+48 736-84-84-44

Światło sunie po suchej belce – usuwa się w cień.  Jasny krąg latarki zatrzymuje się na szybie okna. Na śniegu przed domem krople krwi. Wygląda, jakby śnieg krwawił. Wilki są blisko. Wyczuwa je niemal tak namacalnie, jak żywicę rozcieraną w palcach. Śmierć też tak rozciera, rozmazuje, chowa w zagłębieniach. A ona, jak żywica, nie daje się zetrzeć. Zostawia na powierzchni parujący, kleisty ślad.

  Tak naprawdę to nigdy nie wiadomo, kto jest drapieżnikiem, a kto ofiarą. Kto zadaje cios, a kto przyjmuje. Biegając po kole życia, łowca staje się ofiarą, a ofiara łowcą, bo zacierają się granice. Ktoś musi zginąć, żeby przeżyć mógł ktoś. Tak jest w świecie zwierząt. Natura wyznacza pewien naturalny cykl. Ludzie boją się zwierząt, a przecież to właśnie zwierzęta mają jasne reguły, nie ludzie. Więc kogo należy się bać?

   Józef od  zawsze bardziej rozumiał zwierzęta niż ludzi. Mieszkańcy wioski, natomiast, mówili, że Józef  rozmawia ze zmarłymi, bo sam jest na wpół martwy. On sam przyjmował to z  naturalnym spokojem, jak ktoś, kto przegrał zbyt wiele, żeby żyć. Jego duży stary dom stał na wzniesieniu, nazywanym, nieco na wyrost, wzgórzem. Otaczał go las, z którego czasem podobno dochodziły dziwne jęki. Nazywano go Lasem Potępionych. Miejscowi przezornie  trzymali się od niego z daleka. Mówiono, że zarówno Las Potępionych  jak i Wzgórze Umarłych, na którym mieszkał Józef, zostały potępione i przeklęte. Przez kogo i dlaczego? Prawdę znali tylko niektórzy, ale ci, co ją znają, zwykle siedzą cicho. Może dlatego, że kłamcy krzyczą najgłośniej.

Wilki były blisko. Wyczuwał je. Z pysków kapała im krew, kiedy dotarły do wzgórza. Otaczały dom opiekuńczym kręgiem. Światło latarki sunęło po ich niewyraźnych w mroku sylwetkach,  przeczesywało sierść. Po oczach rozpoznawał zamiary i ostrzeżenia. Krąg był domknięty, a to oznaczało bezpieczeństwo i spokój tej nocy. Mógł wrócić do domu, który pachniał drewnem świeżo wystruganej trumny. Na dzisiaj wszystko skończone. Mógł położyć się spać i tym razem zasnąć spokojnie. Wyłączył latarkę. Zgasił światło. Pozwolił ciemności wirować pod powiekami, pochłaniać go i usypiać napiętą czujność. Wilki tej nocy też były czujne. To wystarczyło. Na razie. Bo gdzieś w tle tego spokoju i nocnej ciszy czaił się strach. Był jak echo dawnych kroków. Czasami nie było wiadomo, czyj to strach. Las Potępionych wciągał ludzi. Szczęście mieli ci, których wypluwał po jakimś czasie, bywało, że zmiętych i obłąkanych, ale żywych.

  Józef codziennie ryzykował swoje pół-życie, wchodząc w mgłę.

             ***

– Dokąd ty w ogóle jedziesz?! – krzyczała wzburzona Matylda.

– Jeszcze nie wiem –  odparła z pozornym spokojem jej siostra Julia. Z całych sił zaciskała dłonie na kierownicy.

– Wiesz, że nie ujdzie ci to na sucho? – drążyła Matylda.

– Bo co? Postraszysz mnie tatusiem?! Miałaś go dla siebie przez dziewiętnaście lat! Dla mnie był jedynie niedzielnym ojcem. Wpadał tylko na chwilę, żeby przekupić mnie zabawką. Zaraz potem zwijał się do ciebie i twojej matki. A teraz jeszcze to…

– Zwolnij!  – Matylda patrzyła z przerażeniem, jak jej przyrodnia siostra z furią dociska pedał gazu. Minęły wioski, sunęły gładkim asfaltem  po  drodze prowadzącej przez  pola. Jechały tak już od kilku godzin. Julia odebrała Matyldę z imprezy i pech chciał, że zobaczyła ją i Antka – razem.

Wsadziła ją do samochodu. Roztrzaskała jej telefon, wyrzucając go przez okno, i zamiast odwieźć Matyldę do domu, jak przykazał jej ojciec, wiozła ją, skuloną w krótkiej cekinowej sukience, nie wiadomo dokąd.

– Jesteś stuknięta! – Matylda spojrzała zimno na Julię, tę wielce zdolną i doskonale się zapowiadającą prawniczkę, która siedziała dumnie i sztywno w tym swoim bezosobowym garniturze i patrzyła w skupieniu  przed siebie. Przez lata  niewiele o sobie wiedziały. Spotykały się jedynie na uroczystościach organizowanych przez ojca, głównie jego urodzinach. Robiły to  wyłącznie dla niego. Miłość do ojca była jedynym łączącym je uczuciem, ale  niewystarczającym, by mogły się polubić.

– Zwolnij! – powtórzyła Matylda, gdy w pełnym pędzie wjechały w mgłę. Po obu stronach szosy niewyraźnie majaczyły nieliczne domy, a zaraz za nimi zieleń drzew.

– Nie mogę!

– Co?

– Nie mogę zwolnić! – powtórzyła piskliwie Julia, której głosem zawładnęła panika.

W tym samym momencie rozległ się potężny huk. Samochód zniósł je na drugą stronę jezdni, a następnie stoczył się kamiennym zboczem w dół.

 *** 

Gdyby pewnego dnia zginęły w wypadku żona i córka, Józef załamałby się. Tego był pewien. Pamiętał o tym codziennie od pięciu lat. Każdego dnia, patrząc po przebudzeniu na zdjęcie, uświadamiał  sobie, że nie byłby w stanie bez nich żyć i nie byłby w stanie znieść ich śmierci, ale  wiedział też, że dopóki nie zobaczy ich ciał, nie uwierzy, że nie żyją. Pięć lat temu jechali tutaj razem. Do tego domu na wzgórzu, który jego żona znalazła w gazecie. Koniecznie chciała w nim zamieszkać, choć artykuł przestrzegał, że miejsce jest przeklęte.  To ona prowadziła samochód. Nagle po prostu z impetem wjechała w drzewo. Kiedy się ocknął, w samochodzie nie było nikogo poza nim. Przeszukał pół lasu, choć do wypadku doszło na samym jego skraju. Okoliczni mieszkańcy mówili, że las wciąga, że bezpowrotnie giną w nim ludzie. Wtedy jeszcze w to nie wierzył. Mieszkając w tym dużym starym domu na górce, każdego dnia wyczekiwał powrotu żony i córki. Był pewien, że w końcu wrócą. Co jakiś czas wybierał się też do lasu i szukał ich. Wracał po kilku godzinach, choć wydawało mu się, że minęła wieczność. Każdego dnia mierzył się ze śmiercią. Dotykał jej. Oddychał nią. Z przeklętego lasu wycinał drzewa, z których robił trumny i woził je do miasteczka. Często te trumny pozostawały puste, bo ci, którzy mieli w nich leżeć, ginęli w lesie. Józef jako jedyny wracał z lasu żywy. Czasem niosąc na rękach bezwładne ciało kogoś, kto się w nim zgubił i zmarł. Kiedy tu jechali, jego żona mówiła, że  wrosną w to miejsce. W ten las wrosną jak drzewa, bo są ludźmi natury, a nie miejskiego zgiełku. Teraz czuł, że jest odwrotnie i że to las wrastał w niego. Z każdym dniem coraz bardziej zapuszczał korzenie w jego świadomości. Może dlatego od czasu wypadku nie było w nim już miejsca na pustkę.

Wyszedł przed dom.  Natychmiast zapadł się w śnieg po kolana. Mimo że padało całą noc, na śniegu wciąż widniało wyraźne czerwone miejsce. Krew nie zakrzepła. Zdawało mu się, że jest  wciąż płynna i żywa jak czas.

        ***

   Korki. To przez nie Łukasz spóźnił się do szpitala. Wyszedł z samochodu i zapadł się w śnieg, który osypał się z dachu. Zdenerwowany z mokrymi nogawkami, przekroczył próg, by za chwilę cofnąć się na zewnątrz. Co to jest? Spojrzał na zabrudzony czerwienią śnieg. Krew? Świeża czerwień była  także na jego nogawce. Co u licha? Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Popędził do środka z jakimś lękiem, który tłukł mu się w piersi. W holu wpadł na pielęgniarkę.

– Doktorze! Dobrze, że doktor jeszcze jest. Nasz pacjent się wybudził. Nie musiał pytać, który. Wiedział.

Kiedy wszedł do sali, mężczyzna leżący na łóżku wpatrywał się w sufit. Nadal był pogrążony we śnie, choć przecież otworzył oczy. Ekscytacja pielęgniarki była przedwczesna. Jeszcze za wcześnie, by się cieszyć i za wcześnie, by cokolwiek stwierdzić. Taki absurd. Potrzeba czasu, by cokolwiek powiedzieć o jego stanie. Potrzeba też czasu, by pacjent doszedł do siebie. A jednocześnie czas działa tutaj na jego niekorzyść. Czas jaki spędził w śpiączce. Trudno to wyjaśnić rodzinie, która czeka na informację o wybudzeniu. Na razie nie można nic powiedzieć. Coś drgnęło, ale to wciąż za mało. Dlatego na razie nic im nie powie. Wezwie rodzinę, gdy zyska pewność. Sam przecież też na to czekał. Może dlatego, że  był jednym z nielicznych lekarzy, którzy wierzyli…

***

Wiara była siłą napędową jego życia. Zdaje się, że jedyną. To dla niej Józef walczył. Budził się. Pracował i wyruszał w niebezpieczny Las Potępionych. Miejscowość, w której mieszkał, nazywano Pomarliskiem. Może dlatego, że niewielką wieś zamieszkiwali głównie starzy ludzie. A może ze względu na Józefa, który z żywych drzew robił martwe trumny. A może po prostu ze względu na bliskość Lasu Potępionych. Józef spakował trumny i ruszył do miasta. W takich momentach zapominał o tym, że jest martwy. Z przyzwyczajenia żył pozostałą mu połową życia. Był znużony. Mijając senne  miasteczko, przecierał oczy z niewyspania. Walczył z wszechobecną sennością. Gładki asfalt uciekał spod kół. Domy przytulone niemal do siebie, szarzały w spokojnym poranku. To miejsce pachniało zastałością. Taki zapach roztacza zaduch lat. Tutaj dni wpadają jak w studnię, rozbijają się o siebie i tworzą kręgi. Tutaj pogrzeby odbywają się częściej niż chrzciny, dlatego Józef miał mnóstwo pracy. Zaparkował samochód przy jednym z domów. Dwóch mężczyzn pomogło mu wyjąć drewnianą trumnę i wnieść po schodach. Ułożyli ją na podwyższeniu. Józef zapytał, gdzie jest ciało. Kobiety poprowadziły go do pomieszczenia z wanną. Leżała w niej naga młoda kobieta. Pochylił się, żeby ją wyciągnąć. A wtedy ona otworzyła oczy.  Kobieta wyszła z wanny, przeszła boso, zostawiając na płytkach mokre ślady, a następnie wspięła się na podwyższenie i weszła do trumny. Ułożyła się w niej, jakby układała się do snu, a następnie powiedziała:

–  Już czas… Józefie, już czas.

–  Co? Co ona powiedziała? –  zapytał Józef oszołomiony.

–  Kto? – zdziwiła się jedna z trzech kobiet stojących przy trumnie.

–  Ona! – Józef wskazał kobietę w trumnie, ale zauważył nagle, że w trumnie leży mężczyzna, a młoda naga kobieta stoi za plecami zgromadzonych przy trumnie.

–  Już czas… – powtórzyła, a następnie powoli plaskając mokrymi stopami, dotarła do drzwi. Otworzyła je i wyszła.

Józef pobiegł za nią. Wsiadł do samochodu i ruszył. Kobieta szła poboczem. Co jakiś czas oglądała się za siebie, sprawdzając, czy Józef ruszył jej śladem. Skręciła w polną dróżkę, zasypaną ziemią i piaskiem. Józef zatrzymał samochód i szedł za nią. Mokre czarne włosy kobiety sięgały jej pasa. Widział, jak suną po nich  krople wody, płyną przez dolną część pleców, poprzez pośladki i uda aż do kostek. Piękna młoda kobieta z Lasu Potępionych. Czuł, że właśnie tam go prowadzi. Kiedy piaszczysta polna droga rozwijała się powoli w miękki dywan: mchu, liści i szyszek, Józef zyskał pewność.

Kobieta odwróciła się w jego stronę i szepnęła:

– Otwórz oczy. Józefie, spójrz na mnie. Nie zamykaj oczu…

Poczuł, że oślepia go jasne okrągłe światło. Ukłuło go wąskim strumieniem ciepło, jak gdyby strumień światła słonecznego, ale to nie to. To coś innego. Jakby światło płynące z jej spojrzenia, gdy w końcu przystanęła między drzewami. Po czym zniknęła, jakby się rozpłynęła. Józef wszedł głębiej w las. W zarośla, które najwyraźniej wskazywała tamta kobieta. Gałęzie raniły mu ręce, gdy przedzierał się przez gęstwinę. Z daleka coś połyskiwało w słabym słońcu. Odbijało światło… Podchodząc bliżej zauważył, że to lusterko samochodowe. Wisiało smętnie na gałęzi. Zapatrzył się na nie, zdumiony. Stał na świeżym, mokrym kopcu ziemi, gdy  nagle poczuł, że stopy nie mają oparcia, podeszwy butów ślizgają się, a ziemia usuwa się spod nich w przepaść, którą zauważył dopiero teraz. Chwycił się gałęzi mocnego drzewa i schodził powoli w dół. Na dnie wbity pionowo w ziemię stał samochód. Taki sam, jakim przyjechał wtedy do miasteczka z żoną i córeczką, ale to przecież niemożliwe. To nie to miejsce, gdzie zdarzył się tamten wypadek. Poczuł, jak ze strachu miękną mu kolana. Bał się podejść bliżej. W jego klatce piersiowej strach trzepotał skrzydłami jak ptak.  Czy we wnętrzu samochodu znajdzie ciała? Czy będą tam jego żona i córeczka? Zsunął się niżej. Ziemia w tym miejscu była miękka jak masło. Dlatego maska samochodu wbiła się w nią tak mocno. Zajrzał przez spękaną przednią szybę do wnętrza. Zauważył  niewielką damską torebkę,  czarną ze złotym paskiem, ale nikogo nie było w środku. Jego żona nosiła ogromne bezkształtne torebki jak worki, w których mieściło się mnóstwo rzeczy. Przy dziecku musiała być praktyczna. Kobieta, która podróżowała tym samochodem, wracała chyba z jakiejś imprezy. Może z eleganckiego przyjęcia? Tylko jakim cudem dotarła aż do Pomarliska? Jakim sposobem znalazła się w Lesie Potępionych? – pomyślał, a następnie zaśmiał się sam ze swojej naiwności. No tak. Przecież Las Potępionych wzywa do siebie ludzi. Karmi się nimi. Więzi ich w sobie niczym w szklanej butelce, w której tracą oddech, a w kółko odtwarzany lęk sprawia, że giną także zmysły, wola walki i po prostu oni sami. Las Potępionych jest odbiciem najgłębszych lęków. Sprowadza tutaj ludzi zagubionych, takich, którzy nie radzą sobie ze swoimi mrocznymi zakamarkami. W tej walce zwyciężą tylko ci, którzy są naprawdę silni. Albo tacy – jak Józef – którzy nie mają już nic do stracenia. Co stało się z ciałem kobiety? Czy może ona jednak żyje? Jechała sama?  Czy w samochodzie było dziecko?  Nie widać fotelika. Żadnych zabawek, dziecięcych akcesoriów. Tylko mała czarna torebka. Kobieta z taką torebką nie mogła chyba wieźć dziecka…  Nie wiadomo, jak długo ten samochód tutaj stoi. Las Potępionych bardzo szybko przygarnia rzeczy pozostawione przez swoje ofiary, porasta je mchem i gałęziami. Józef postanowił iść za głosem swojej intuicji. Wydostał się z głębi zapadliska. Wspiął się  po stromym nasypie z ziemi, trzymając się gałęzi. Szedł wolno, namyślając się nad każdym krokiem. Poranny śnieg stopniał już pod wpływem słonecznych promieni. Gdzieniegdzie leżały jeszcze miękkie, puchate jak wata wyspy śnieżne. Patrzył na ziemię, przysypaną igliwiem i liśćmi. Czuł, że tam może czekać na niego jakaś wskazówka. Las szumiał  niespokojnie. Drzewa nad nim kołysały się  pod wpływem wiatru jak zapałki. Coś  chrupnęło pod jego ciężkim butem. Pochylił się. Na ziemi leżał częściowo przysypany mchem złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie serca. Wokół łańcuszka kilka czarnych, splątanych włosów. Kilka kropel krwi. Krew nie zakrzepła jeszcze, a więc kobieta z samochodu żyje. Chwycił łańcuszek i schował go do kieszeni spodni. To właśnie ten łańcuszek wskaże mu drogę. A krew na nim zaprowadzi go do właścicielki.

***

– I co my teraz zrobimy? Co my zrobimy?! – lamentowała Matylda.

–  Zamknij się wreszcie! Bo cię zabiję! – Julia zamachnęła się na siostrę, ale w ostatniej chwili zatrzymała cios tuż przy jej policzku.

Podziałało. Matylda szła w milczeniu, co jakiś czas patrząc z przerażeniem na Julię. Julia wyszła z samochodu bez szwanku. Matylda trzymała dłoń na policzku, a przez palce przepływała wolną strużką jasna i ciepła krew.

–  Musimy cię opatrzyć – powiedziała już spokojnie, spoglądając na Matyldę.

 – Nie histeryzuj, bo mogło być gorzej. Musimy tylko znaleźć drogę do jakiejś cywilizacji.

– Zgubiłam łańcuszek – Matylda chwyciła się za szyję.

– Jaki znowu łańcuszek? –  zniecierpliwiła się jej starsza siostra.

– Z zawieszką w kształcie serca. Było w niej moje zdjęcie z tatą.

– No jasne. Zdjęcie z tatusiem –  odparła Julia. –  Z moim facetem też zrobiłaś sobie zdjęcie, zanim pozwoliłaś, by włożył ci rękę w majtki?!

– Dlaczego winisz za to tylko mnie?!

– Bo to były twoje majtki! – głos Julii się załamał.

– Ale jego dłonie… Daj spokój, Julia. Chwila słabości i tyle. Nie dramatyzuj.

– Nie ma dla ciebie żadnej świętości! Kradniesz ojców i narzeczonych…

– I kto tutaj histeryzuje – westchnęła teatralnie Matylda. – Ojca sobie nie wybrałam. To on wybrał mnie. A raczej moją matkę. Ja byłam skutkiem ubocznym tej decyzji.

– Wiedziałaś, że chcemy się z Antkiem pobrać.

– Kobieto! Ocknij się –  odparła Matylda protekcjonalnie. –  To facet cię zdradził, nie ja! Ja ci tylko oddałam przysługę, pokazując jaki jest naprawdę.

Julia spojrzała na siostrę z nienawiścią. Przyrodnia, ale jednak siostra. Może by się to wszystko jakoś poukładało, gdyby nie jej kolejna zdrada. Julia co prawda pojechała po Matyldę na prośbę ojca, ale miała też nadzieję na jakieś chociażby poprawne stosunki z młodszą siostrą. Kiedy zobaczyła dłonie swojego narzeczonego, błądzące po ciele Matyldy, wściekła się. Nie widzieli jej, więc jak gdyby nigdy nic cofnęła się do samochodu i zadzwoniła na komórkę Matyldy, jednocześnie obserwując ich z bezpiecznej odległości. Matylda odsunęła się od Antka i sięgnęła po telefon, który wibrował jej w torebce. Przewróciła oczami. Odebrała. Ale dopiero gdy pożegnała się z Antkiem, wsiadła do samochodu Julii. Zupełnie nieświadoma jej szalonego planu, by zawieźć ją jak najdalej i porzucić gdzieś na poboczu. Bez telefonu. A teraz obie znalazły się tu. W miejscu tak odległym od domu i tak bardzo odrealnionym, że zdawał się trwać poza granicami  rzeczywistości.

Spojrzała na Matyldę, która kurczyła się z zimna w swoim krótkim futerku, z nogami w cienkich rajstopach. Nie był to strój na tułaczkę po nieznanym zimowym lesie. Śnieg stopniał co prawda, a słońce wędrowało ciepło między drzewami, lecz nadal czuło się chłód styczniowego dnia. Julia miała na sobie swój typowy strój służbowy. Jako prawniczka dostosowała się do męskiego towarzystwa. Nosiła męską marynarkę, białą koszulę zapiętą pod szyję i czarne luźne spodnie z wysokim stanem. Nosiła krótką blond fryzurę. I tylko czerwona szminka na ustach zaznaczała jej kobiecość. Lubiła męski styl, który stanowił kontrast dla jej delikatnej szczupłej twarzy i dużych niebieskich oczu. Uważała, że tylko w ten sposób będzie szanowana w męskim środowisku.  Zrosła się z tym przekonaniem tak bardzo, że poza pracą nosiła to samo. Nie sądziła, że jej ukochany upadnie tak nisko, by wpadać w sieć rozpieszczonej małolaty w mini.

 

– O czym myślisz? – zapytała Matylda znienacka.

– O tym, że jesteś dziwką – odparła na to Julia i spojrzała na Matyldę ze wstrętem, jak na robaka, którego należy zniszczyć.

–  Dziwki też mają jakieś uczucia… Boli mnie policzek.

–  Oczywiście! Księżniczka Matylda jak zwykle skupiona na sobie! Mnie też boli! I to nie tylko to, co zrobiłaś z moim facetem! Jestem poobijana i obolała.

– A co jeśli ja go kocham? – Matylda spojrzała wymownie na Julię.

–  Ty? Kochasz tylko siebie, rozpieszczony bachorze! Mogłabym cię zabić! –  Julia zacisnęła pięści.

–  Nie zrobisz tego. Jesteś słaba. Ciebie nawet nie ma. Jesteś bezkształtna. Nic dziwnego, że facet nie chciał cię więcej w swoim łóżku. Ani dotykać ani przytulać, bo rozłazisz się jak budyń. Nie masz charakteru.

– Ty suko! – Julia zamachnęła się, lecz Matylda  tym razem przytrzymała jej dłoń. Spojrzała na nią kpiąco i powiedziała:

– Za cienka jesteś, wiesz? Dlatego ojciec woli mnie. Choćbyś stała na rzęsach, żaden facet  nie wytrwa przy tobie długo. Zawsze prędzej czy później trafi do mnie. A ja się nim z rozkoszą zaopiekuję.

 Matylda zaśmiała się złośliwie, jak wariatka. Julia spojrzała w jej oczy, w których było coś bardzo niepokojącego, iskrzyło się jak ogień.

Coś dziwnego działo się w tym lesie – coś, co podsycało w niej gniew i żal. Czuła w głowie zamęt. Przymknęła powieki, bo obezwładniło ją  nagłe wyczerpanie. Poczuła na policzku zimne krople. To deszcz opadał wolno, pojedynczymi kroplami na jej twarz. Otworzyła oczy. Wokół było ciemno.  Leżała na ziemi. Szyszki wbijały się jej w plecy. To chyba niemożliwe, żeby tu zasnęła? Chłód wbijał się w jej ciało jak szpilki. Przenikał przez materiał grubego płaszcza i marynarki.

– Matylda? – zapytała słabo. – Matylda, gdzie jesteś? Sięgnęła do kieszeni marynarki, ukrytej pod grubym czarnym płaszczem. Zawsze miała w niej dwa długopisy z latarką. Taki gadżet zakupiony w sklepie „Wszystko po pięć”, okazał się po raz kolejny bardzo przydatnym narzędziem. Uruchomiła latarkę prostym kliknięciem. Cienkie niebieskie światło rozcinało ciemność. Zakręciła się wokół własnej osi.

– Matylda! – krzyknęła rozpaczliwie, lecz wokół pohukiwał jedynie las.

Nagle tuż nad swoją głową usłyszała skrzypnięcie. Coś było na drzewie. Coś się na nim huśtało. Poczuła ruch, jakby coś śmignęło jej koło ucha. Spojrzała w górę i krzyknęła głośno, rozpaczliwie jak ranione zwierzę. Nad jej głową na gałęzi wisiało ciało. Przesunęła po nim latarką i nie miała już wątpliwości, do kogo należą popychane przez wiatr nogi w cienkich rajstopach. To była Matylda. Sznur wokół jej szyi był mocno zaciśnięty. Czarne długie włosy zakrywały jej twarz do połowy. Szeroko otwarte oczy bez żadnego wyrazu, bez życia, utkwione w pustkę. Wiatr bujał jej ciałem w przód i w tył. Julia cofała się krok po kroku od tego miejsca aż wpadła na coś. Odwróciła się i zauważyła, że wpadła na smętnie wiszące ciało Matyldy.

Czuła, że za chwilę zwariuje. Ciało Matyldy wisiało tuż przed nią, a jednocześnie miała je za swoimi plecami. Słyszała w głowie własny głos. Krzyczała do Matyldy: Mogłabym cię zabić!  Obracała się wokół własnej osi. Z każdej strony kłuło ją puste spojrzenie szarych oczu. W głowie miała tylko jedną myśl. Uciec stąd. Uciec jak najdalej.

Ziemia pod jej stopami uginała się jak z gumy. Biegła ze wzrokiem wbitym w ziemię. Wszędzie słyszała to skrzypienie ciężkiej gałęzi. W głowie jej huczało. W dłoniach miała coś szorstkiego. Spojrzała na nie i zawyła jak wilk. Trzymała w dłoniach białe płótno na samym środku przesiąknięte krwią. Rzuciła je przed siebie, a ono z wiatrem przykleiło się jej do twarzy. Czuła na niej metaliczny zapach krwi i brudnej tkaniny. Zrzuciła je z twarzy i przetarła dłonią krew z czoła i policzków.

 Zgrzana i zziajana w końcu uciekła z tego miejsca. Spojrzała przed siebie. W oddali zobaczyła stary drewniany dom. Albo szopę na narzędzia. W oknach paliło się światło. Postanowiła się tam schronić. Jeśli tylko właściciele jej na to pozwolą. Na miękkich nogach dobiegła do drzwi. Uderzyła w nie energicznie pięścią. Nikt nie otwierał. Uderzyła jeszcze raz i jeszcze. Załomotała mocniej. Czuła niepokój, jakby ktoś ją gonił, jakby przed kimś uciekała, choć sama nie wiedziała przed kim. Kto zrobił to jej siostrze? Czy ją też czeka ten sam los? I jakim cudem zasnęła tak mocno, że nie słyszała, co działo się z Matyldą? Była pewna, że minęła zaledwie chwila. Kiedy usłyszała za sobą kroki, nie odwracając się, wpadła do oświetlonego domu. A następnie oparła się o drzwi plecami. Nasłuchiwała. Kroki na zewnątrz ucichły. Ktoś chyba przystanął. Albo tylko jej się zdawało… Korytarz domu był pusty. Rozległy jak sala zamkowa. Z czerwonym dywanem pod stopami i mosiężnymi  kinkietami na ścianach. Niepozorny drewniany domek skrywał wnętrze jak w pałacu. Przeszła przez korytarz do oświetlonego salonu ze stołem pośrodku i kominkiem w rogu. Stół nakryty był białym obrusem. Wokół niego krzątała się mała dziewczynka w błękitnej sukience z niebieską wstążką na długich jasnych włosach. Śpiewała wesolutko i układała na stole talerze. Przy kominku na bujanym fotelu siedział starszy mężczyzna, paląc fajkę. Idylliczny obrazek jak z książki dla dzieci. A jednak Julia wciąż czuła niepokój. Spięła się jak kot gotowy do skoku.

***

Józef biegł przez las. Czuł, że jest blisko czegoś, że coś się odmieni. Przełamie monotonię jego życia. Mimo  ciemnego, złowrogiego lasu czuł w sobie moc, by uratować nie tylko tamtą kobietę z wypadku, ale i siebie. Swoją rodzinę. Gdy nagle potknął się o coś i upadł. To kamień. To tylko zwykły kamień ze śladami świeżej krwi… Podniósł się. Zerwał się wiatr i deszcz gęsto nawadniał ziemię. Ściana wody opadała pionowo na jego włosy i twarz. Przez tę wilgotną błonę dostrzegł niewielki drewniany dom. Właśnie wchodziła do niego jakaś kobieta. Krótko obcięta blondynka. Trzasnęły ciężkie drzwi. Józef przystanął wpatrzony w dom. Zastanawiał się, czy jest prawdziwy, czy stanowi tylko część jego wyobraźni. Nie miał odwagi podejść bliżej, kiedy usłyszał wycie wilka. Czyżby? Tak. To dobry znak. Wilki to dobre duchy. To dusze zmarłych zaklęte w ciało zwierzęcia. Zawsze stanowią gwarancję bezpieczeństwa. Wskazują drogę. Pomagają dotrzeć do celu. Często stały wokół jego domu na wzgórzu. A sama ich obecność była kojąca. Trzeba tam wejść. 

   Stał przed drewnianymi schodami. Wszedł po nich na górę. Unosił się z nich kurz. Zapach zbutwiałych desek. Dom był stary i zniszczony. W oknach zamiast zasłon, stare szmaty. Brakowało w nich szyb.  Lodowaty wiatr przemykał po pokojach Z sufitu zwisały gęste nici pajęczyny. W nosie czuł kurz. Kichnął. I w tym samym momencie usłyszał głos, dochodzący z dołu:

– Kto tu jest?

Zszedł po schodach i oniemiał, gdy zobaczył małą dziewczynkę w błękitnej sukience. Na jasnych włosach miała wielką kokardę.

–  Córeczko! – krzyknął i podbiegł, by ją przytulić, ale uciekła. Biegł za nią długim  wąskim korytarzem. Potknął się o próg i wpadł do dużego jasnego pomieszczenia. Była w nim dziewczynka bardzo podobna do jego córeczki, ale to nie ona. Ubrana w błękitną sukienkę, układała talerze na stole, przy którym siedziała młoda, krótko ostrzyżona blondynka. Na twarzy miała ślady krwi.

***

Dziewczynka zaprosiła ją do stołu. Z białej wazy nalała zupę do jej talerza, lecz gdy Julia się pochyliła, zobaczyła w swoim talerzu wijące się, różowe ciała tłustych robaków. Julia siedziała jak skamieniała, gdy do pokoju wszedł jakiś mężczyzna. Może to ojciec dziwnej dziewczynki. Przyglądał się jej przez chwilę. Zobaczyła zawód w jego spojrzeniu. Następnie przeniósł spojrzenie na Julię. Mężczyzna był podobny do jej ojca. Biło z niego ciepło i spokój. Miał na sobie grubą, rozpiętą kurtkę, a pod nią flanelową koszulę. Kiedy zbliżył się do stołu, poczuła, że pachnie drewnem. Dziewczynka zaprosiła go do stołu. Tak jak przed chwilą Julię. Nalała mu tej samej szarej brei, w której wiły się robaki. Julia patrzyła, jak mężczyzna uśmiecha się do dziewczynki. Chwyta łyżkę i zanurza ją w zupie. A następnie zjada z apetytem. Zemdliło ją na ten widok. Rozejrzała się po pokoju. Ze ścian odchodziła tapeta – biała w czerwone róże. Nie zauważyła tego wcześniej. Pod tapetą było coś czerwonego, lało się po ścianach jak krew. Do pokoju weszła jakaś kobieta o długich ciemnych włosach i szarych oczach. Ubrana w długą, czerwoną suknię wieczorową. Piękna i niezwykle podobna do Matyldy. Matylda nie żyje – przypomniała sobie nagle  ze strachem. Nie były zżyte, ale to może zadziałać na jej niekorzyść…Co  jeśli ją znajdą i pomyślą, że to Julia ją zabiła? Wykrzykiwała, że ją zabije. Czy na pewno nikt tego nie słyszał? Las wydawał się dziki, nietknięty ludzką obecnością, ale skąd w takim razie wziął się ten dom? I ci, którzy powiesili Matyldę? Julia starała się zawsze wszystko racjonalizować. Szukała rozwiązań. Matylda była postrzelona i nieprzewidywalna. Ale wczorajszej nocy coś się zmieniło. To Julia zareagowała impulsywnie. Porywając młodszą siostrę. To Julia prowadziła samochód i to ona chciała porzucić Matyldę. Wszystko było na opak jak w szalonym śnie. Czuła, że wbrew sobie musi dostosować się do reguł panujących w tym lesie. A dom jest jego częścią. Mężczyzna jedzący zupę spojrzał na nią poważnie. Zdawał się przemawiać do niej wzrokiem. To chyba właśnie jego spojrzenie mówiło, że to naczelna zasada tego miejsca, w jakim oboje się znaleźli to – niczemu się nie dziwić. Dostosować się i przetrwać. Wzięła do ręki łyżkę i choć skręcało ją z obrzydzenia, zbliżyła ją do ust. Otworzyła je i przełknęła odrobinę obrzydliwej brei, starając się nie czuć smaku.  Kobieta w wieczorowej sukni, łudząco podobna do Matyldy, usiadła przy stole obok faceta we flanelowej koszuli. Dziewczynka obok kobiety. Mężczyzna kończył jedzenie zupy. Kobieta i dziewczynka patrzyły na Julię szklanym wzrokiem. Nic nie mówiły, nie poruszały się. Tkwiły nieruchomo zapatrzone w nią. Mężczyzna siedzący przy kominku niewzruszenie palił fajkę, jakby nic go tutaj nie dotyczyło. Julia widziała tylko jego profil  obrysowany cieniem. Ogień w  kominku migotał spokojnie. Ze ścian zsuwały się i rolowały jasne tapety w różyczki. Coś czerwonego, przypominającego krew spływało ze ścian ciepłym strumieniem. Julia czuła się tak, jakby siedziała na tłuczonym szkle. Bała się poruszyć. Bała się odezwać. Spojrzenie faceta we flanelowej koszuli mówiło wyraźnie, że  powinna odgrywać swoją rolę. Dostosować się.  Nie wychylać się poza przyjętą w tym momencie ciszę. Przetrwać.

***

Matylda czuła, że się dusi, że brakuje jej tchu, że za chwilę umrze. Tak po prostu. Tu i teraz. Choć nie bardzo wiedziała, gdzie jest to tu i teraz.  I co się z nią dzieje. W jej świadomości błysnęła myśl: przetrwać, za wszelką cenę przetrwać. W gardle miała coś miękkiego. Rozpierało się w niej jak piana. Gęsta maź zalegała w jej płucach. Kłuła jak szpilka. Może to resztki powietrza? Czy tak się umiera przez uduszenie? Tylko co lub kto ją dusi? Czuła, że obręcz zwalnia uścisk i że ona sama spada z wysokości.  Otworzyła powieki. Leżała w lesie. Rozpaczliwie łapała powietrze. Złapała się za szyję.  Nic jej nie uciskało. Chyba wszystko było w porządku. Dostrzegła, że w lewej ręce trzyma kamień. Dłoń miała tak mocno zaciśniętą, że nie mogła jej rozprostować.  W końcu udało jej się wypuścić go z dłoni. Uniosła się na łokciach. Rozejrzała się po lesie. Gdzie jest Julia? Pamiętała, że miały wypadek. Szukały drogi do cywilizacji. Chciały poszukać pomocy.  Julia krzyczała, że ją zabije. Była wściekła. Czy to ona próbowała ją udusić?

– Julia!  –  krzyknęła wściekle w szarą przestrzeń zapadającego zmierzchu, lecz Julia nie odpowiedziała.

Las szumiał jak wcześniej. Jakiś czarny ptak przeleciał tuż nad jej głową. Zrobiło się przeraźliwie zimno. Cud, że tutaj nie zamarzła. Rajstopy miała brudne i podarte. Zresztą i tak nie stanowiły żadnej ochrony przed chłodem. Była słaba, z trudem jeszcze łapała oddech. Usiadła na kolanach i, próbując się podnieść, zaparła się ręką o ziemię, ale to nie była ziemia, lecz coś dziwnego, przerażającego w dotyku. Odskoczyła przerażona. Miała przed sobą kopiec złożony ze zbutwiałych liści. Wystawał spod niego fragment materiału. Pociągnęła za niego, ale był dziwnie ciężki. I wtedy zauważyła, że materiał to po prostu rękaw zakończony szczupłą, bladą dłonią ze złotym pierścionkiem, i z całą pewnością był to pierścionek zaręczynowy jej siostry. Rzuciła się rozgarniać obrzydliwie miękki kopiec liści, z którego dobywał się okropny zapach. Wtedy zobaczyła ciało swojej siostry. Julia miała szeroko rozwarte powieki. Matylda przyglądała się im z fascynacją. Jej  włosy ubrudzone były krwią. Rana na głowie. Matylda spojrzała na swoją dłoń, na której zastygła krew. W tej dłoni dosłownie przed chwilą zaciskała kamień. Czy to możliwe, że to właśnie ten kamień wylądował na głowie jej martwej siostry? Czy ją zabiła? Może Julia ją dusiła, a Matylda próbowała się bronić…?  Dlaczego nic z tego nie pamięta? Wpatrywała się w nieruchome ciało Julii. W jej twarz, na której zastygło zdumienie.

Nie mogła znieść otwartych szeroko oczu. Potrząsała ciałem siostry, jakby to mogło przywrócić jej życie. Pomyślała, że samej siebie nie zna. Jeśli to ona zabiła Julię… Spojrzała na miejsce, gdzie zostawiła kamień, lecz już go tam nie było. Dziwne. Z trudem podniosła się z kolan. Wciąż była słaba, jakby odurzona. Otrzepała się z grudek ziemi i resztek leśnej ściółki, która porosła jej sukienkę, w czasie, którego Matylda nie była świadoma. Bez Julii czuła się tak bardzo bezradna. Nie lubiła jej. Działała jej na nerwy pedantyczność i doskonały chłód siostry, ale nagle okazało się, że bez niej nie potrafi sobie poradzić w tym obcym miejscu. Nie wiedziała, w którą stronę się ruszyć i jak wydostać z tego przeklętego lasu! Odniosła wrażenie, że jest obserwowana, że z każdej strony czyha na nią zło. Ledwie o tym pomyślała, tuż nad jej głową pojawiły się nietoperze, których zawsze bardzo się bała. Choć w tym momencie nie była pewna, czy bardziej boi się nietoperzy, czy tego, co stało się z jej siostrą. Usłyszała jęk. Niewyraźny głos zawodzący i wzywający pomocy. Głos był kobiecy, podobny brzmieniem do głosu Julii. Ale ona była martwa, więc co to?

– Kto tu jest?! – krzyknęła niepewnie. Ton głosu dodawał jej odwagi. Zawodzenie nasiliło się i zwielokrotniło. Chór głosów odpowiedział jej niewyraźnym piskiem. Usłyszała też trzaśnięcie drzwi, których przecież nigdzie tutaj nie było. Szła wolno przed siebie, oddalając się od ciała i próbując uciec od zawodzących głosów.

– Zabiłaś ją – szepnął ktoś przy jej uchu.

 Obejrzała się za siebie gwałtownie, próbując dostrzec cokolwiek w ciemności. Nie było nikogo, kto mógłby wypowiedzieć te słowa. Jedynie nietoperze, których bliska obecność przyprawiała ją o dreszcze.

Doskwierało jej zimno i głód. Próbowała przyspieszyć kroku. Potknęła się jednak i upadła. Poczuła wokół siebie ruch i nagłą falę przyjemnego ciepła. Mimo że z ciemnego nieba padał drobny śnieg, który topniał na jej długich czarnych włosach i twarzy. Ktoś był obok. Podniosła się niepewnie, a kolejna fala lęku sprawiła, że niemal wrosła w ziemię. Stała przed drewnianym domem, który otaczały wilki. Te wilki otaczały także ją.

 ***

Czuła się jak w bańce mydlanej i obawiała się, że  jakikolwiek ruch może tę bańkę przerwać. A to wywoływało lęk. W pokoju było ciepło, kominek roztaczał je wokół. Zrobiło jej się nawet błogo, gdy zmarznięte dłonie zaczęły odzyskiwać krążenie. Przymknęła oczy.

–  Nie wolno ci zasypiać – powiedział mężczyzna siedzący naprzeciwko. Odezwał się po raz pierwszy, odkąd znaleźli się w jednym pomieszczeniu. I to go zdradziło. Ton głosu i wyraz twarzy powiedziały Julii, że mężczyzna pochodzi z zewnątrz. Z jakiegoś powodu zna to miejsce, ale nie jest częścią lasu i tego dziwnego domu. A to dawało jakąś nadzieję na powrót do normalnego świata. Normalnego życia. Tylko… czy powrót do normalnego życia bez Matyldy jest możliwy? Ojciec się załamie. A ona? Julia? Jakoś nie umiała sobie tego wszystkiego wyobrazić. Jej młodsza siostra nie żyje. Gówniara znowu znalazła się w centrum uwagi.  Julia była zła na samą siebie, ale łatwiej było zrzucić tę złość na siostrę. Cały czas obwiniała też Matyldę o  brak ojca w jej życiu. O to, że jedynie bywał częścią jej dzieciństwa, lecz nie stanowił w nim stałego i trwałego elementu. Czuła się przez niego porzucona na rzecz nowej rodziny, a przede wszystkim nowej córki.

Tylko jak długo można pielęgnować w sobie dawne żale? I zrzucać winę na przyrodnią siostrę? Ojciec nie mieszkał z nią i jej matką, ale przecież przyjeżdżał. Starał się zapewne zachować jakąś równowagę.

Pozostaje jeszcze zdrada Matyldy, która wczorajszy wieczór spędziła z jej narzeczonym, ale to było tak bardzo odległe,  jakby działo się w innym życiu.

– Musisz mi pomóc się stąd wydostać –  szepnęła Julia do mężczyzny, który w tym samym momencie wstał z fotela i podszedł do niej.

– Tata? –  zdziwiła się widząc jego twarz, lecz on ją zignorował.

Podszedł do dziewczynki. Pogłaskał ją po głowie. Nagle poczuła się  mocno związana z dziewczynką. Wtedy Julia zrozumiała, że dziecko jest nią samą. Czy to możliwe, że dziewczynka jest nią? Mężczyzna był jakiś mroczny. Głaskał dziewczynkę po włosach, ale w oczach miał zło. Narastała w nim wściekłość. Sięgnął po nóż, leżący na stole, i jednym szybkim ruchem ostrza podciął gardło dziewczynce. Zabił ją. Tak po prostu. Krew na ścianach  wydobywała się  spod  zrolowanej tapety i  zalewała pokój kaskadą gęstej czerwieni. Chlupotała pod stopami przerażonej Julii. To nie dzieje się naprawdę! To przecież niemożliwe –  powtarzała sobie w myślach, gdy kobieta w czerwonej wieczorowej sukni weszła na stół i zawisła nagle z  sufitu. Julia widziała pętlę na jej szyi. Wstała. Weszła na stół i przecięła pętlę. A wtedy kobieta spadła, lecz okazało się, że jest już martwa.

– Zabiłaś swoją siostrę, Julio – przemówił do niej mroczny mężczyzna, do złudzenia podobny do jej ojca – lecz przecież to nie mógł być on! Kobieta nie mogła być Matyldą. Dziewczynka nie mogła być Julią z przeszłości. To wszystko absurd.

Nagle usłyszała trzaśnięcie drzwi. Do pokoju ktoś wszedł, ale z jakiegoś powodu  nie mogła dostrzec kto. Postać zbliżyła się do niej. I… Była to Matylda! Julia po raz pierwszy w życiu rzuciła się na szyję młodszej siostrze.

– Ty żyjesz – powiedziała Matylda ze zdziwieniem i ulgą w głosie, zupełnie do niej niepodobną.

– Ty też! – odpowiedziała jej Julia.

I wtedy mroczny mężczyzna zbliżył się do nich z nożem w dłoni.

– Obie już nie żyjecie. Nie ma was. Nie należycie do tego świata. Jesteście martwe. Wbił nóż w klatkę piersiową Matyldy,  następnie wyrwał ostrze i zanurzył je w ciele Julii.

***

Józef niczego nie zrobił, by uratować obie kobiety. Po prostu stał i patrzył. Czekał. Nagle zrozumiał, że tylko tak może im pomóc. I że tutaj jego rola się kończy. Wyszedł przed dom. Na śniegu były plamy krwi. Wilki otaczały dom zamkniętym kręgiem. To wilki przywołały tutaj Matyldę. Z całą pewnością. I choć na pewno bała się ich, weszła do tego domu. Józef spojrzał za siebie. Drewniany dom płonął. A on  stał po kostki w śniegu i wciąż czekał, aż wreszcie ujrzy swoją żonę i dziecko. Ktoś powiedział:

– Już czas. Józefie, obudź się dla nas. Już czas.

Spojrzał przed siebie. Las Potępionych tonął w gęstej mgle. Wszedł w nią. Przez mgłę przeciskał się jasny promień światła. Raził oczy. Mrużył je więc. Przymykał. Aż w końcu zniknął po drugiej stronie. A Las Potępionych trwał w swoim odwiecznym szumie.

***

Łukasz był zmęczony. To była ciężka operacja, ale już po wszystkim. Udało się. Julia niedługo się wybudzi. Jej siostra Matylda mimo że się obudziła, wciąż jest nieco nieprzytomna. Opowiada coś o lesie.  I o śmierci Julii. To pewnie efekt narkozy. Minie jakiś czas, nim dojdzie do siebie. Ojciec siedział przy niej przez całą noc. Łukasz przeszedł przez całą długość korytarza i zajrzał do sali, w której od dwóch lat leżał Józef pogrążony w śpiączce. Dziś  rano się z niej wybudził. Od razu zapytał o żonę i córkę. Obie wezwane siedziały teraz przy jego łóżku. Józef najwyraźniej trwał w przekonaniu, że jego żona i córka jechały z nim samochodem. Powtarzał, że musi je odnaleźć. On też wspominał coś o lesie i wilkach. Może śnił o własnym domku letniskowym. Jego żona mówiła, że kupili go kilka lat temu. To do niego Józef jechał w tamtej feralnej nocy, gdy jego samochód wpadł w poślizg i wbił się w drzewo. Cud, że wyszedł z tego cało. Spędził dwa lata w śpiączce, ale Łukasz zawsze wierzył, że uda mu się z niej wydostać. Łukasz wierzył w swoich pacjentów. Nawet tych na wpółmartwych. Jego babcia wierzyła, że istnieje stan pomiędzy życiem a śmiercią, taki stan zawieszenia. Świat, do którego trafiają też ludzie w śpiączce. Nazywała ten świat Pomarliskiem… Może dlatego  postanowił zostać lekarzem? I pomagać tym uwięzionym w Pomarlisku wracać do żywych?

Długim szpitalnym korytarzem przebiegła mała  dziewczynka w błękitnej sukience. Odwróciła się za siebie i uśmiechnęła do Łukasza, po czym zniknęła. Młody lekarz pomyślał, że koniecznie musi się przespać, bo przecież małe dziewczynki nie znikają tak po prostu. Wszystko można racjonalnie wytłumaczyć, prawda?

Przejdź do treści