Trzynastego maja o godzinie trzynastej trzynaście autobus numer 103 z impetem przejechał obok przystanku o wdzięcznej nazwie: 17. południk. Kinga odetchnęła z ulgą. Fatum feralnej trzynastki zostało podwójnie przełamane. Szczęśliwie południk był siedemnasty, a autobus miał numer 103. Do 113 albo – co gorsza – do 13 nigdy by nie wsiadła. Wystarczy, że już od samego rana prześladował ją pech. Najpierw stłukł jej się ulubiony talerzyk i stłukł się było jedynym słusznym sformułowaniem, ponieważ mogłaby przysiąc, że nawet go nie dotknęła, tak samo jak prawie nie tknęła spiętrzonej na suszarce do naczyń porcelanowo – fajansowo – szklanej konstrukcji z kilku poprzednich dni. Później nie mogła znaleźć swojej szczęśliwej bluzki, specjalnie przeznaczonej na takie trudne dni i okazje. Nie pomogła nawet żarliwa modlitwa do świętego Antoniego, przeplatana aktami strzelistymi w stylu: Noszkur, akurat dzisiaj?!; czy Przecież musi gdzieś być, do cholery!. A na koniec, na parkingu, okazało się, że ma flaka w tylnym, lewym kole. Oczami wyobraźni widziała szalejącego po osiedlu psychopatę, który przebijał opony najpiękniejszym mieszkankom bloków… Ale winna okazała się jakaś mała, zakrzywiona blaszka, na którą musiała wjechać wracając z pracy.
Dlatego właśnie mknęła prawie pustym autobusem w kierunku centrum, ściskając między nogami reklamówkę z biedry (ale ekologiczną, wielokrotnego użytku!), z wypchaną indyczką w środku. No właśnie. Chociaż raz chciałaby być taka jak wszyscy, normalna, a nie oryginalna lub – mówiąc wprost – dziwna! Ale Wszechświat zdecydował inaczej i właściwie już się z tym pogodziła. Trzeba przyznać, że udawanie normalnej szło jej bardzo dobrze: skończyła studia, znalazła pracę i zamieszkała w odziedziczonym po ciotce mieszkaniu. Fakt, że ciotka była bardziej szalona od niej, trochę ją pocieszał. Podejrzewała zresztą, że to w ramach jakiejś wiedźmowej solidarności zapisała jej to mieszkanie w spadku. Mieszkanie było małe, ale po niewielkim remoncie wystarczało na potrzeby mało towarzyskiej singielki. Tylko ta indyczka. Kto normalny umieszcza w sypialni, na półce na ścianie, centralnie naprzeciwko łóżka, wypchaną indyczkę? Indyczka była stara, nieco wypłowiała i dawno wylądowałaby na śmietniku, gdyby nie zapis w testamencie, że Kindze nie wolno jej wyrzucić. Mina notariusza podczas odczytywania ostatniej woli ciotki – bezcenna. Kinga natomiast nie była specjalnie zdziwiona tą ekstrawagancją. Przewidywała, że wcześniej czy później i tak pozbędzie się mało urodziwego prezentu. Nie przeszkadzał jej jednak zbytnio w codziennej egzystencji, z czasem stając się niejako substytutem towarzystwa i niemym rozmówcą. Mówiła do ptaka, żeby nie było, że mówi do siebie. Indyczka królowała więc w sypialni, dopóki nie przestraszyła pewnego wrażliwego amanta Kingi, który stwierdził, że nie może się z nią kochać, kiedy to ptaszysko patrzy na niego i śledzi go wzrokiem, i uciekł. Po tym przykrym incydencie Kinga ściągnęła indyczkę z półki, wytarła ją z kurzu i stwierdziła, że rzeczywiście, miała ona wyjątkowo przenikliwe spojrzenie – jeśli można tak powiedzieć o wypchanym zwierzęciu z parą czarnych koralików zamiast oczu. Przeniosła ptaka do aneksu kuchennego, ustawiając go na lodówce.
– Będzie ci tu dobrze – mówiła, jakby chcąc się usprawiedliwić. – To dobry punkt obserwacyjny. Będziesz wszystko widzieć, a przynajmniej nie będziesz mi odstraszała absztyfikantów. Ty rzeczywiście wyglądasz, jakbyś śledziła wszystko wzrokiem!
I tak mieszkały sobie razem aż do dnia, gdy Kinga znalazła w skrzynce na listy ulotkę z napisem: „13 maja kupię wypchane ptaki. Dobra cena.”, z podanym adresem i hasłem: PALINDROM. Dziwne – pomyślała, ale kusiła ją możliwość dodatkowego zarobku oraz pozbycia się niechcianego prezentu, bez pogwałcenia ostatniej woli ciotki. Przecież nie wyrzuci indyczki, tylko ją sprzeda! Może trochę naciągane, ale przyda się parę groszy.
Nic się nie martw. Na pewno trafisz do jakiegoś zapalonego kolekcjonera. Może nawet trochę cię odpicuje, bo – szczerze mówiąc – nie wyglądasz najlepiej – tłumaczyła indyczce i mogłaby przysiąc, że ta patrzyła na nią z wyrzutem. Spakowała ją więc do reklamówki, żeby była gotowa na następny dzień i żeby nie gryzło jej sumienie…
Szesnastopiętrowe wieżowce przy ulicy Czarnieckiego lata świetności dawno miały za sobą. Kiedyś drapacze chmur z wielkiej płyty zachwycały nowoczesnością, ale Kinga była zbyt młoda, żeby to pamiętać. Widziała tylko wyblakłe kolory, odpadający tynk, brudne ściany i grożące zawaleniem balkony. Co za melina, pomyślała wchodząc do bramy. Wybrała numer na domofonie, w którym po chwili odezwał się piskliwy, męski głos:
– Słucham?
– Ja w sprawie ogłoszenia – odpowiedziała Kinga.
– Hasło! – usłyszała.
– Palindrom – powiedziała.
– Hasło – powtórzył głos.
– Palindrom – powiedziała głośniej.
– Palindrom to nie jest palindrom – zniecierpliwiony głos zabrzmiał jeszcze bardziej piskliwie.
Ach, więc o to chodzi! Kinga zaczęła gorączkowo szukać w myślach i po chwili wyrecytowała jedyny palindrom, jaki przyszedł jej do głowy:
– Kobyła ma mały bok.
– Słabe. Ostatnie piętro – zapiszczał głos i prawie równocześnie dało się słyszeć dźwięk otwieranych drzwi.
W tle Kinga słyszała coś jeszcze – dziwny hałas, jakby pisk, ale po wejściu na klatkę schodową musiała się zmierzyć z innym wyzwaniem. Straszny smród, połączenie uryny i zaduchu, sprawił, że zaczęło jej się kręcić w głowie. Nienawidziła jeździć windą, ale przeraziła ją wizja wchodzenia na szesnaste piętro. Na samej górze czekał na nią niski, starszy mężczyzna w białym fartuchu, prawie łysy, o szczupłej twarzy i małych, ptasich oczkach.
– Zapraszam, zapraszam – powtarzał z wymuszonym uśmiechem. – Gdzie jest ta ptaszyna?
Świdrował Kingę wzrokiem i utkwił wzrok na reklamówce.
– Mogę zobaczyć naszą dziewczynkę? – wyciągnął rękę.
Miał w niej jakiś szpikulec. Zawstydzony cofnął dłoń i wyciągnął drugą. Kinga odruchowo zrobiła krok w tył i poczuła coś miękkiego pod stopami. Spojrzała w dół i zobaczyła, że stoi na piórach. Zresztą pierze unosiło się w powietrzu, gospodarz miał je na resztkach siwych włosów. Było wszędzie. Dziewczyna poczuła, że drapie ją w gardle i utrudnia oddychanie. Staruszek przestał się uśmiechać, a Kinga zauważyła czerwone plamy na jego fartuchu. Krew?? I ten pisk, dobiegający przez uchylone drzwi mieszkania naprzeciwko…
Mężczyzna musiał zauważyć jej wzrok i zamierzył się na nią szpikulcem. W obronnym odruchu Kinga zasłoniła się reklamówką, w efekcie czego to indyczka zebrała cios przeznaczony dla niej.
Drzwi windy zdążyły się już zamknąć, ale wystarczyło wcisnąć guzik, żeby otworzyły się z powrotem. Kinga błyskawicznie wskoczyła do środka i gorączkowo wciskała przyciski. Roztrzęsiona i spocona, wybiegła z budynku.
– Co to było?! – krzyknęła. Do siebie? Do indyczki w reklamówce? Do grupki młodych ludzi przed bramą, którzy patrzyli na nią jak na wariatkę?
***
Od tego czasu dużo się zmieniło. Kinga i indyczka jeszcze bardziej się do siebie zbliżyły. Nie rozmawiały o wydarzeniach tamtego strasznego dnia. Czasem tylko spoglądały na siebie porozumiewawczo, jakby mówiły: My wiemy, co się mogło stać.
Kinga zrozumiała, dlaczego ciotce tak bardzo zależało, by nie rozstawała się z przyjaciółką. Przestała też tak bardzo bać się znaków, przesądów i dziwnych zjawisk.
Zabrała indyczką do profesjonalnego taksydermisty. Był trochę zdziwiony, że klientka nie chce zostawić ptaka w zakładzie i domaga się renowacji na miejscu, ale – w myśl zasady klient nasz pan – podjął się zlecenia. Indyczka została naprawiona, odzyskała świeży wygląd, a nawet dostała imię: Szczęściara.