– „L’archi-écriture, cette écriture en général, est la condition de possibilité de toute inscription”, J. Derrida, De la grammatologie
Krajobraz to preludium. Zanim znak wyrazi myśl, zanim myśl będzie gotowa do wyrażenia w ciele – istnieje krajobraz: kilka drzew, ziemia raczej pustynna lub ulegająca pustynnieniu, piaskowa i sypka, a w nie najdalszej oddali zapach i poszum morza, dalej ledwo dostrzegalne fale łamiące się na długo przed miejscem zwanym słusznie i wcale nie konwencjonalnie brzegiem. I słońce, bardzo jasne, nad krajobrazem, choć stanowiące jego integralny moment, więcej niż dopełnienie. – Teraz musimy wiedzieć tylko dwie rzeczy. Nigdy nas tam nie było. Po wtóre: przeżywamy wzruszenie na widok krajobrazu; emocje są tym, co obserwujemy.
2.
Żadne zwierzę nie potrafi zaprzeczyć swojej naturze, jedynie człowiek posiadł tę przebiegłą umiejętność. Rozum. Ulice miasteczka zapełnione pustymi sercami ludzi, którzy mają puste ręce i pusto przechodzą, idą, donikąd, bo już są tu, gdzie mieli być. Przychodzą do pustki, która wiernie przyjmuje ich komplementarność w jedności niczego. Widać stąd wielki płat krajobrazu miasta, gromadzącego według swojej przepisanej funkcji owe pustki, stanowiące także jego płatną ofertę. Ale to dobrze. Sytuacją sprzyjającą zawsze anomalnemu początkowi myśli jest pustka właśnie, rozbiegane oczy, jeszcze niewpatrzone – puste z początku rytuały, które w miarę ich spełniania w niewyobrażalny sposób rodzą ciepło, słowo i ciepło, słowo drugie w odpowiedzi – gwarancję, że pierwsze słowo dotrze tam, gdzie zamierzało. Następne.
3.
Widać też czas, jeśli wspiąć się nieco wyżej. Gdy pierwsze słowo zdążyło przebrzmieć, wyczerpać swoją intencję i wejść w oczekiwanie na następną okazję, kiedy będzie mogło się pokazać jako czyjeś, a ktoś kto wypowie słowo zdoła stać się każdym innym powiernikiem słowa – czas zacznie naliczać lata domagające się powrotów. Bowiem minie czas, ale nie minie zupełnie. Będzie nadal. Czas będzie zdeponowany w kształcie pojawiającym się we śnie za dnia i w nocy, a słowa, których przypadkowo został świadkiem, staną się rzeczą sztuk plastycznych z ich barbarzyństwem wobec czasu, czyli jego uśmierceniem w nieruchomości barwy i kształtu. Lecz obraz to również przyczynek dla nowych słów, więc artysta nie popełnia kosmicznej zbrodni, tym bardziej, że jego dzieło ma własny czas, jest obliczone na wieczne trwanie i ruch wokół niego, więc nowa wieczność, nie przypominająca żadnej dotychczasowej, nie będzie, nie będzie martwa.
4.
Czas, nadal przedwstępny, aby powiedzieć o twarzach. Twarze z absolutną pewnością pojawią się i będą wymagały ujęcia, czyli krótkiego postawienia naprzeciw twarzy mówiącej o sobie Ja. Twarze gubią słowa przy każdym spotkaniu. Mówią. Milczą. Dziecko np. jest zainteresowane nosem rodzica. W ten sposób po raz pierwszy dociera do twarzy, nie posiadając jeszcze twarzy własnej. Twarz milczy, ponieważ mówi lub też dlatego, że wypowiedziała słowa już kiedyś. To najwyższa nieobojętność. To więcej niż dobrany, wyszukany znak, wyraz, ekspresja słowa. Oto twarz – nie jest twoja. W przestrzeni ulicy miasta rysują się nieskończone linie, łączące szybciej niż świetlny promień twarze, czyniąc z nich pary. Inna relacja nie jest możliwa. Milczące twarze, po których ściekają krople deszczu, to ładunek błyskawicy roztrzaskującej czas, dzień, miasto. Wtedy słowo wydaje się zbędne, mogłoby nie istnieć. A jednak – nie wiemy dlaczego – pada: Przepraszam. Obiecuję. Nie zawiodę Cię. Poślij mnie.
5.
A ta wąska ścieżka nie oznacza zbłądzenia. Nie jest też szlakiem alternatywnym, nie jest skrótem, nie jest też gorszą drogą. Jest właściwą przestrzenią przemieszczania się. Zwierzęta pierzchają lub podchodzą zaciekawione, ponieważ ślady są rozpoznawalne – one potrafią je przetłumaczyć na język działania. Pierzchają lub podchodzą. Ścieżka ich jest dziełem. Można by iść dalej, gdyby zapach, z jakiego są jej proste i zakręty, był dla nas wyczuwalny.
Pozwalamy sobie na obozowisko, w nie najdalszej oddali słychać morze, gdy się rozbijamy. Tylko tak: mogliśmy zbłądzić, ze ścieżką było wszystko w porządku. W końcu pożywiamy się. Zwierzęta tego nie lubią przy nas. Patrzymy na krajobraz inny od miejskiego. Zaprzeczyliśmy naturze. I nie spotka nas żadna kara. Ścieżka będzie istnieć, wieść także jutro. Jutro jest dzień wymarszu. Wąż i sarna wspaniałomyślnie obchodzą nas z daleka. Kilka drzew, które nazwaliśmy, czyni świat wspólnym. Taka jest nasza natura – panowanie.
6.
Pytamy, czy tak było zawsze, to znaczy, czy szliśmy tą ścieżką, przez to miasto, każdy niosąc swoją twarz, czekając na deszcz, mówiąc. Odpowiadamy z niezachwianą pewnością idąc dalej, krążąc wokół elementów, czasu, idąc naprzeciw, idąc w. Milczenie umożliwia pytanie, życie i odpowiedź, kiedy idziemy w stronę niezajętą i otwartą. I to jest zwykłe. Dlatego rytuał nie ma dostępu do dnia, dlatego nie potrzeba rytuału dla naszego przemarszu. Preludium krajobrazu wcale się nie skończyło. Stopy bolą, ślady mają swój zapach. Ale jesteśmy tu, gdzie wszystko się rozpoczyna, jest wydarzeniem rozpoczynania, pełnym i doskonałym początkiem. Genezą, która nie pyta o swoje następne co, gdyż każde coś już w niej się mieści. Każde podjęcie na nowo, zapoczątkowanie, każdy krok wyznacza kierunek, którego spełnieniem jest tęsknota za niemożliwym dotarciem na skraj. Skraj, czyli tam, gdzie zaczęliśmy. Tam, gdzie oko, ręka i usta zostawiły: widok, narzędzie, słowo. Mówimy o sobie ludzie.