Nie umiem powiedzieć, czy tamtego dnia czarny kot przebiegł mi drogę. Szłam parkiem wśród jesiennych, kolorowych drzew i marzyłam o pierwszej miłości. Miałam wtedy szesnaście lat. Dawne dzieje, choć wydaje się, że minął zaledwie dzień. Ten dzień, a raczej wieczór, to początek zawikłanej historii, którą ciężko wyrazić słowami i przelać na papier. Jednak spróbuję.
Jak przystało na początek, był on bardzo długi, zanim pierwszy raz … odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Ich błękit i głębia mnie urzekły. Zakochałam się. Platoniczna, potem realna, miłość wypełniała kolejne dni aż do wyznania. To on uczynił pierwszy krok przy szumie morskich fal. Byłam szczęśliwa. Ktoś mnie pokochał. Zaczęły się najpiękniejsze chwile w moim nastoletnim życiu. Pierwsze wspólne wakacje, pierwszy pocałunek. Tak, od pocałunku wszystko się zaczyna. Najpierw niewinnie, delikatnie. I ta niewinność trwała bardzo długo.
Ale tak czysta miłość nie ma prawa przetrwać. Coś musi ją zabrudzić, popsuć. Jednak zanim to się stało, minęło sześć długich lat. Przez ten czas byliśmy ze sobą bezgranicznie związani, lecz, jak się później okazało, tylko uściskiem dłoni. Wystarczył lekki podmuch niepewności, silniejszy wiatr, jedna osoba – inna, nowa, aby rozerwać dłonie. Związek runął. Walił się z hukiem większym nawet
i głośniejszym niż mur berliński. Nie ma bowiem straszniejszego huku od łamiącego się serca, które zostało zranione. Znów przy szumie morskich fal.
Ale teraz one zamilkły, jakby nie chciały się przyznać, że kiedykolwiek były świadkami początku tej historii. Kiedy spaceruję wzdłuż tego samego wybrzeża, patrzą na mnie. Wypinają kocie grzbiety, jakby wiedziały, co czyha za klifem.
Nie boję się już niczego. Moje serce odbudowała prawdziwa miłość, dojrzała, bez zbędnych słów, obietnic. Zbudowana nie na piasku, a na twardym gruncie. Ten grunt to fundament bożej łaski w postaci małżeństwa.
Nie umiem powiedzieć, czy tamtego dnia czarny kot przebiegł mi drogę, ale wiem, że teraz nie przebiegł jej na pewno.