+48 736-84-84-44

Koszmarne zjawisko

Siedzieliśmy w Barze Wczorajszego Dnia, kołysząc się na bujanych fotelach obitych brązowym skajem imitującym naturalną skórę. Z założenia miało być przytulnie, komfortowo i ekologicznie. Naturalnie. Wszyscy byliśmy naturalni. Z głośników płynęła spokojna muzyka. Światło dyskretnie pełzało po ścianach i po butelkach równo ustawionych na półkach. Z metalowych uchwytów zwisały kieliszki, umocowane czaszą w dół. Lustra powielały asortyment, dodawały przestrzeni, igrały ze światłem. Zmierzchało.

Wczorajszy Dzień poprawił wiązanie nieskazitelnie czystego fartucha, białego w czarne paski, i nerwowo potarł wąsy. Było jakoś dziwnie, inaczej niż wczoraj. Nikt się nie odzywał, za to wszyscy pili zdecydowanie więcej. Deszcz polewał ostro, już czwartą kolejkę, ulubionej przez wszystkich malinówki. Z przeraźliwym zgrzytem z zegara wydostała się kukułka i zachrypniętym głosem oznajmiła dziesiątą, po czym zniknęła, niezgrabnie kołysząc się na boki.

Noc poprawiła kruczoczarne włosy. Niechętnie podniosła się z fotela, ciężko przy tym wzdychając.

– Teraz moja kolej. Pójdę się trochę przewietrzyć. Poza tym chyba potrzebuję odrobiny samotności – zabrała ze sobą kieliszek malinówki i wyszła na taras. Drzwi trzasnęły za nią głucho.

Nie zdążyliśmy odwrócić wzroku, kiedy do baru weszło, a dokładniej wtoczyło się Koszmarne Zjawisko, obładowane laptopem, rzutnikiem i flipchartem. Energicznie zabrało się do podłączania kabli, potem mazakiem kreśliło tabelę szybkimi ruchami.

– Witam wszystkich – rzuciło pośpiesznie. – Niestety nie mam dla was dobrych wiadomości. Kosmodyrekcja przeprowadziła badania aktywności w marcu. Wyniki są wysoce niezadowalające. Statystycznie w tym miesiącu wszystkiego brakowało. Opady deszczu osiągnęły zaledwie sześćdziesiąt procent w stosunku do oczekiwań. Słońce wciąż ukrywało się za chmurami i stąd tylko siedem dni z pełnym nasłonecznieniem. Księżyc jakby w ogóle zapomniał o swoich obowiązkach, a Noc spóźniała się notorycznie. Nie wspomnę już o Burzy, która w ogóle nie grzmiała. Ani razu. Ludzie się skarżą, wiosna daleko w polu, a wędrowne ptaki nie wiedzą, czy mają wracać, czy nie.

Czerwony mazak złowieszczo pukał w tablicę. Pojawiały się liczby, wprawdzie realne, ale dalekie od oczekiwań. Rzutnik cicho buczał. Bezlitosne wykresy nakładały się jeden na drugi. Czasem znikały w cieniu Koszmarnego Zjawiska, które przesuwało się raz w jedną, raz w drugą stronę tuż przed skoncentrowanym snopem światła.

– Tak dalej być nie może. Jutro mamy ostatni dzień kwietnia i tylko siedemdziesiąt procent wykonania planu. Za mało pracy, a za dużo… – tu Koszmarne Zjawisko nachyliło się nad kieliszkiem Burzy i demonstracyjnie pociągnęło nosem. – Za dużo malinówki! Co zamierzacie zrobić, aby poprawić wyniki?

– Będę jutro grzmieć – nieśmiało odezwała się Burza, czując się wywołana do odpowiedzi.

– Fiu, fiuuu – zagwizdał Wiatr, ale szybko ucichł pod spojrzeniem Koszmarnego Zjawiska.

– Gwiazdeczko?

Gwiazdeczka wzdrygnęła się i gwałtownie odłożyła lusterko, w którym cały czas się przeglądała.

– Oczywiście zabłysnę. Spadnę i znowu wzlecę, i spadnę… – wyszeptała.

Słonko skuliło promienie, głośno siorbnęło malinówkę z kieliszka, odkaszlnęło i zadeklarowało świecenie bardziej intensywne. Deszcz tylko beknął. Noc za oknem udawała, że w ogóle niczego nie słyszy. W końcu była na posterunku.

Koszmarne Zjawisko utkwiło oczy we Wczorajszym Dniu. Biedny barman starał się ciałem zasłonić cały zapas butelek z ulubionym przez wszystkich sokiem malinowym. W końcu schylił się pod ladę, wyjątkowo usilnie czegoś szukając.

– No dobrze. Zatem wiemy, co nas jutro czeka. Do roboty i życzę sukcesów. Oczekuję pełnej realizacji planów! A teraz idźcie już spać!

To rzekłszy, Koszmarne Zjawisko zniknęło z całym sprzętem tak szybko, jak się pojawiło. Siedzieliśmy w milczeniu, bez humorów. Czar wieczoru prysł. Wczorajszy Dzień wypełzł zza lady.

– Idę się odlać – bez skrępowania rzucił Deszcz, po czym wyszedł na dwór i już nie wrócił.

Wychodziliśmy chyłkiem jeden po drugim, wykręcając się naprędce wymyślonymi obowiązkami. Do świtu pozostało pięć godzin. Swoją drogą, szczęśliwy ten Świt. Niczego nie słyszał, niczego nie widział, bo od dawna głośno chrapał na poddaszu we własnym łóżku.

Kolejny dzień, jak można było przewidzieć, nie należał do łatwych. Bar Wczorajszego Dnia świecił pustkami. Tylko Noc miarowo kołysała się w fotelu, tkając z mgielnych nici Drogę Mleczną. Musiała być dłuższa niż zwykle. O wiele dłuższa. Czasem, niby przypadkiem, gubiła oczka, robiła większe pętelki, albo chaotycznie przeskakiwała do kolejnych rzędów. Zyskiwała cenne, dodatkowe centymetry, niestety kosztem jakości. Założyła, że Wielki Wóz i tak nie będzie jechał po Drodze Mlecznej. Zresztą uprzedzi go o złej nawierzchni.

Księżyc, przy stoliku koło okna, szczypał się po twarzy, aż mocno spuchła.

– Dobrze, dobrze, znakomicie – mruczał, oglądając się w lusterku. – Już jest większa! Okrąglutka! Idealna!

Wczorajszy Dzień szykował kieliszki i malinówkę. Wzdrygnął się, kiedy spojrzał w okno.

– Szaleństwo. Czyste szaleństwo. Nic dobrego z tego nie wyniknie – mruczał, wycierając blat papierowym ręcznikiem.

Pierwsza do baru wpadła Burza. Wciąż grzmiała i błyskała piorunami, które przeskakiwały samoistnie między pasmami jej rudych włosów.

– Podwójną malinówkę! – wrzasnęła gromko i huknęła pięścią w stół. – Proszę! Szybko, bo zwarcie mam na stykach i czuję, że cała staję w ogniu!

– Tylko nie to! Burzo! Bo spalisz wszystko! – Wczorajszy Dzień podbiegł z tacą.

Wypiła jednym haustem.

– Jeszcze! Jeszcze raz to samo!

Kiedy ugasiła pragnienie, rozejrzała się wkoło. Na widok Księżyca oniemiała z wrażenia.

– Matko jedyna! Dobrze się czujesz? Może to nadciśnienie… Jesteś taki, no, bardzo spuchnięty.

Uśmiechnął się, ucieszony z wywołanego efektu.

– Sto procent normy – odparł z dumą.

Do baru wtoczyło się Słonko na wyprostowanych jak druty promykach. Wyglądem przypominało wielkie młyńskie koło w ferworze pracy. Buchało żarem i raziło światłem, nie mogąc sobie nigdzie znaleźć miejsca. Toczyło się wkoło baru i toczyło, wreszcie zziajane opadło na fotel, wypalając w nim dziurę pokaźnych rozmiarów.

Wczorajszy Dzień chwycił się za głowę i pewnie cała historia źle by się skończyła, gdyby w drzwiach nie pojawił się Deszcz, przemoczony do suchej nitki, ociekający, chlupoczący wodą na wszystkie strony.

– Witajcie! – bryzgnął kroplami w stronę Słonka, gasząc je z sykiem.

– Wielkie dzięki – Słonko przygładziło rozmyte promienie. – Co za ulga!

Noc zwinęła w rulon niedokończoną Drogę Mleczną. Wzięła Księżyc pod rękę i poszli razem na dyżur. Punktualnie, jak tylko zachrypnięta kukułka po raz dziesiąty wysunęła się z zegara. Zaraz się zresztą schowała, usłyszawszy przerażające:

– Wiuuu, wiuuu! Hu! Ha! Buuu! Uuuu!

Zakołysało kieliszkami, zatrzęsło zegarem, włosy stanęły dęba. Wiatr z impetem wpadł przez okno, tłukąc szyby, wywracając stoły i fotele. Wybiegł przez drzwi, znowu wskoczył oknem. Nie mogąc się zatrzymać, wskoczył na ladę i obracał wokół własnej osi. Stopniowo wytracał prędkość, aż w końcu westchnął cicho i zastygł w bezruchu.

Nagle drzwi uchyliły się, potem zamknęły i znów się uchyliły. Dziwne, nikt nie wchodził.

– Co tam? –  dostatecznie już zniesmaczony i wyraźnie nieżyczący sobie nowych ekscesów, Wczorajszy Dzień skierował się w tamtą stronę. Wyjrzał na zewnątrz.

Tuż za progiem leżała Gwiazdeczka. Oddychała ciężko. Na przemian rozbłyskała i gasła. Wczorajszy Dzień wziął ją na ręce i wniósł do środka.

– Miejsce, zróbcie miejsce! – krzyknął.

Zsunęliśmy fotele, a on delikatnie ułożył na nich Gwiazdeczkę. Wyglądała okropnie. Miała połamane rogi i zamknięte, podkrążone oczy.

– Malinówki! – krzyknął Wiatr. – Dajcie jej malinówki.

Deszcz polał w kieliszki. Chwyciliśmy za nie wszyscy.

– Pij, Gwiazdeczko! To cię wzmocni.

Wczorajszy Dzień starał się, jak mógł, aby wypiła choć kilka kropel malinowego soku.

Powoli odzyskiwała siły. Burza prostowała jej połamane rogi, podklejała pęknięcia super plastrami z gwarancją szybkiego zrośnięcia. Gwiazdeczka westchnęła.

– Wznosiłam się i spadałam. Raz po raz. Chyba z tysiąc razy. Czekałam później na przystanku przy Drodze Mlecznej. Aż w końcu nadjechał Wielki Wóz. Linia trzynasta. Myślałam, że podwiezie mnie tutaj. Ale na Drodze Mlecznej były jakieś dziury i wyboje. Noc biegła w naszą stronę, machała rękami, coś krzyczała. Nie słyszałam, bo Wiatr wył jak opętany. Potem Wielki Wóz zderzył się z przeogromnym Księżycem i rozpadł na drobne gwiazdy, a ja spadłam na ziemię i połamałam rogi. Po mgielnych strzępach wspięłam się aż tu. Jestem wykończona.

– Biedactwo! – wzruszył się Wiatr.

Powoli wszystko wracało do normy. Za sprawą malinówki odzyskiwaliśmy siły. Wracał dobry humor. Wczorajszy Dzień krzątał się po barze, próbując przywrócić jako taki porządek. W kieszeni brzęknął sms.

– Słuchajcie: „Gratuluję. Sto procent normy. Pozdrawiam.”

Wybuchnęliśmy śmiechem i wznieśliśmy toast. Na zdrowie. Za przyjaźń. Za nas. Wkrótce dołączyła również Noc z Księżycem, tym razem chudziutkim jak rogalik.

Gdzieś w dole stary Jan łatał dach od stodoły.

– Oj, panie sąsiedzie, co to się wczoraj działo z tą pogodą! Mówię panu, Sodoma i Gomora! Wszystko naraz. Pomieszanie z poplątaniem. Myślałem, że to koniec świata. Na sam koniec łupnęło coś, o tutaj. Jakby spadająca gwiazda czy coś? I mówię panu, nie chciałbym więcej czegoś takiego przeżyć.

– Oj, tak – pokiwał siwą głową Józef, podając mu gwoździe. – Nawet Reksio próbował schować się w mysią dziurę, a żona nie wyciągnęła głowy spod poduszki. Jakoś tak nienormalnie.

– Koszmarne zjawisko! Brrr…

 

Przejdź do treści