+48 736-84-84-44

To nic takiego, rybko

Pamiętam, że poznałem ją w bibliotece uniwersyteckiej. Był wyjątkowo upalny dzień i być może dlatego schroniłem się na dłużej pomiędzy zakurzonymi, pogrążonymi w osobliwym cieniu i ciszy, regałami. Pamiętam nawet w co była ubrana i jak jej gęste, ciemne włosy opadały kaskadą na ramiona. Nie dostrzegłem jej od razu, ale wydaje mi się, że robiła to samo co ja, czyli chowała się przed skwarem. Siedziałem cicho przy biurku i przyglądałem się jej, obserwując, jak udaje, że szuka czegoś na półkach. Chyba przekonała mnie jej pogrążona w zadumie mina i ten ciekawy wyraz twarzy – wyglądającej jak słodki, dojrzały owoc. Jej bursztynowe oczy miały w sobie coś przyciągającego. Tak samo jak gładkie ruchy podobne do smukłej brzozy targanej wiatrem. Nagle zrozumiałem, że muszę ją poznać. Podszedłem więc i zapytałem, czy mogę jej jakoś pomóc. To co działo się później, wyglądało jak śmieszny pokaz naiwności, ale zadziałało.

                   – Mam na imię Malina – powiedziała. 

Od razu spodobało mi się to imię. Lubiłem je wymawiać, mieć na języku.

Oczywiście oboje stwierdziliśmy po kilku dniach, że spotkało nas coś dziwnie przyjemnego.

                   – Przecież ludzie dzisiaj w ten sposób się już nie poznają – stwierdziła. 

 Uważała to raczej za zabawne, a ja za łabędzi śpiew prawdziwych uczuć. Oczywiście w dłuższej perspektywie chodziło o miłość, ale wstrzymywałem się z tak poważną deklaracją. Ona zrobiła to szybko, chyba zbyt szybko.

Wcześniej jednak zdradziła mi jeszcze, że pracuje dorywczo w kawiarni.

                   Minął miesiąc. Było to chyba nasze piąte czy szóste wyjście na miasto, robiło się poważnie i najpewniej uznała, że jest mi winna prawdę. Kiedy wypowiadała te słowa, widziałem w jej oczach niepewność, być może nawet strach, który wtedy wydawał mi się autentyczny i niewinny. Teraz wiem, że potrafiła doskonale kłamać.

                   – Pracuję na kamerce w sieci.

                   – Nie rozumiem.

                   – No wiesz… pokazuję swoje ciało, filmy, zdjęcia. W pewnym sensie sprzedaję siebie.

                   – A twarz?

                   – Twarzy nie pokazuję.

                   Przypatrywałem się jej dosyć długo, studiowałem wyraz jej twarzy, szukałem czegoś, czego ostatecznie nie znalazłem. W końcu powiedziałem, że nie ma to dla mnie znaczenia. W tamtym momencie nie przemawiał przeze mnie rozsądek. Byłem nią tak zafascynowany, że zignorowałem oczywistą prawdę. Prawdę o tym, że to nie może się udać.

                   – Ale mogłabyś przestać, gdybym cię o to poprosił? – zapytałem naiwnie. 

                   – Jeślibyś tego chciał – odpowiedziała powoli. – Musisz jednak zrozumieć, że tylko dzięki temu mogę sobie pozwolić na studia.

                   – Rozumiem.

                   Być może powinienem już wtedy postawić sprawę inaczej. Teraz, po wszystkim, często o tym myślę. Wydaję mi się jednak, że miała przygotowaną odpowiedź na każdą ewentualność, a na każde moje słowo kilka własnych, wcześniej przemyślanych. Wyrachowanie, którym od samego początku cechowała się Malina, wychwyciłem znacznie później.

                   – Myślałam, że mnie rozumiesz – brzmiałyby jej słowa.

                   Obecnie zastanawiam się również nad tym, ilu było takich jak ja, to znaczy ilu przede mną. Takich, którzy zdążyli powiedzieć nie, zanim ich głowę zatruło emocjonalne zaangażowanie. Nigdy jej o to nie spytałem, ale ona też nie pytała mnie o kobiety z przeszłości, więc trzeba było uznać, że jesteśmy kwita. Wpadłem w nią po uszy i bardzo długo taki stan wydawał mi się błogosławieństwem. Właściwie gdyby nie to, że sama mi powiedziała, co robi, pewnie nigdy bym się nie dowiedział – ani nawet nie domyślił.

Oczywiście do czasu, w którym mielibyśmy razem zamieszkać. Nie rozmawialiśmy na ten temat, nie widziałem sensu, aby go drążyć. Było to jak pewna choroba, której symptomy pozostawały ukryte. Wiedziałem o niej, ale póki trwała w uśpieniu, trzeba było uznawać, że wszystko jest w porządku. Poza tym cichym rakiem nasza relacja miała się jak każdej innej młodej pary. Po okresie niedającej się zaspokoić fascynacji, przyszła przyjemna stagnacja, pewność, że znalazło się kogoś, na kim można opierać kolejny dzień. Studiowaliśmy, pracowaliśmy, chodziliśmy na spacery, do kina, czasami nawet teatru, odwiedzaliśmy wieczorami restauracje i zwyklejsze lokale, jeździliśmy nad blisko leżące morze, gdzie leżeliśmy całymi dniami na plaży. Kiedy się kochaliśmy, było to intensywne i nasze. Nazywała mnie rybką. Nie wiedziałem dlaczego, ale lubiłem, kiedy to robiła. Biorąc to wszystko jako całość, czasami wydawało mi się, że jej zajęcie w sieci było tylko słabym, mało śmiesznym żartem.

                   – Podoba ci się mój nos, rybko? – zapytała mnie któryś raz z kolei.

                   – Podoba.

                   – Kłamiesz, rybko.

                   – Cała mi się podobasz.

                   – Ale mi chodzi o nos. Zobacz. Jest za długi i lekko krzywy.

                   – Podoba mi się.

                   – Kiedyś go sobie zoperuję, zobaczysz.

                   Nos był jej największą bolączką i co jakiś czas musiałem wysłuchiwać, jaki jest okropny. A mnie naprawdę się podobał, ale to chyba nie miało dla niej znaczenia. Czasami wydawało mi się, że moje zdanie niewiele znaczy. Choćby w przypadku radzenia się mnie w kwestii własnych poczynań.

                   – Rybko, myślisz, że to dobry pomysł, abym zaczęła pokazywać się w masce? – zapytała, siadając mi na kolanach. – Wiesz, do tej pory pokazywałam się tylko do szyi i myślę, że to był błąd.

                   – Wolałbym, żeby zostało tak, jak jest – odparłem.

                   – Ale to nic takiego, rybko – rzuciła i pocałowała mnie w usta, chcąc mnie zmiękczyć.

                   – Nie jestem przekonany.

                   – Słuchaj, właściwie to ja już od kilku dni nagrywam z maską na twarzy i powiem ci, że zwiększyła się oglądalność.

Wychodziło więc na to, że często wcale nie pytała mnie o zdanie, a raczej informowała o swoich decyzjach i poczynaniach. Być może w ten sposób łatwiej jej było się ze mną komunikować.

                   Pół roku później, w okresie świątecznym postanowiliśmy poznać swoich rodziców. Zdecydowaliśmy, że łatwiej będzie, jeśli najpierw pojedziemy do niej.

                   – Rodzice wiedzą z czego się utrzymujesz? – zapytałem w aucie.

                   – Zwariowałeś? – odparła oburzona. – Nikt nie ma o tym pojęcia i niech tak zostanie. Nawet moja siostra bliźniaczka nic nie wie. Cholerna z niej świętoszka. Uwierzysz, że ona nadal chodzi co niedzielę do kościoła? Ojcu się to oczywiście podoba…

                   Malina nie pochodziła z bogatej rodziny, ich poniemiecki dom, który dziadek zajął jako wysiedleniec ze wschodu, wymagał gruntownego remontu. Ojciec był łysawym, konkretnym mężczyzną, pracującym ciężko jako magazynier. Miał mocno prawicowe poglądy, szczycił się, że w jego rodzinie znalazło się kilku żołnierzy AK.  Matka natomiast, sprzątaczka w gminnym urzędzie, była przyjemną w obyciu brunetką. Córka bardzo ją przypominała i uznałem, że jeżeli Malina zestarzeje się w podobny sposób, będę zadowolony.

                   Nie wiem, czy spodobałem się jej rodzicom, ale z całą pewnością jej ojciec nie mógł powiedzieć o mnie złego słowa, skoro razem się upiliśmy i razem zasnęliśmy na jednej kanapie. Śpiewał też piosenkę z ,,Czterech pancernych”, ale ja tylko czasami i z grzeczności się dołączałem, nie będąc na tym wychowanym.

                   – Rybko, musiałeś tyle wypić? – zapytała retorycznie Malina, kładąc mnie do łóżka w pokoju brata, który przebywał w wojsku.

                   Przygotowała mi świeżą pościel, uchyliła okno, a nawet zrobiła gorącej herbaty. Czułem się zaopiekowany i powiedziałem, że ją kocham. Nie był to wyjątkowy, pierwszy raz, ale wtedy szczególnie to zapamiętałem.

                   Malina miała też siostrę bliźniaczkę, którą dopiero wtedy udało mi się poznać, bo dziewczyna studiowała w innym mieście. Obie były po matce brunetkami, ale główną cechę ich podobieństwa stanowiła data urodzenia. Polubiłem ją, chociaż wydawała mi się zbyt skromna, brakowało jej pewności siebie – w ubiorze, postawie, słowach.

                   – To przez Malinę – zażartowała. – Już w brzuchu musiałam ustępować jej miejsca, pokarmu i tlenu. Poza tym przyszła na świat siedem minut wcześniej. Od zawsze więc uważała, że więcej jej się należy.

                   Siostry przekomarzały się w ten sposób przez cały nasz pobyt, chociaż zauważyłem, że Malina ma się za trochę lepszą. Kiedy opuszczaliśmy ich rodzinny dom, poczułem lekkie ukłucie żalu.

                   W moje rodzinne strony pojechaliśmy w drugi dzień świąt. To była długa, męcząca trasa, głównie ze względu na padający śnieg i oblodzony asfalt. Malina wzięła całą blachę ciasta, które upiekła jej siostra.

                   – Powiemy, że to ja upiekłam – stwierdziła.

                   Siostra odziedziczyła dar do pieczenia i gotowania po matce. Malina nie bardzo. Mimo to przystałem na takie małe oszustwo. Wiedziałem, że chce sprawić dobre wrażenie.

                   – Podoba mi się – powiedziała krótko moja matka. – Jest bystra i ładna.

                   – Czym się będzie zajmować? – zapytał ojciec.

                   – Studiuje pedagogikę – odparłem. – Może zostanie przedszkolanką.

                   Matka zamknęła się z nią później w pokoju na całą godzinę. Nie miałem pojęcia o czym rozmawiały i do dzisiaj nie wiem.

                   Jedynego wspólnego Sylwestra spędziliśmy w towarzystwie jej znajomych. Nie przepadałem za nimi, wydawali się zbyt głośni i jacyś roztrzepani, szczególnie nie przepadałem za jej przyjaciółką, Elwirą. Znały się od dziecka i wynajmowały razem duże mieszkanie w centrum, za które w większości płaciła Elwira. Nawet w połowie nie była tak ładna jak Malina, ale posiadała w sobie pewnego rodzaju przebojowość, którą przekształcała w zwyczajną wulgarność. Często zmieniała partnerów i miała o sobie wysokie mniemanie. Zajmowała się tym samym co Malina, to znaczy było to jej główne zajęcie, robione na znacznie większą skalę. Ani się jej spodobałem, ani nie – ze wzajemnością, oczywiście. Wydaje mi się jednak, że miała zły wpływ na Malinę, ale nie mogłem nic na to poradzić. Znały się przecież znacznie dłużej.

                   – Rybko, co sądzisz o mojej Elwi? – zapytała mnie następnego dnia.

                   – Jest ciekawą osobą – powiedziałem oszczędnie.

                   – To Elwira przekonała mnie do tego, że w sieci leży łatwy pieniądz – wyznała.

                   – Tak myślałem.

                   Sęk w tym, że owe pieniądze wcale nie były łatwe i nie było ich dużo. Doprowadzało to Malinę  do aktów frustracji.

Ja studiowałem i dużo pracowałem, mieszkałem w akademiku, dlatego to, co zarobiłem, wystarczało mi na długo. Malina jednak wciąż narzekała na finanse. Już jakiś czas wcześniej rzuciła w ogóle pracę w kawiarni i zaczęła skupiać się wyłącznie na tym, co robiła w sieci. Powiedziała mi, że powinna zacząć się w tym kierunku rozwijać, opowiadała o możliwościach, które niosła ze sobą sieć. Czułem, że to Elwira ją tak nakręcała.

                   – Słuchaj, kochanie – powiedziałem podczas któregoś wspólnego śniadania na mieście. – Może dasz sobie z tym spokój i znajdziesz jakąś spokojną, zwyczajną pracę?

                   Ja od dobrych kilku miesięcy pracowałem dla pewnego małżeństwa, posiadającego firmę, która zajmowała się badaniami społecznymi i marketingowymi. Prowadziłem dla nich przeróżne audyty, zajmowałem się robieniem ankiet i badań. Ponoć miałem naturalny dar do rozmowy z ludźmi. Zaproponowałem Malinie, że mogę spróbować z nimi pogadać na temat jej ewentualnego zatrudnienia.

                   – Rybko, rozmawiałam z Elwirą i doszłyśmy do wniosku, że muszę dać z siebie więcej, jeżeli chcę zacząć zarabiać tak poważnie jak ona – odparła.

                   – To znaczy?

                   – Muszę poszerzyć grono odbiorców, pozakładać konta na różnych platformach. Teraz jestem ograniczona. Wiesz, Elwira na przykład za pomocą Tindera przyciąga fanów na swojego OnlyFansa. Poza tym Instagram i Tik-Tok. A nawet filmy na YouTube promujące moją osobę.

                   – No… nie wiem.

                   – Elwira uważa, że gdy tylko pokażę swoją twarz, to zacznę zarabiać nawet więcej niż ona. Musisz spieniężyć ten dziubek – żartuje.

                   – Malina, kochanie, nie wiem, czy to dobry pomysł.

                   – Zrozum, rybko, że to łatwy sposób na zarobek.

                   Tamtego dnia chyba po raz pierwszy się pokłóciliśmy. To znaczy ona się uruchomiła, ja byłem bierny.

Wieczorem jednak pogodziliśmy się  i wyszliśmy nawet do kina. Nie rozmawialiśmy już o tym. Wiedziałem, że i tak zrobi, co będzie chciała. Nie czułem się z tym dobrze, ale niewiele mogłem zrobić. Byłem tylko jej chłopakiem, obecnym partnerem, przecież nawet ze sobą nie mieszkaliśmy.

                   Często widywaliśmy się z jej znajomymi, ale ona tylko raz zgodziła się wyjść na miasto z moimi kolegami. Jeden z nich miał dziewczynę, która wydawała się sympatyczna, dlatego pomyślałem, że może się polubią. Poszliśmy do jakiegoś niedrogiego baru, w którym przesiadywali głównie studenci. Siedzieliśmy przed lokalem, na drewnianych ławach, pod parasolami. Piwo było lekko rozwodnione, ale nie przeszkadzało mi to. Malina jednak, chociaż z początku udawała zainteresowanie grupą, szybko zaczęła traktować ich z nieukrywaną pogardą.

                   – Rybko, nie spodobali mi się twoi znajomi – skwitowała, kiedy byliśmy już tylko we dwójkę. – Te tematy i żarty, po prostu tragedia. Są dorośli, a zachowują się jak wyrośnięte dzieciaki. Czym oni się w ogóle zajmują, poza całodobowym przesiadywaniem nad grami?

                   – Są w porządku – odparłem, ale już nie słuchała.

                   – A ta dziewczyna… Dziwna. Widziałeś w ogóle, jak się pomalowała? I ten strój: wyświechtana bluza i spodnie jak u faceta. Gdyby schudła z dziesięć kilogramów, na pewno by sobie tym pomogła.

                   – Myślę, że jest sympatyczna.

                   – Rybko, nie wychodźmy z nimi nigdy więcej, proszę.

                   Życie toczyło się swoim tempem – studia i praca. Było nam całkiem dobrze, zaczęliśmy nawet częściej rozmawiać o jakichś konkretach. Zapytała mnie na przykład, czy chciałbym mieć dzieci.

                   – Z tobą całą gromadkę – powiedziałem.

                   – Naprawdę?

                   – Tak.

                   – Ale spójrz, rybko, gdzie niby miałabym tę całą gromadkę pomieścić?! – żartowała.

                   Pokazała mi swój brzuch, swoje biodra. Malina była szczupła, jej talia wąska. Zbliżyłem się do niej i zacząłem całować jej skórę pod pępkiem. Była gładka i ciepła. Zapragnąłem jej i poszliśmy do łóżka.

                   – Gdyby te dzieci miały jeszcze twoją ogromną głowę, rybko – zażartowała znów, kiedy obejmowaliśmy się nadzy. – Jak niby miałabym je wypchnąć?

                   – Jesteś silną kobietą – odparłem. – Myślę, że dałabyś radę.

                   Nie potrafiłem tego wszystkiego oczywiście zrozumieć. Miałem Malinę, taką jak w czasie tych szczerych rozmów o przyszłości, moją własną, roześmianą, piękną. I była jeszcze ta druga Malina, ta, o której niewiele wiedziałem, bo wiedza ta sprawiłaby mi jedynie ogromny ból. Najgorsze było to, że nie miałem pojęcia, która z nich jest prawdziwa. Może żadna…?

                   Przez następny miesiąc z przeróżnych przyczyn widywaliśmy się rzadziej. Kiedy jednak przyszedł marzec, Malina zapytała mnie, czy dobrym pomysłem jest, abyśmy razem zamieszkali. Nie znaliśmy się przecież nawet roku, ale powiedziałem, że chcę z nią zamieszkać. Było to finansowe wyzwanie, ale uznałem, że jakoś to będzie. Wynajęliśmy dwupokojowe mieszkanie na osiedlu z wielkiej płyty. Nie było zbyt ładne. Poświęciliśmy cały weekend, aby je wspólnie odświeżyć. Obraz, na którym w popołudniowym słońcu zobaczyłem Malinę, jeżdżącą po ścianie białym wałkiem ze skupieniem twarzy, zapadł mi w pamięć. Uznałem, że jestem naprawdę szczęśliwy.

                   Dopiero jakieś dwa tygodnie po przeprowadzce dowiedziałem się, że głównym motywem był zakup nowego mieszkania przez Elwirę. Malina musiała się po prostu gdzieś podziać. Nie uznałem wtedy, że było w tym coś złego. Czasami życie wymusza na nas podejmowanie decyzji, które pozwalają nam robić krok na przód.

                   Nie miałem pojęcia, jak szedł cały ten interes Maliny, ale było kilka symptomów, które wskazywały, że chyba dobrze. Dziewczyna zamawiała całe kartony przeróżnych, niemal jednorazowych ubrań z Chin.

                   – Rybko, nie martw się, są bardzo tanie – tłumaczyła.

                   – A co z ekologią? Ponoć fast fashion to rak.

                   – Nie rozśmieszaj mnie.

                   Poza tym w naszej sypialni stała cała aparatura –  stojak, kamera, pierścieniowa lampa z szerokim zakresem barw. Znalazłem też erotyczne gadżety, które zupełnie mnie nie ciekawiły. Dotarło jednak do mnie, że całe te sesje muszą odbywać się właśnie w naszej sypialni, w naszym łóżku.

                   – Rybko, daj spokój, przecież to oczywiste – rzuciła, jakbym zapytał o coś naprawdę głupiego.

Poza tym Malina niemal na okrągło gapiła się w swój telefon – niedawno sprawiliśmy jej flagowy model topowej marki, z aparatem mającym te różne ważne funkcje. Tłumaczyła, że musi być na bieżąco. Wiedziałem też, że prowadzi te swoje profile, ale nie miałem pojęcia, jaka była tego skala. W pewnym sensie bałem się tej wiedzy i dlatego postanowiłem na nic nie zaglądać. Miałem ochotę, jasne, ale jeszcze silniejszą wolę.

                   Któregoś dnia wróciłem wcześniej i zapomniałem ją o tym uprzedzić. Wszedłem do mieszkania, kiedy ona była w trakcie swojej sesji. Przez uchylone drzwi dojrzałem akt samorozkoszy, zarezerwowany nie dla mnie, a dla tych, którzy mieli ochotę zapłacić. Poczułem ukłucie żalu, chciałem się wycofać, ale ona jakoś mnie zauważyła. Poszedłem do łazienki i wziąłem prysznic. Ukryłem się. Kilka chwil później stanęła w drzwiach w samych tylko pończochach. Makijaż, który miała na twarzy był wyzywający, rozmazany. Usta powiększyła purpurą.

                   – Podobam ci się taka? – zapytała.

Spojrzałem na jej nagie piersi, wklęsły brzuch, wygolony wzgórek. Odparłem, że tak. Zaśmiała się wtedy i także weszła pod prysznic. Czułem jednak pewnego rodzaju niesmak.

                   W czerwcu zrobiliśmy sobie krótki wypad nad polskie morze. Malina wykupiła nam pięciodniowy pobyt w jednym z najdroższych hoteli w Międzyzdrojach. Nie zapytałem, skąd ma na to pieniądze, bo już od dłuższego czasu przestała narzekać na ich brak. Powiem szczerze, że nigdy nie myślałem o takich luksusach, wydawały mi się totalnie zbędne. Przez wszystkie te dni, chociaż zadowolony, czułem się trochę nieswojo. Malina wydawała się skupiać głównie na materiałach do sieci –  wybierała drogie restauracje, modne miejsca i odpowiednie kadry. Musiałem robić jej zdjęcia w skąpym bikini od Gucciego. Nie podobało mi się to, ale nic nie mówiłem. Nie odezwałem się nawet wtedy, kiedy bardzo ubodły mnie jej słowa na temat naszego auta. Podczas jazdy Malina powiedziała:

                   – Rybko, musimy wymienić tego grata na coś nowszego.

                   Sama nie posiadała prawa jazdy.

                   – Dlaczego? – zapytałem.

                   – Bo jest stary i źle wygląda.

                   – Ale ja lubię to auto.

Co prawda moje volvo było już wiekowe i zaczynało miejscami korodować, ale nie stać mnie było na nowy samochód, nie na tym etapie życia. Kiedy byliśmy już blisko hotelu, Malina kazała mi zaparkować na płatnym parkingu, jakieś dwieście metrów od hotelu. Zrozumiałem, że wstydzi się podjechać bliżej takim kiepskim samochodem. Musiałem tachać dwie walizki naszych ubrań, w pełnym słońcu. Walizki oczywiście też były markowe, kupione specjalnie na wyjazd. W środku znajdowały się najdroższe ciuchy, jakie miała – mnie też kupiła trochę takich rzeczy.

                   – Bardzo ci w nich ładnie, rybko – zapewniała.

                   – Wcale ich nie potrzebuję.

                   – Ale ja potrzebuję, żebyś wyglądał ładnie.

                   Kiedy wróciliśmy, z ulgą powitałem próg naszych wynajmowanych czterech ścian. Malina jednak wydawała się niespokojna. Coś zdecydowanie ją gryzło.

                   Dopiero po dwóch tygodniach postanowiła się przede mną otworzyć. Ale nasza rozmowa nie przebiegła zbyt dobrze. Nie wiedziałem też, czy poszła po jej myśli, bo choć były łzy i krzyki, wydawało mi się, że właśnie na to liczyła. Grała w coś, na coś. Być może chodziło jej o to, aby między nami w końcu wszystko umarło. Już od jakiegoś czasu wydawało mi się, że stanowię dla niej balast.

                   Zaczęła od tłumaczenia mi swoich planów na przyszłość, planów związanych z kreacją swojej postaci w sieci. Wszystko opierała na argumencie pieniądza. Pokazała mi swoje dwa konta, przelewy, wszystko. Wychodziło na to, że zaczęła zarabiać niczym prawnik albo lekarz. Potem zapewniała mnie o tym, ile dla niej znaczę. Mówiła dużo o naszej miłości, przedstawiała mgliste wizje wspólnego życia, budowy domu pod miastem, wiecznych podróży i finalnie gromadki dzieci. Wspomniała też o wymarzonym ślubie. Wszystko, co mówiła, było jednak tylko fasadą, próbą zmiękczenia mojego serca. Tak  naprawdę chodziło o coś, na co nie mogłem się po prostu zgodzić. Oświadczyła mi, że pewien bogaty mężczyzna z Warszawy zaproponował jej wyjazd do Hiszpanii na kilka dni. Bardzo mu się spodobała i chciał zapłacić ogromne pieniądze za to, aby tam z nim pojechała. Miała być to szansa na jej rozwój. Tłumaczyła, że poza nią ma jechać jeszcze kilka innych dziewczyn, w tym również Elwira. Zarzekała się, że chodzi tylko o biznes.

                   Długo siedziałem w ciszy, patrząc na nią. Zrozumiałem nagle, że owy blask w jej bursztynowych oczach, który kiedyś dostrzegłem i który tak mnie omotał, przygasł. Pewnie przygasł już dawno temu, ale fakt ten umknął mi albo nie chciałem go dostrzec.

                   – Nie – powiedziałem tylko. – Nie zgadzam się na żaden wyjazd.

                   – Rybko, przecież od samego początku wiedziałeś, co robię, wiedziałeś, że jest to dla mnie ważne. Jesteśmy razem od roku, a ty się nagle obudziłeś? Na co liczyłeś, co? Że mnie zmienisz?

                   – Pewnie tak.

                   Krzyczała. Padło wiele nieprzyjemnych słów pod moim adresem. Wyciągnęła wiele spraw, które ponoć ją bolały. Ja niczego więcej nie powiedziałem, słuchałem tylko z kamienną twarzą, nie dałem po sobie niczego poznać. Czułem się jednak kruchy i pusty jak gliniane naczynie. Rozbity.

                   – Jadę do Elwiry, możesz na mnie nie czekać – zakończyła po czym zabrała trochę rzeczy i wyszła z mieszkania.

Tej nocy zostałem sam.

Wieczorem się upiłem i po raz pierwszy postanowiłem zobaczyć, czym dokładnie zajmuje się w sieci Malina. Być może oszczędziłbym sobie tego wszystkiego, gdybym znacznie wcześniej przejrzał na oczy. Ściągnąłem w końcu z gardła zimne palce trupa, które do tej pory zaciskały się niczym irracjonalny strach. Nie było trudno ją znaleźć, posiadała już naprawdę duże zasięgi. Wykupiłem nawet dostęp do jednej ze stron, aby mieć wgląd do ekskluzywnych materiałów. Na jednym, jedynym filmie wytrzymałem mniej niż minutę. Potem wyłączyłem to wszystko i długo siedziałem w totalnych ciemnościach, w ciszy przygniatającej smutkiem. Właściwie nie wiedziałem, co czuję. Było tego zbyt wiele.

                   Na drugi dzień po prostu się rozstaliśmy. Pojawiła się koło południa. Nie było już nawet udawanych łez, nie było płomiennych słów, aktów rejtanizmu. Przestała nazywać mnie rybką. Chłód gnieżdżący się między tymi ścianami przenikał mnie do szpiku.

                   – Wiesz, wydaje mi się, że nie byliśmy sobie pisani – wyjaśniła. – Ja potrzebuje kogoś, kto będzie mnie wspierał, rozumiał, doradzał. A ty… Po  prostu chcemy od życia czegoś zupełnie innego.

                   – Powiedz mi, czego ty chcesz, Malina? Czego tak naprawdę oczekujesz?

Zamiast mi odpowiedzieć, stwierdziła, że powinienem być wdzięczny za czas, który ze mną spędziła.

                   – Nawet nie wiesz, ile wiadomości dostaję codziennie od mężczyzn, którzy zrobiliby wszystko, aby ze mną być – powiedziała wyniośle. – Mogłabym przebierać, codziennie mieć kogoś innego. Jestem wyjątkowa, ale ty nigdy tego nie doceniałeś. Sam przyznaj, że nigdy na mnie nie zasługiwałeś. Że trafiło ci się jak ślepej kurze.

                   – Jasne, nie zasługiwałem na ciebie – rzuciłem zobojętniały.

                   Nie chciałem dłużej tam być, przebywać w jej obecności. Spakowałem się i życzyłem powodzenia w tym, cokolwiek będzie robiła. Ona nie życzyła mi niczego, wpatrywała się tylko martwo w ścianę. Wychodząc, miałem ochotę objąć ją po raz ostatni, na pożegnanie. Wiedziałem jednak, że nie miało by to sensu. Wyszedłem i nigdy więcej już ze sobą nie rozmawialiśmy.

                   Wróciłem do akademika, udało mi się nawet odzyskać swój dawny pokój. Zostały mi jeszcze dwa lata studiów. W pracy byli ze mnie zadowoleni, twierdzili nawet, że powinienem pomyśleć o założeniu własnej działalności w tej branży. Traktowałem tych ludzi z szacunkiem, trochę nawet jak przyjaciół, ale nie powiedziałem o sytuacji z Maliną.    Rodzice natomiast przyjęli moje rozstanie obojętnie, matka powiedziała nawet:

                   – Od razu wiedziałam, że to nie jest kobieta dla ciebie.

                   – To czemu wcześniej twierdziłaś inaczej?

                   – Jesteś moim synem, nie chciałam cię ranić.

 

                   Tylko raz widziałem Malinę na mieście, jakieś dwa miesiące później. W galerii handlowej. Ona mnie nie zobaczyła, a może udawała, że nie widzi. Zrobiła sobie operację nosa, o którym tyle mówiła. Była w towarzystwie jakiegoś wysokiego, dobrze zbudowanego faceta. Wyglądał na takiego przy kasie, miał gdzieś pod czterdziestkę. Później, znacznie później, dowiedziałem się przypadkiem, że wyjechała do Warszawy robić karierę. Życzyłem jej oczywiście jak najlepiej.

                   Teraz, rok później, poznałem inną dziewczynę, nawet podobną do Maliny. Tym razem jednak nie w bibliotece. Właściwie staram się tam nie chodzić, nawet jeśli muszę.

Ma na imię Nina i studiuje weterynarię. Tego wieczora dopiero po raz drugi ją gdzieś zabieram, właściwie wybrałem jakiś film w kinie, a później się zobaczy. Nie wiem o niej jeszcze zbyt wiele. Wydaje się być miła i ułożona, empatyczna. Chciałaby uratować wszystkie bezdomne koty i psy. Kiedy mówi, jej usta poruszają się jakoś tak przyjemnie. Niczego sobie rzecz jasna nie wyobrażam i niczego nie planuję. Wciąż jeszcze myślę o Malinie i o tym, co było. Wciąż czuję, jakby mi coś odebrano.

Przejdź do treści