowa Adasia, lecz zasłyszane gdzieś od dorosłych.
Kiedyś na placu zabaw, na terenie domu, dziecka Adaś krzyczał:
– Moi rodzice przyjechali! Zobaczcie, tu są!
Jedna z cioć zwróciła mu uwagę, by się nami nie chwalił, bo innym dzieciom jest z tego powodu przykro.
– Oj, muszą państwo popracować nad jego empatią.
Adaś po takich wyprawach z nami poza placówkę nie chciał wracać do domu dziecka. Pytał, kiedy go zabierzemy do domu i dlaczego nie teraz? A także kto decyduje?
Czy my też jesteśmy tak ułomni jak rodzice biologiczni, którzy obiecywali, obiecywali i na nic się te słowa zdały?
Zapierał się o bramę, że nie wejdzie, zostanie, nie chce.
– Weźcie mnie ze sobą!
A nam się serce krajało, bo odstawialiśmy synów do domu dziecka, jak pożyczone dzieci. Więź między nami a chłopcami dopiero kiełkowała, ale wbiliśmy sobie do głowy, że to nasze dzieci, a na miłość przyjdzie czas… To jak małżeństwo z rozsądku. Gdy odstawiliśmy raz chłopców do placówki, na Adasia czekała pielęgniarka.
– Mieliście być maksymalnie do osiemnastej, a jest piętnaście po – skarciła nas. – Specjalnie czekałam na chłopca, bo muszę mu zmierzyć puls i ciśnienie.
– Przepraszam, zapomnieliśmy się…
Pielęgniarka kręciła głową.
– Pożegnaj się z rodzicami, Adasiu.
Adaś przytulił nas.
Uścisk rodzinny! We czwórkę ściskaliśmy się tak długo, aż brakowało nam tchu i śmialiśmy się. Poszliśmy na piętro, by zostawić Marcinka pod opieką cioć, Adasia przejęła już pielęgniarka. Gdy wracaliśmy, Adaś siedział na krześle z opaską uciskową i wyciągał do nas rękę.
– Rodzice, zostańcie…
Podbiegłam do niego i już niemal ją chwyciłam, otarłam się o koniuszki palców, gdy pielęgniarka, niczym demon doświadczenia, stanęła między nami.
– Państwo już jadą, daleko macie do domu, my sobie z Adasiem poradzimy.
Buziaki z daleka, serca zza siedmiu gór, życzenia i zawołania, że wrócimy do nich, a ostatecznie po nich.
I do domu – sto dwadzieścia kilometrów, do pracy kolejnego dnia, i po pracy trasa ta sama, tyle że odwrócona, sto dwadzieścia kilometrów, i potem sto dwadzieścia kilometrów, i… tak po sto dwadzieścia kilometrów.
To było upalne lato. Już nie wiedziałam, co zakładać na podróż, by nie wyjść potem z mokrym tyłkiem. Samochód miał pseudoskórzaną tapicerkę i szlag go trafił po dwóch pierwszych wizytach u chłopców. Podobno wada fabryczna.
– Z tego powodu są pozwy zbiorowe w Niemczech i we Francji, to nie moja wina – tłumaczyłam każdemu, kto zwracał mi uwagę, że nie wymieniłam oleju w silniku. Samochód był mój. Fakt, zapomniało mi się, ale pozwy zbiorowe zostały złożone i bardzo wierzę w to, że uzupełnienie oleju w silniku na nic by się zdało, koniec, basta.
Byliśmy u chłopców w sumie pięcioma samochodami, w tym trzema pożyczonymi. Adaś nie mógł połapać się w samochodach, tyle ich było. I nawet raz zapytał:
– Jesteście bogaci?
– Nie, po prostu tak się złożyło, że możemy od kogoś pożyczyć samochód.
– Chyba musicie być bogaci.
I co? I nic, to całe bogactwo Adaś miał w głębokim poważaniu. To była uwaga na zasadzie: patrzcie, lata mucha koło ucha.
– A macie już jakieś dzieci? – zapytał Adaś innym razem.
– Nie mamy. I dlatego, że ich nie mamy, zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego.
– O rany.
W jeden z bardzo gorących dni zabraliśmy chłopców na lody. Mąż usiadł z nimi na rozstawionych na zewnątrz leżakach, ja kupowałam kręcone w budce. Były jeszcze dwie inne rodziny, zajadające zimne przysmaki. Jedna z nich miała ze sobą psa. Słyszę za plecami głos Adasia:
– Jaki piękny piesek. Jak się wabi? A wie pani, że mój tata kiedyś, jak był zły, specjalnie przejechał podobnego pieska i go zabił.
Odwróciłam się i zobaczyłam twarz męża, z której odpłynęły wszystkie kolory i karcący wzrok ludzi, którzy wydali werdykt co do jego morderczych skłonności. Zawinęliśmy się stamtąd.
Kilka miesięcy później, podczas wizyty u psychologa, Adaś powiedział:
– Mój tata kiedyś wziął krzesło i bił nim mamę po plecach i po głowie, aż krzesło pękło i nogi odleciały.
Trauma naszego syna była istotna, a męża urojona. Zapytał Adasia, czy wytłumaczył psycholożce, że chodziło o ojca biologicznego.
– No nie, mówiłem tylko, że tata – odpowiedział Adaś.
– Przecież ona wie, że nie chodzi o ciebie – próbowałam go uspokoić i przewracałam oczami.
Cały tydzień chodził wokół Adasia i przypominał mu, żeby powiedział pani psycholog, że chodziło mu o ojca biologicznego.
– Daj spokój – mówiłam. – Gdyby uznała, że to miało miejsce u nas, zawiadomiłaby policję. Przesadzasz.
Na kolejną wizytę u psycholożki mąż jednak pojechał z Adasiem osobiście, wciąż mając potrzebę wytłumaczenia jej, że nie bił mnie krzesłem po głowie i plecach.
– Spokojnie, domyśliłam się – uśmiechnęła się pani psycholog, by dodać mu otuchy.
Musiał wreszcie nastąpić dzień, w którym przyjechaliśmy po chłopców, a nie do nich, a rzeczywistość ujawniła swój smak. Był gorzki i mdlący, a jednocześnie nowy i kwaśny. Niepodobny do żadnego.
Poprzedniego dnia chłopcy mieli pożegnalną kolację. Spakowaliśmy ich. Współlokator z pokoju Adasia płakał.
– Jest mu smutno, bo wyjeżdżam na zawsze, a on tu musi zostać – wyjaśnił Adaś.
Jedna z cioć pobiegła przytulić osamotnionego chłopca.
Pojechaliśmy do domu na zawsze. Według Adasia był dom dziecka, dom babci Manii, dom rodziców biologicznych, całe mnóstwo domów i dom na zawsze – czyli jego.
Kilka miesięcy później dom na zawsze został w jego ustach po prostu domem, co było dobrym znakiem, bo przyzwyczajeniem. Adaś wpadł w rutynę, a nam spadł kamień z serca, przy czym trzecie oko musi zostać otwarte.
Byliśmy w domu dziecka, jesteśmy z Domu Dziecka, domy dziecka stoją z pozostającymi w nich współlokatorami i zagipsowaną dziurą w ścianie.