+48 736-84-84-44

Drugi koniec

Lubię wybierać – jeśli oczywiście mam taką możliwość – ostatnie wagony w pociągu. Najważniejsze dzieje się z przodu, cały ów (wcale nie daremny) sprzęg i usił. A ja potrzebuję dystansu, optymalnego punktu obserwacyjnego. Siedząc na końcu składu, dobrze wszak widać lokomotywę, gdy oczywiście pociąg jest wystarczająco długi, tak że na zakrętach dostrzec można całą tę kolejową pielgrzymkę, niestrudzenie zmierzającą do swojej Mekki w postaci końcowej destynacji – krańcowej stacji, położonej na drugim końcu kraju.

– Ruszam w górę mapy – oświadczyłem uroczyście moim znajomym, siedząc już w bezprzedziałowym Intercity.

Odpowiedź na pytanie, co mnie tak przyciąga, co tak nęci zmysły, że wracam ciągle w te rejony, podążam –  jak by to ujęła propaganda komunistyczna – szlakiem Krzywoustego czy innych Piastów, nigdy nie jest oczywista. Tym razem próbuję zapełnić swoją wewnętrzną, międzykomórkową pustkę bezkresem popegeerowskich budynków, poniemieckich kamienic, przydworcowych murowanych wież ciśnień, starych przytorowych hydrantów… Próbuję odtwarzać sobie te sceny z historii – najpierw – to była jeszcze Republika Weimarska – i Niemcy próbowali wznieść pas obronnych fortyfikacji na terenie Pommern, czyli obecnie mniej więcej Pomorza Zachodniego. Zaczęło się snucie planów, analiza uwarunkowań topograficznych i cały ten znój, a potem – przyszedł w końcu 1933 rok. I wtedy z defensywy postanowiono przejść w ofensywę. Opowiedziane to bez głębi, ale tylko na tyle jestem w stanie sobie to ukonstytuować w umyśle, gdy czytam o minionym. Co innego, gdy widzi się efekty tych militarnych poczynań. Bo władze Rzeszy wybrały sobie w latach 30. Pojezierze Pomorskie, by tam wznieść swoją bazę wojskową. Niedostępna, w pobliżu niby-stepu i dziś nie jest łatwą do osiągnięcia. Najpierw pociąg do Szczecinka, potem bus Ewangelickiego Związku Braterskiego zmierzający do celu, któremu na imię Gross Born, Борне-Сулиново lub też – Borne Sulinowo.

Ów truizm, że nazizm i komunizm zbytnio się od siebie nie różnią, wydawał się najdobitniej wybrzmiewać właśnie tam, niczym echo spomiędzy ruin, skrzywionych sylwetek betonowo-marmurowych konstrukcji. Dom Oficera, położony nad Jeziorem Pile, nad którym górowała rzeźba polującej Diany (ta akurat zdołała przetrwać pożar z 2010 roku) najpierw służył za kasyno Wehrmachtowi, potem stacjonowała tam Armia Czerwona. I nagle, gdy tak stałem na popękanych płytach chodnikowych, na ogromnym niby-dziedzińcu, wyobrazić sobie mogłem istotę roku 1938, gdy sam Fuhrer przybył tam podobno z wizytą. To był ten czas, kiedy machina zbrodniczego systemu działała już w zatrważającym tempie, a w Europie zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki nadchodzącego konfliktu. Choć jeszcze w sierpniu, kiedy to Wódz nazistów przybył do Bornego, w czasie między anschlussem Austrii a konferencją monachijską, można się było łudzić, że świat uniknie pożogi. Na razie jednak nikt nie słuchał żadnej Kasandry, a zmysły wojskowych mąciły przepych, galanteria, kontredanse na zdobionych, błyszczących parkietach Domu Oficera i mistrz retoryki, przemawiający tam, gdzie dziś znajdują się li tylko gruz oraz chwasty. Może była tam gdzieś jakaś loża, balkon – tam, gdzie widzę te zwisające strzępki betonowych okruchów, zawieszone na nitce stalowych mocowań, powoli spływające w dół, rozciągając mocowanie do granic możliwości, tak że wydaje się, iż cała zbrojeniowa konstrukcja zaraz się rozpadnie, tym razem nie z udziałem flory ani fauny, lecz wiatrów smagających nadjeziorny brzeg Gross Born. Spoglądam w górę na zwęglone rusztowania u sufitu i słyszę, jakby powtarzane wraz z podmuchami frazy: Ein Volk, Ein Reich, Ein Fuhrer, potem widzę, jak gałęzie drzew falują w inną stronę. I nagle przed oczyma ukazują się nowe malowidła, ktoś coś mówi o rewolucji proletariatu, są gieorgiejewki, krasiwje dziewuszki… Aż w końcu żywioł ustaje. Zostaje tylko śpiew ptaków i bulgocące wody na brzegu jeziora. Wszak nad Pilem, lokalnym jeziorem, dało się słyszeć symfonię ptaków. Co jakiś czas zdarzały się nieopodal, wyremontowane budynki, spółdzielnie mieszkaniowe ukryte w zieleni rosnących na bielicowych glebach: sosen, świerków i jodeł. Jednak roślinność zdawała się wciąż górować nad betonem, próbując odzyskać co swoje, odbić terytorium z pomocą zastępów krzewnych i brzozowych, które maszerowały po dachówkach, a których członków-korzeni z upływem dekad przybywało. Tak jakby tamto miasto na zawsze już miało być znaczeniowo związane z wojskowością – najpierw niemiecką, potem sowiecką, a w końcu – roślinną. I owa ostatnia z armii wydaje się tu panoszyć najbardziej i trwać najdłużej, choć i ją może w końcu czekać kres. Wciąż jednak dominują lasy i coś, co przypomina step, niczym na poligonie atomowym w Semipałatyńsku, gdzie spostrzegam ten bezkres, patrząc na stare spichlerze, które jednak bardziej przywodzą na myśl bloki mieszkalne niż koszary wojskowe. Imaginacja podsuwa różne frapujące wytwory: dostrzegam tam w oddali, jak Erwin Rommel i Afrika Korps przedostają się przez nubijskie piaszczyste wzgórza; rolę piasków pustynnych pełnią jednak chabry oraz wysoko rosnące i wszechobecne trawy. I nie wiem, czy to północna Afryka czy Kazachstan, choć GPS wskazuje jasno, iż spaceruję po zachodniopomorskich bezdrożach. Lokalni oczywiście już dawno zobojętnieli na ową erozję, tak jak się przyzwyczaja do straty, efemeryczności naszego otoczenia, rozpływania się obrazów w nicości, a może w próżni, która jednak całkowitą nicością się nie wydaje, bo wciąż działa tam siła ciężkości dnia codziennego; miejscowi po prostu żyją, jak nakazują konwenanse, rozmawiają ze sobą żywiołowo w busie, którym jadą ze Szczecinka, dyskutują o tych samych perturbacjach, które mogliby napotkać osiemset, tysiąc czy dwa tysiące kilometrów stąd. Gdy wracam z Bornego, spotykam chłopaka, nieco młodszego ode mnie, który rozmawia z kimś, kto zdawał się być jego nauczycielką lub sąsiadką.

– I co, Piotrek, jedziesz do cywilizacji? – pyta go.

Ten tylko skwapliwie przytakuje.

A jednak jest w Gross Born, tam na Pojezierzu, jakaś cywilizacja. Cywilizacja przemijania, dopasowywania się do chwili, próby uchwycenia – w tych posępnych niekiedy kadrach prowincji – piękna życia, prozaicznego szczęścia. Kto może wszak przewidzieć, co tu jeszcze nastąpi?

Przejdź do treści