+48 736-84-84-44

Z bieli powstajesz…

Granica. Słowo, które razi prądem. W jej dźwięku tkwi pierwsza linia samoobrony. Cienka czy fest – każda oddziela, odróżnia, definiuje. Wbrew zawartemu w intencji ograniczaniu daje przestrzeń i nietykalność. Ludzkie mapy mają wiele takich progów, takich marginesów. Oddzielają nimi chcieć od musieć. Ale bywają też granice trudne, dziwne, bardziej homo niż sapiens. O takiej granicy jest historia Uśki, smutnej szesnastolatki, wiedzionej przez życie triadą: proszę, dziękuję, przepraszam oraz regulaminem oczekiwań. Przeważnie zgięta w pół, stale winna lub wdzięczna, chora na skoliozę godności. Tak wymyśliła ją sobie mama jeszcze przed narodzinami i tak ulepiła. Wykorzystała moment, kiedy dusza dziewczynki była biała jak skrzydło anioła. Ciągle ją prostowała, kierowała mową i uczynkiem. Nazywanie jej aniołkiem miało w tym pomóc. Wryć w podświadomość zakaz buntu, bo aniołki nie krzyczą. W drugiej klasie liceum Usia zrozumiała, że skończył się anielski tlen ogłupiający i nie ma czym oddychać. Że nie oddycha, tylko łapie powietrze, żeby wyartykułować kolejne przepraszam.  Wbrew regulaminowi, a w zgodzie z naturą, zaczęła wypowiadać posłuszeństwo.

We wprowadzeniu zmian pomógł jej przypadek. Któregoś dnia wzięła z bookcrossingowego stolika w bibliotece książkę Betty B., londyńskiej psycholożki. Zauroczył ją tytuł „Powiedz prawdę lusterku”.  I tak znalazła swego duchowego opiekuna. Autorka tłumaczyła języki ludzkich zachowań miękko, ale konkretnie. Stawiać granice nie oznacza budowania muru”. Dorzucała własne historie, to znów pożyczała cudze i robiła z nich happening. Można było być widzem lub aktorem, w zależności od tego ile odwagi cywilnej udało się skroplić podczas jej lekcji.

Kiedy poszło w świat, że Betty B. będzie prowadziła światowe warsztaty z elementami jogi i medytacji w Paryżu, a nauczyciel wuefu i jednocześnie trener siatkówki, którą Uśka ćwiczyła od dwóch lat, obiecał znaleźć sponsora dla swojej dziewczęcej drużyny, żeby mogła wziąć udział w szkoleniu i podbudować swoją sportową psyche, płakała ze szczęścia i przerażenia, bo w grę wchodził tylko lot samolotem. A rodzicielka wyuczyła ją lęku przestworzy. Samoloty są dla kaskaderów. Trudność potęgował fakt, że to matka musiała wyrazić zgodę na wyjazd nieletniej i dać na podróż dwieście złotych. Wiadomo było, że najpierw powie: Po co ci to? Nudzisz się? Ja ci zajęcie załatwię. Ale dodała jeszcze: I ten samolot potrzebny, żebyś się zabiła. Tego było już za wiele. Usia, najdelikatniej jak się dało, ale jednak, odpowiedziała, że ma dość straszenia. I od razu przeprosiła za swój wybuszek, żeby nie zablokowano dwustu złotych i zgody, jeszcze przed konsultacją decyzji z innymi matkami.

Dziewczyna zdawała sobie sprawę, jak bardzo jest zaplątana w relacji z matką, a przez to w kontaktach z ludźmi. Nie wszyscy zasługiwali na jej przepraszam, nie wszyscy tego oczekiwali. Zadowalanie świata było dokuczliwe i poniżające, a na granicy honoru stał rodzony wróg i tylko Betty B. mogła go osłabić.

– Ja ci mówię, zginiesz w tym samolocie. Wszyscy giną – słyszała kilka razy każdego dnia i coraz mocniej bała się lecieć, ale też coraz mocniej tego chciała.

Sprawę rozwiązał przypadek. Któregoś dnia Uśka, a właściwie jej koleżanka Maszewska, zostawiła na parapecie korytarza siedem papierków po gumach do żucia i narobiło się bałaganu. Dozorczyni nie pracowała po południu, więc nie mogła widzieć sprawcy. Rano odnalazła to śmietnisko i wylała swą złość do ucha pierwszej spotkanej lokatorki. Była nią matka Uśki, która poprzedniego dnia zwróciła uwagę na gumę w ustach córki i ogromne balony wydmuchiwane przez szesnastolatkę, czego nie omieszkała skomentować słowami, że w jej wieku nie wypada tak się błaźnić. Pokojarzyła fakty i już krytyczna mowa czekała na Usię po powrocie ze szkoły. Mimo dojrzewającego buntu, lecz w imię zgody na wyjazd i pieprzone dwieście złotych, dziewczyna postanowiła ostatni raz to zrobić – przeprosić szefową klatki schodowej. Ale już wieczorem dopadła ją grypa jelitowa i szarpała trzy dni. Po tym czasie matka przypomniała o zaległej rozmowie z dozorczynią. Niestety, tym razem jelitówka grasowała w organizmie sprzątającej, jak donosiły sąsiadki. Mamusia, mimo to, nie popuściła lejców, aby poczucie winy nie za bardzo rozeszło się po kościach. Młoda była już wykończona. Chciała jak najszybciej przeprosić za ten papierkowy grzech, ale dozorczyni nie wracała do pracy. Po dwóch tygodniach w końcu się zjawiła. Była nie do poznania. Blada, chuda, rozpacz. Długo wychodziła z pomieszczenia, gdzie trzymała wiadra i szmaty. Uśka czekała, patrząc na zegarek, jak zbliża się ósma, myśląc, że za chwilę fizyka z wychowawcą, na którą się spóźni, za co też będzie musiała przeprosić. Na szczęście dozorczyni wyszła z wiadrem wody i spojrzała na nią.

– Co?

– Dzień dobry. Jakieś trzy tygodnie temu zdarzyła się nieprzyjemna sytuacja.

– Nieprzyjemna sytuacja? A co jest bardziej nieprzyjemnego niż to, że mój malutki wnuczek kona odwodniony, bo zaraziłam go jelitówką, ja – babcia… – krzykliwy głos był słony od łez, gorzki pretensjami do siebie, do każdego.

– Ale ja wtedy byłam z koleżanką na klatce, bo deszcz padał…

– Słyszysz, co ja do ciebie mówię?! – krzyk przeszedł w ryk.

– I ja te papierki tu zostawiłam! – Usia też podniosła głos, aż zapiszczała, bo chciała mieć z głowy, zadowolić matkę, dostać forsę i lecieć.  

– Zmiataj, gówniaro, nie masz za grosz wyczucia – sprzątająca przerwała ten skowyt, lejąc wodę z wiadra pod nogi dziewczyny. Spodnie mokre do kolan. Buty całkiem. Starsza kobieta we łzach rzuciła jeszcze w Uśkę mokrą szmatą. Młoda nadal nie przeprosiła. A musiała. Muszę – szeptała sobie… Ale jeśli przeprosi, druga ściera wyląduje na jej twarzy albo bluzie, a wtedy spóźni się jeszcze na matmę. Na zebraniu to wyjdzie i matka znów zleci jej się kajać. Usta wygiął skurcz i już nic więcej nie mogła powiedzieć.

            Poszła do szkoły. Zdążyła na matmę. Poszła mokra, bo w domu była matka. Sklęłaby wszystko – brak przeprosin, wygląd, kolejną detonacją dozorczyni. Co za dzień… Wieczorem młoda zamknęła się w pokoju. Myślała o niewykonanym zadaniu. Napisała na kartce: „Nie przeprosiłam sprzątaczki”. Pod spodem – drugi raz to samo. Do końca strony. Zdań przybywało. Robiła sobie karę. Takie samoupodlenie miało zmobilizować ją do walki przeciwko sobie. Gdzieś w połowie kartki, zupełnie tego nie planując, napisała: „Nie przeproszę sprzątaczki”. Przyjrzała się temu. Jak bardzo nie pasowało do głosu powyższego tłumu. Nie przeproszę? Nigdy tego nie zrobię? Nigdy – podszeptała sobie irracjonalnie, a przed oczyma wyskoczyła jej scena z wiadrem. Drugie zdanie: Nie przeproszę sprzątaczki. Zapisała dwa zeszyty, około sześćdziesięciu kartek. Uwolniła nie. Zablokowała manipulację. A gdybym była lesbą jak Kinga, to też musiałabym przepraszać? A może będę? Mama wyrzuci mnie z domu i będę wolna!

Temat współczesny poszukiwanie tożsamości płciowej miał odpowiednią popularność. Nie trzeba było się go bać. Uśka wyszukała rzadko używany numer telefonu:

– Kinga, mam do ciebie sprawę.

Na drugi dzień Kinga zapukała do drzwi, które otworzyła matka Uśki.

– Dzień dobry, przyszłam po moją duszyczkę.

Matka zbladła na widok najsławniejszej na osiedlu lesbijki. Tej lesbijki, która nie przeprasza za to, kim jest.

– A dlaczego?

– Bo jest siódma czterdzieści pięć i zaraz mamy wuef.

– Wychodzę już! – Usia przesunęła matkę.

– Uleńko – matka ze strachu osłodziła imię córki. – Zaczekaj chwilę…

– Weź, mamo – cmoknęła Kingę w usta. – Gnamy do szkoły.

Znów będę musiała przepraszać.

Matka zablokowała się, znieruchomiała. Teraz wszyscy zobaczą, że jej córka to lesbijka. Odmieniec, dziwoląg. Podbiegła do okna, szpiegowsko uchyliła roletę. Boże, idą tak blisko siebie, że dotykają się rękawami. Nie, tak być nie może, Uśka musi się opamiętać. Jest normalna, zdrowa. Wszystkie badania w porządku. A jeśli nie?

Dom zamilkł na całe popołudnie. Żaden telewizor, komputer, tylko światło tabletu w rękach dziewczyny. Nie było rozkazów i wywiadów. Młoda zyskała spokój. Nie cierpiała Kingi, ale w tym dniu była niezastąpiona.  

– Pomyślałam, Uleńko – zaczęła przy kolacji matka – że taka fachowa terapia w Paryżu dobrze ci zrobi. Ty jesteś taka zagubiona, niepewna… Leć, przecież nie będziesz tam wieki, a poza tym samolot, to nie pocisk armatni – zaniosła się czymś między łapaniem powietrza, a zapaścią krtani.  

Usia przytaknęła z niezaangażowanym w rozmowę uśmiechem. Taki obrót sprawy…

***

Licealny wyjazd siatkarek na warsztaty wybitnej psycholożki doszedł do skutku. Poleciały całą grupą do Paryża usłyszeć przynajmniej jedną życiową mądrość, która prowadzi suchą stopą przez ocean fatalnych horoskopów, czarnych myśli, smutków i niemych rozpaczy. Każda z dziewczyn wiozła w sobie takie miejsce, do którego trzeba przyłożyć plaster z właściwych słów. Nauczyciel naiwnie wierzył, że wszystkim chodzi o sportowe sukcesy. A tu szło o trudniejsze rozgrywki.

Dzień powrotu siatkarek. Kinga nie grała w siatkówkę, więc na pierwszych dwóch godzinach wychowania fizycznego spała w najlepsze, bo według planu wycieczki wuefista miał nie dotrzeć z lotniska w Paryżu do pracy na czas. Uciszyła budzik, głowę wsunęła pod poduszkę. Ledwo zamknęła oczy, telefon wyrwał ją z puchowego ciepła wrzaskliwą muzyką.

– Uśka? Skąd ty dzwonisz? – wychrapała zdenerwowana.

– Nie wiem skąd, ale muszę ci coś opowiedzieć – Usia była bardzo podekscytowana.

– Jesteśmy parą? Jak tak, to możesz, a jak nie, to spadaj, chcę spać…

– Czekaj, to ważne… Poleciałam na spotkanie z Betty B.

– No wiem

– Było rewelacyjnie

– I? – poganiała Kinga.

– I wiem, że można żyć bez ograniczania, ciągłego wstydu i wyrzutów sumienia. Najważniejsze to szanować samego siebie. Nawet lęki to chora projekcja. Tak bardzo boję się latać, a podczas lotu w ogóle  o tym nie myślałam. Byleby spotkać Betty B. Dopiero dzisiaj, gdy już zbieraliśmy się na lotnisko, miałam jakieś dziwne urojenia. Może dlatego, że padał deszcz i pogoda nie sprzyjała. Kiedy wylecieliśmy na wolną przestrzeń, zrobiła się burza, zaczęło nami szarpać. Samolot opadł, wleciał w budynki, normalnie w miasto runął. Skry leciały jak z ogniska, jakby się palił i wtedy urwał mi się film! – krzyczał głos z telefonu.

Kinga wywietrzała ze snu, głową stanęła na baczność.

– To gdzie teraz jesteś?

W głośniku słychać było delikatny łopot, jakby motyle skrzydła.

– W jakimś bardzo jasnym pomieszczeniu – mówiła ściszonym głosem. – Obudziłam się tutaj. Ani śladu po katastrofie. Jest spokojnie i biało. Są tu pasażerowie mojego samolotu – siedzą, rozmawiają, piją herbatę. Nie widzę naszych dziewczyn, to jedyne zmartwienie – po plecach Kingi dreszcze tropiły prawdę.

– Chciałam podziękować kapitanowi za to, że wszystko się udało. Miałam dla niego dwieście złotych i bilet. Chciałam mu to dać, ale on mówi, że nie ma za co dziękować, że to jego obowiązek. Odszedł i nie wziął nic. A wiesz co najdziwniejsze?

– Nie wiem, bo to wszystko jest porąbane i straszne.

– Już nie boję się latać – zupełnie! Pokonałam siebie. Betty B. dokonała we mnie cudu. Zerwała te ograniczenia jednym prostym poleceniem: Nie bój się, przesuń granicę lęku o jeden głębszy oddech.

Nagle słowa Urszuli zaczęły brzmieć w całym pokoju, już i tak wypełnionym narastającą paniką. Ze ścian, z sufitu, z pogłosem…

– Nie boję się latać. Zobacz, jak rozkładam skrzydła! Nie boję się latać, bo jestem aniołem! Tu jest biało od aniołów! Myśmy wszyscy zginęli, Kinga! Czy to moja wina? Bo się bałam? Czy ja znów powinnam przeprosić?

Kinga skoczyła na łóżku w pełni obudzona. Co za koszmar… Na telefonie migał sms od Maszewskiej. Wiesz już, co się stało?

Nie wiedziała. Miała tylko zły sen.  

Przejdź do treści