Nie wiadomo, jakim sposobem Sylwek znalazł się wśród nas na obozie jeździeckim. Było to niezrozumiałe, bo jak się później okazało – jeździł słabo, a obóz był przeznaczony dla zaawansowanych.
Przyjechał dwa, może trzy dni później, co wprowadziło trochę zamieszania w ustalony porządek. Trzeba było jakoś wcisnąć jeszcze jedno polowe łóżko do izby i tak już bardzo zatłoczonej, w której poczesne miejsce zajmował ogromny kaflowy piec.
Na turnusie znajdowało się dziesięć osób – same dziewczęta. Dyrektor stada ogierów nie był tym, najpewniej, zachwycony, lecz kiedy stwierdził, że jeździmy nieźle, uspokoił się i chyba nawet nas zaakceptował. A jednak przyjazd Sylwka wyraźnie go ucieszył.
Od razu pierwszego wieczoru nowy kolega mówił dużo i barwnie o sobie i swojej ostatniej pasji – jeździectwie. Studiował matematykę, ale nie dawała mu ona pełnej satysfakcji. Wciąż szukał czegoś nowego dla siebie. Od pewnego czasu oddawał się muzyce – grał na gitarze i trochę śpiewał. Roztaczał przed nami niespokojne wizje tajemnic, które przeczuwał, choć jeszcze żadnej nie posiadł.
– Konie… Są wspaniałe, nieodgadnione, piękne. Trzeba je ujarzmiać, narzucać im swoją wolę, trzeba…
– Konie trzeba kochać. Kochać i szanować – powiedziałam półgłosem.
Sylwek spojrzał na mnie. Błysnął zębami w uśmiechu, a oczy… Oczy jego zwęziły się, niepodobna było określić ich koloru. Piwne? Szare? Chyba szare.
– Kochać? Kochać można człowieka! Konia trzeba złamać, ujarzmić, dziewczyno!
W piecu zahuczało, za oknem zawył czarny wiatr. Naciągnęłam sweter na ramiona. Sylwek zapatrzył się w czerwone wnętrze popielnika. Sypnęło skrami. Zmrużył oczy, a mnie przejął dreszcz.
Na drugi dzień rano poszliśmy do stajni. Nowego kolegę przydzielono do opieki nad młodymi ogierami. Tam też pracowałam ja i dwie koleżanki. Sylwek od razu zjednał sobie koniuszego i masztalerza, którzy – choć traktowali nas uprzejmie – wyraźnie dawali do zrozumienia, co myślą o babach zajmujących się jeździectwem. Sylwka od razu zaprosili na wódkę.
Stajenny przydzielił mu cztery konie do obrządku. I gdy Sylwek miał już wejść do boksu, trzymając zgrzebło i szczotkę, ogier nagle się zatrząsł i zatańczył. Rozległ się kwik, niepodobny do końskiego rżenia. Mój koń zastrzygł uszami, zatupał niespokojnie i dmuchnął mi w twarz gorącym oddechem.
Spojrzałam ponad jego grzbietem. Sylwek stał w miejscu i patrzył na konia, który prychał, a z przylepionymi do głowy uszami wyglądał groźnie. Chłopak odwrócił się raptem i wyszedł ze stajni. Widziałam, jak palił papierosa i kopał butem tający, brudny śnieg.
Siodłaliśmy właśnie konie przed wyjazdem w teren. Sylwek dostał jednego z najspokojniejszych, ponieważ, no, wiadomo… I naraz ten poczciwy, stary wałach zaczął się dziwnie zachowywać. Pochrapując niespokojnie, cofał się, szarpał wodze, a chłopak, patrząc mu w oczy, uspokajał go głosem. I gdy wyciągnął rękę, by poklepać konia, ten stanął dęba; niedopięte siodło zsunęło mu się pod brzuch, co doszczętnie go rozsierdziło. Wyrwał się, odsadził ogon i, wierzgając raz po raz zadnimi nogami, rzucił się przed siebie na oślep. Pośliznął się i zarył w błotnistym śniegu. Ledwo dał się złapać stajennym. Osiodłali go wreszcie i Sylwek, z niewyraźną miną, znalazł się na grzbiecie wierzchowca.
– Nie trza kuniowi patrzeć w oczy. Nijaka gadzina tego nie lubi – pouczał masztalerz, pan Gienek.
A Sylwek roześmiał się tylko i popatrzył na niego jakoś dziwnie, lekko odchylając głowę na bok. Jego oczy – jak u Lermontowskiego Pieczorina, tak mi się nagle skojarzył bohater niedawno czytanej lektury – nie brały udziału w uśmiechu. I jak w tamtym opisie, który wrył mi się w pamięć, miały ten sam stalowy kolor i lekkie zwężenie tęczówek. To skojarzenie uderzyło mnie nagle teraz, gdy siedział w siodle prosto, zbyt mocno ściągając konia, który przestępując z nogi na nogę, usiłował wyciągnąć wodze z mocnych rąk jeźdźca.
Koniuszy dał hasło, ruszyliśmy stępa.
Wróciłyśmy z tej jazdy zmęczone i podenerwowane. Chyba wszystkie czułyśmy natarczywą obecność intruza wśród nas. A Sylwek skrzył się humorem, nucił coś zdejmując siodło.
Wprowadziliśmy parujące i zmęczone konie do boksów. Sylwek został przed stajnią na papierosa. Wyraźnie ociągał się z wejściem do boksu, unikał moich pytających spojrzeń, więc oczyściłam i swojego wierzchowca i jego wałacha.
Któregoś dnia piękny kary ogier przerwał ciszę stajni, wypełnioną tylko miarowymi oddechami i odgłosami żucia… Znowu usłyszałam przejmujący kwik i nagły tupot kopyt. Znów rzut ciała do tyłu, przysiad na zadzie, rozpaczliwe miotanie szyją. Na szczęście łańcuch i skórzana szleja wytrzymały.
Sylwek uspokajał konia. Zobaczyłam drżenie końskiej skóry i niespokojny błysk oczu. Chłopak wyszedł ze stajni. Koń jeszcze przez jakiś czas oglądał się nerwowo, drżał, pochrapywał.
Pochłonięta na przemian obrządzaniem i jazdami, niewiele miałam czasu na rozmyślania. Zresztą nie paliłam się do tego, będąc ciągle w ruchu, czując fizyczne zmęczenie. Ale niejednokrotnie ogarniały mnie dziwne myśli. Odpędzałam je, bo wydawały mi się przesadne, a nawet chwilami śmieszne i egzaltowane. Otóż wydawało mi się, że nasz kolega, jedyny mężczyzna w babskiej grupie, świadomie dąży do jakiegoś niezwykłego, może nawet tragicznego zdarzenia. Dlaczego? A przy tym miałam sny, w których jego oczy, zamiast źrenic, miały stalowe ostrza i z łopotem skrzydeł, niczym husaria, waliły się na mnie ze wszystkich stron. Budziłam się zlana potem. Te sny były wprost niesamowite – eskadra uskrzydlonych stalowych oczu, które atakowały…
Mijały dni. Już prawie przestałam myśleć o Sylwku i jego oczach. Już mi się nawet przestały śnić. Aż pewnego ranka inny ogier… Sylwek ledwo zdążył uskoczyć pod ścianę, gdy koń rzucił się nagle, szarpnął głową. Skórzany kantar pękł, a koń w niezgrabnych podskokach, obijając boki o wąskie drzwi, wpadł do sąsiedniego pomieszczenia. Była to siodlarnia. Ogier – znalazłszy się w nieznanym sobie, ciasnym i mrocznym wnętrzu – podjął walkę z atakującymi go zewsząd siodłami, uzdami, jeździeckimi butami. Stajenni wyprowadzili go stamtąd nie bez trudu. Koń miał pokiereszowaną, krwawiącą pierś i zadrapania na nogach. Przybiegli koniuszy i masztalerz. Zwierzę zostało uwiązane i opatrzone.
Nikt nie udowodnił Sylwkowi winy, nikt też chyba nie zwrócił uwagi na niepokojące następstwa zdarzeń. Koniuszy jednak przeniósł Sylwka do opieki nad źrebakami, co ten odebrał jako niemal degradację i policzek.. Magda – dziewczyna bezpośrednia, o niewyparzonym języku – śmiejąc się, nazwała go przedszkolanką. Spiorunował ją wzrokiem. Przycichła. Chłopak zacisnął pięści.
Praca Sylwka tylko z pozoru była lżejsza i mniej odpowiedzialna od naszej. Źrebaki całą noc hasały luzem po dużym pomieszczeniu stajennym, aż wreszcie, zmęczone, zasypiały. Rano do obowiązków opiekuna należało powiązanie ich przy odpowiednich stanowiskach, oznaczonych imionami źrebaczej młodzieży, a także oczyszczenie i nakarmienie zwierząt. Nie było to – wbrew pozorom – wdzięczne zajęcie, bo źrebaki, choć bez wątpienia urocze, były ruchliwe, rozbrykane i nieraz dosięgały opiekuna małymi kopytami. Po kilku dniach tej pracy Sylwek wydawał się jednak bardzo zadowolony. Nigdy nie pytał o nasze ogiery, nie przychodził do nas i w ogóle stał się odludkiem. Przestał mówić o koniach, o nic nie pytał i – w przeciwieństwie do wcześniejszego zachowania – nie dzielił się już żadnymi uwagami. Byłyśmy z tego nawet zadowolone. Nasze konie wyraźnie się uspokoiły.
Obok pomieszczenia, w którym stały źrebaki, w małym boksie rezydował niemłody kuc – ogier o imieniu Filon. Słynął z nieposkromionego, wręcz złośliwego charakteru i z tego, że nie dał się nikomu dosiąść. Wielu uczestników cyklicznie organizowanych w stadninie studenckich obozów jeździeckich próbowało; zakładano się, jak zwykle, o pół litra. Stajenni mieli więc zapewniony trunek, bo każdy, kto ujrzał Filona, przyjmował zakład z uśmiechem – może i podejrzewając jakąś niespodziankę, ale zawsze będąc pewnym swego. I każdy przegrywał. Nawet się jeździec nie obejrzał, gdy niewielki, zadziorny koń jednym, nieoczekiwanym skokiem zrzucał zdziwionego chojraka.
Sylwek nie darzył Filona sympatią, bo zaraz po przyjeździe dał się nabrać na ten numer, dostarczając stajennym godziwej rozrywki i butelki, którą później wspólnie rozpili.
Z ich opowiadań dowiedział się nieco więcej o charakternym małym rycerzu. Kasztanowaty kuc islandzki – osobliwość i duma stadniny – na ogół był spokojny, ale od czasu do czasu wstępował w niego Zły. Nie pozwalał wtedy przystąpić do siebie, kulił uszy, lekko uginał tylną nogę – i każdy domyślał się, co to znaczy.
Byłyśmy zaaferowane codziennym porannym obrządkiem. Czyściłam ostatniego z moich ogierów, który wyjątkowo to lubił; chwilami przerywał nawet poszukiwanie owsa wśród sieczki i – przestając żuć – wsłuchiwał się w delikatne drapanie zgrzebła. Potem, westchnąwszy, zaczynał na powrót pracowicie wydmuchiwać sieczkę.
Wtem do mojej świadomości wdarło się niewytłumaczalne uczucie niepokoju. Z niedowierzaniem skonstatowałam, że po prostu się boję. Ale czego? Nie umiałam tego określić. Szybko i niedokładnie pociągałam szczotką po końskim zadzie. Jeszcze tylne nogi. I wtedy… Koń rzucił się raptownie, zatańczył, przygniatając mnie do ściany. Jego ciężkie kopyto wgniotło moją nogę w miękką – na szczęście – podściółkę. Zaczęłam się szarpać, odpychać konia, który, miotając się w niewielkim boksie, coraz groźniej napierał, przyciskając mnie do ściany. Przez falę bólu i strachu, przez obraz śmierci zobaczyłam te same, uskrzydlone, lecące na mnie ostrzami skalpeli – stalowe oczy Sylwka. Wbiłam zgrzebło w koński bok i rzuciłam się im naprzeciw.
Tracę rozum? Co się ze mną dzieje?
Postanowiłam w końcu przestać myśleć o prześladujących mnie – już nie tylko w sennych koszmarach – oczach Sylwka. Pomyślałam nawet, że być może moje przemęczenie letnią sesją na uczelni, z kilkoma dość poważnymi egzaminami, powoduje takie odreagowanie. Koleżanki traktowały Sylwka normalnie, a nawet widziały w nim kogoś godnego zainteresowania. Jednak on nie dawał się nikomu okiełznać. Zdawał się być zaprzątnięty czymś nierealnym i nie zwracał uwagi na oczywiste sygnały – zaloty.
Wzięłam się jeszcze ostrzej do pracy. Ochoczo pomagałam przy czyszczeniu uprzęży, porządkowaniu stajni i podwórza. Nie uszło to uwadze koleżanek, które zaczęły mi dokuczać, lecz nie reagowałam. Praca rozpraszała moje myśli, a czas miałam wypełniony od rana do nocy.
Pewnego chmurnego popołudnia porządkowałam obejście. Przedburzowe powietrze ciążyło, a pot strużkami ściekał mi po plecach. Nagle kątem oka zauważyłam, że pod belką przekreślającą poprzecznie otwarte drzwi stajni przeciska się – bez większego trudu – kuc Filon. Nawet nie zdążyłam się zastanowić, jak zdołał się uwolnić, gdy już wypadł galopem na rozległe podwórze.
Odurzony wolnością, Filon zatrzymał się wpierw, rozejrzał czupurnie, potrząsnął gęstą, konopiastą grzywą, zarżał buńczucznie, a dopiero potem zaczął brykać i podskakiwać jak młody źrebak. Jego długi, bujny ogon falował w galopie, a pod skórą widać było imponujące umięśnienie – teraz, w swobodnym ruchu, wyraźnie widoczne, na co dzień zdawało się niemal niepozorne. Zadziwiła mnie jego energia i ujawniona siła. Ten niewielki koń potrafi bez wysiłku nieść ciężar dorosłego człowieka. Oczywiście – jeśli tylko chce.
Nikt, jak się wydawało, nie wiedział o tym zdarzeniu, a ja – oczarowana niezwykłym widokiem – stałam bez ruchu.
I wtedy, niespodzianie, napatoczył się Sylwek, jakby wyrósł spod ziemi. Zaczął nawoływać kuca, a do mnie krzyknął: – Pomóż mi go złapać! Urwał mi się, piorun ognisty! Ugryzł i chciał kopnąć!
Ruszyliśmy w kierunku konia z rozłożonymi szeroko rękami, jakbyśmy chcieli objąć. Śmiać mi się chciało, bo po prostu… zaganialiśmy go jak kurę. Filon obejrzał się, obrzucił nas wzrokiem, położył uszy po sobie i rzucił się na Sylwka. Nigdy nie widziałam takiego zachowania u konia – bardziej przypominało atakującego psa. Wyszczerzył zęby… Sylwek stanął jak wryty, a Filon pędził w jego stronę.
Krzyknęłam:
– Uciekaj! – i chłopak posłuchał. Odwrócił się i zaczął biec.
Filon cwałował za nim. Dogonił. Zamknęłam oczy, ale tylko na chwilę. Kuc wymierzył pyskiem cios w plecy biegnącego, popchnął go. Sylwek przyspieszył, koń nie ustępował. I tak biegli: najpierw człowiek, a za nim mały koń następujący mu dosłownie na pięty i popychający co chwilę uderzeniami masywnej głowy. Zdałam sobie sprawę, że właściwie wygląda to komicznie. Koń go przecież wygania….
Kuc przepędził Sylwka aż do bramy odgraniczającej teren stadniny od pól i drogi. Gdy zdyszany chłopak wypadł za nią, konik zatrzymał się, zarżał, zatupał małymi kopytami, po czym odwrócił się i spokojnym truchtem powrócił do stadniny.