Dawno, dawno temu żył sobie w Nowej Słupi, która leży u podnóża Łysej Góry, pewien chłopak. Nie miał ojca ani matki, a wychowała go gospodyni miejscowego księdza. To ona, w zimny i ciemny poranek trzynastego listopada, znalazła porzuconego na progu plebanii dzieciaka. Niemowlę owinięte było w brudne szmaty i skórę z jakiegoś czarnego, kudłatego zwierzęcia – ni to psa, ni wilka. Niektórzy gadali nawet, że była to czarcia skórka, bo ponoć pachniała siarką i mocno grzała, dlatego dzieciak ani nie zsiniał z zimna, ani nawet nie dostał kataru. Ale kto by tam w takie rzeczy wierzył – żaden czart przecież swojej skóry człowiekowi po dobroci by nie oddał.
Nie wierzyła w te głupoty także służąca na plebanii Agata, ani tym bardziej leciwy ksiądz proboszcz. Zawołali więc organistę i ochrzcili zaraz małego znajdę, nadając mu chrześcijańskie imię Antoni. Mały rzucał się i krzyczał, jakby go obdzierano ze skóry, gdy go kapłan polewał wodą święconą. Organista aż się wzdrygnął i nie chciał znajdy dłużej trzymać na rękach. Agata jednak pomyślała, że biedne dziecko doświadczywszy w nocy okropnego zimna na kamiennych schodach, boi się teraz chłodnej wody i trzeba czasu, aby zapomniało o tym, co przeżyło.
Była samotna, bo męża jej zabili Moskale, a troje dzieci zabrała zaraza już we wczesnym dzieciństwie, zajęła się więc maluchem troskliwie i otoczyła go iście matczyną miłością.
Chłopak miał wilczy apetyt, ale na plebanii mleka, jaj, a nawet mięsa nie brakowało, rósł zatem jak na drożdżach, był zdrowy, silny i śliczny. Włosy miał czarniutkie i kręcone, a oczy bystre, świecące jak dwa węgielki. Agata dogadzała mu we wszystkim, rozpieszczała i nigdy nie karciła.
Chłopczyka lubił też ksiądz proboszcz za śmiałość, ciekawość świata i wyjątkową rezolutność. Mały Antek szybko nauczył się składać litery, śpiewać pobożne pieśni, a nawet służyć do mszy. Wszystko wskazywało na to, że choć smyk był z niego psotny, to z czasem pewnie się ustatkuje i zostanie księdzem. O tym przynajmniej marzyła jego przybrana matka, mając nadzieję na spokojną i dostatnią starość u jego boku.
Ale mały znajda wyrósł na krnąbrnego wyrostka, a potem, gdy już sypnęły mu się pod nosem wąsy, stał się utrapieniem poczciwej Agaty. Do żadnej roboty się nie garnął. W karczmie znany był jako największy zabijaka, który za pannami tylko lata. Napsuł ich co niemiara. Jedne musiały potem szybko za byle jaką pokrakę się wydawać, inne przez niego do rzeki, gdzie najgłębiej, z rozpaczy skakały lub w stawie topiły jakieś zawiniątka. Antek nic sobie z tego nie robił, bo nie potrafił pokochać żadnej dziewczyny. Kamratom od kielicha zwierzał się, że marzy mu się taka, co na miotle lata i zna zioła, które dają szatańską moc w miłości i takie zapamiętanie, że człowiek prawie o śmierć się ociera. Słuchały tych jego wynurzeń podpite chłopy i podśmiewały się na boku. Żaden z nich nie myślał, żeby umierać w objęciach swojej Kaśki czy Mańki. Wystarczyło, że ona jęczała i zapewniała go, że jest w siódmym niebie.
Ksiądz grzmiał z ambony, że w parafii diabeł harcuje i przepowiadał, że Pan Bóg spuści na wiernych wielką karę, jeśli się nie opamiętają. Tymczasem to pod bokiem proboszcza diabeł o roziskrzonych oczach i loczkach, jakie mają aniołki wymalowane na suficie w klasztorze na Świętym Krzyżu, bałamucił panny i co bardziej urodne mężatki, obiecując im niestworzone rzeczy i fundując na jarmarku pięknie haftowane chusty oraz czerwone jak krople krwi korale. Skąd brał na to pieniądze, nie wiadomo. Ludzie jednak zaczęli przebąkiwać, jakoby przystał do bandy zbójów, którzy w jaskini w Łagowie mieli swoją kryjówkę. Może tak było, a może nie. Faktem jest, że coraz rzadziej widywano go za dnia w karczmie lub na Rynku Nowej Słupi. Sypiał w dzień, a nocami podobno wyprawiał się na wierch Łysej Góry, żeby tam wreszcie napotkać tę swoją wymarzoną czarownicę. Tak przynajmniej zapewniał swoich kamratów, którzy chcieli go jak dawniej na tańce i gorzałkę wieczorami wyciągnąć.
Tymczasem coraz częściej zdarzało się, że w okolicznych kościołach ginęły cenne wota z ołtarzy i datki na biednych, które ludzie wrzucali do skarbonek stojących pod figurą świętego Antoniego. Szeptano, że to wszystko sprawka zbójów z Łagowa, a w Nowej Słupi dodawano, że pewnie i wychowanka poczciwej Agaty. Coraz głośniej też ludziska gadali, że ten znajda widocznie jest synem samego czarta i czarownicy, skoro ani chrzest święty, ani miłość przybranej matki nie zdołały zmienić jego piekielnej natury. Agata nie chciała jednak wierzyć w te oskarżenia i zawsze obstawała za nim. Czasem nawet coś tam ukryła i skłamała, żeby odsunąć odeń wszelkie podejrzenia.
I tak to trwało do czasu, aż którejś nocy rabuś włamał się do kościoła w Nowej Słupi i zastał tam pogrążonego w modlitwie księdza proboszcza. Zbój miał zasłoniętą twarz, ale kapłan po sylwetce, głosie i ubraniu rozpoznał w nim wychowanka swojej gospodyni i wykrzyknął jego imię. Przerażony Antek, niewiele myśląc, chwycił stojącą w bocznej nawie gipsową figurę swojego patrona i wyrżnął nią z całej siły w głowę sędziwego księdza. Kawałki gipsu posypały się na kamienną posadzkę, a wśród nich padł także zbroczony krwią proboszcz. Zbójca w pierwszej chwili chciał uciec, lecz w mig się opamiętał. Upewniwszy się, że jego ofiara nie oddycha, z zimną krwią dokończył rabunek. Rozzuchwalony poważył się nawet otworzyć tabernakulum. Wyrzuciwszy bez czci komunikanty, wsadził kielich, patenę i piękną cenną monstrancję do swego brudnego worka. Na koniec jeszcze wpadł do zakrystii, by do łupów dołożyć stojący tam antałek mszalnego wina.
Gdy wrócił do domu, głuchawa Agata smacznie jeszcze spała. Wsunął więc zdobycz pod jej łóżko, będąc pewnym, że jest to najbezpieczniejsze miejsce w całym domu. Nikt bowiem w jej izbie nie będzie szukał skradzionych w kościele przedmiotów, a coraz bardziej niedołężna staruszka, nie schylała się już tak, żeby mogła dostrzec jakieś bure zawiniątko pod zwisającym nisko siennikiem. Przeliczył się jednak niecnota, gdyż pobożna Agata ledwie otworzyła oczy, wzięła do rąk różaniec i zaczęła odmawiać swoje poranne pacierze. Jak zwykle najbardziej gorąco modliła się o poprawę życia i szczęście swojego Antosia. Gdy jednak wyszeptała jego imię, różaniec nagle wypadł jej ze spracowanych, koślawych palców i wpadł pod łóżko.
Bardzo źle się czuła, lecz nie chciała wołać i budzić chłopaka, który w jej mniemaniu spędził noc na hulankach z pannami. Miała dla jego młodego wieku wiele wyrozumiałości. Spuściła więc zdrętwiałe nogi z siennika, a potem, padłszy na glinianą polepę, jęła swoim sękatym kijem wygarniać wszystko, co było pod łóżkiem. Zanim jednak trafiła na różaniec, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, wyciągnęła spory tłumoczek, z którego z brzękiem wyleciały drobne monety, a potem także bransolety, sznury perełek i prawdziwych korali, które co niedziela widywała w swoim kościele pod obrazem Matki Boskiej. Na koniec z brudnej szmaty wydobyła przepięknie błyszczącą, misternie wyrobioną w złocie i srebrze monstrancję oraz naczynia liturgiczne.
– O ja nieszczęsna! – krzyknęła z wielkiej rozpaczy. – Jakże to się stało, że wychowałam takiego zbója?! Zaprawdę musi to być czarcie szczenię! Niech go zatem Lucyfer zabierze do siebie, bo ja już nie mam sił, żeby go zmienić – załkała żałośnie i nagle pociemniało jej w oczach, a potem zabrakło tchu. Zdążyła jeszcze westchnąć do Michała Archanioła, który opiekuje się umierającymi i oddała ducha Panu.
Niektórzy mówili, że to niemożliwe, aby dobra Agata w swej ostatniej godzinie wykrzykiwała diabelskie imię, ale piegowata Rózia, która ją odwiedzała w chorobie, strawę przynosiła i poprawiała poduszki, zaklinała się na wszystko, że takie właśnie słowa słyszała, gdy rankiem stała pod oknem Agacinej izdebki i chciała dostać się do chałupy. Drzwi były jednak zawarte od środka na zasuwę, więc nie mogła zapytać chorej ani o samopoczucie, ani o powód tak wielkiego wzburzenia. A kiedy w południe przyszła ponownie z obiadem, Agata leżała już nieżywa na swoim łóżku. Dolną szczękę miała podwiązaną chustką i powieki przyciśnięte miedziakami, a u jej wezgłowia paliła się gromnica. Wokół klęczało kilka sąsiadek i odmawiało pacierze, żeby Agata nie zbłądziła w drodze do Nieba i żeby święty Piotr szedł już z kluczami otworzyć jej bramę.
Wśród modlących znajdował się również Antek, ale nie wydawał się on Rózi zbytnio poruszony śmiercią przybranej matki. Owszem, wzdychał i zawodził bardzo głośno, lecz oczy miał suche i strzelał nimi niespokojnie na wszystkie strony.
Baby bowiem pomiędzy modlitwami przekazywały sobie szeptem wieść, jaka straszna rzecz miała miejsce tej nocy w ich kościele. Nie mogły się nadziwić, cóż to za traf, że w tym samym czasie śmierć zabrała starego proboszcza i jego gospodynię. Antek, udając, że dopiero dotarła do niego wieść o rabunku i zabiciu księdza, zaczął nagle z płaczem opowiadać kobietom, jak wyglądały ostatnie chwile życia Agaty.
– Spałem sobie umęczony po robocie przy sianie, aż tu nagle obudził mnie krzyk matuli: Antośku, ksiądz wzywają na pomoc! Leć, ratuj kościół, bo zbóje przyszli i rabują – mówił, naśladując trzęsący się głos Agaty i mocno przy tym gestykulując.
– Pomyślałem, że majaczy z gorączki. Matula ledwie stała na nogach i za serce się trzymała, nie mogłem zostawić jej samej. Tłumaczyłem, że to tylko zły sen, naparzyłem ziółek, zrobiłem kompres. Skąd mogłem wiedzieć, że ta święta kobieta ma jasnowidzenie. Ziółka zadziałały i usnęła, a ja czuwałem przy niej aż do świtu. Potem zdrzemnęło mi się i wtedy ona cichutko pomarła.
Gdybym to ja wiedział, że tam ksiądz i kościół są w potrzebie, to przecie bym poleciał bronić. I ludzi bym skrzyknął – przekonywał.
Ksiądz i Agata zostali pochowani tego samego dnia, tyle że każde w inny sposób. Proboszcza pożegnało w kościele wielu księży z sąsiednich parafii i nawet sam prałat przyjechał. A potem trumnę okrytą kirem i całą w kwiatach złożono na furmankę, aby powieźć do Rakowa, skąd pochodził zmarły. Agatę zaś w lichej trumience ponieśli sąsiedzi i zakopali obok jej męża i dzieci, już jakby za cmentarzem, na wzgórzu, skąd roztaczał się piękny widok na okolicę, a zwłaszcza na Łysą Górę, której szczyt tego dnia tonął w kłębach wełnistych mgieł.
Na niedzielę do parafii w Nowej Słupi zjechał już nowy duszpasterz, młodszy i jakby mniej w dobroć ludzkiej natury wierzący. A wcześniej jeszcze przybyli policmajstrzy, żeby rozpytać ludzi o tę fatalną noc. Nikt nic konkretnego nie potrafił powiedzieć, choć wielu wskazywało wychowanka księżej gospodyni, jako najbardziej podejrzanego z całej wsi. Antek czuł, że grunt mu się pali pod nogami, więc postanowił cichcem opuścić Nową Słupię i udać się do Krakowa, albo i dalej, gdzie nikt o nic nie będzie go pytał i gdzie łatwiej będzie spieniężyć kościelne precjoza. Wyszedł z chałupy wieczorową porą i nie udał się na gościniec, lecz w stronę lasu. Miał bowiem plan, by leśnymi drogami podejść jak najbliżej Kielc, gdzie go już mało kto mógł rozpoznać, a dalej to już, jak się tam uda: trochę pieszo, a trochę może przygodnymi furmankami.
Wszedł na Drogę Królewską, na której, jak mu się zdawało, znał każdy kamień, nie bał się więc, że mógłby zabłądzić lub napotkać jakąś niespodziewaną przeszkodę. Gdy tak szedł, rozmyślając o swoim przyszłym wygodnym, bogatym życiu w dużym mieście, usłyszał nagle dzwon klasztorny ze Świętego Krzyża i pomyślał sobie, że tam to dopiero muszą być bogate wota i skarbony pełne pieniędzy pozostawianych przez licznych pielgrzymów przybywających do tego sławnego miejsca od wieków. Zaraz też jakieś licho podszepnęło mu, że niezbyt odległy klasztor Świętej Katarzyny także ma niemałe bogactwa, a mniszki zapewne łatwo będzie ograbić. I zaraz zaczął knuć, jak to przebierze się za żebraka i będzie udawał paralityka, by bez podejrzeń móc usiąść w przedsionku świątyni, poobserwować najpierw klasztorne zwyczaje i w szczegółach zaplanować kolejny swój rozbój.
Szedł tak zajęty swoimi niecnymi zamysłami, że nie zauważył nawet, kiedy zboczył z głównej drogi i poszedł wijącą się stromo pod górę ścieżką. Gęsta mgła zasnuła bowiem szczyt Łysej Góry. Wyszedł spod osłony wysokich, rozłożystych jodeł i znalazł się na gołoborzu, usypanym ze skalnych odłamów, jakimi przed wiekami diabły rzucały w kościół, by go zniszczyć. Wlazł na jeden z wysokich głazów i jął oczy wytężać, gdzie mu teraz trzeba iść. Spostrzegł w pobliżu coś na kształt łuny świetlistej. Pewnie to światła klasztorne rozmyły się w tej mgle – pomyślał i ostrożnie udał się w tamtą stronę.
Kiedy znalazł się bliżej, zobaczył, że to płonące na polanie ognisko, wokół którego uwijały się jakieś gibkie i zwinne postacie. Skradając się, podszedł do nich i o mało nie krzyknął z radości. Słyszał bowiem piękny, choć nieco dziki, śpiew i zobaczył kilka cudownie zgrabnych, półnagich kobiet, które tańczyły, wyginając w jakimś niezwykłym zapamiętaniu swoje wspaniałe ciała. Nad ogniskiem wisiał kocioł, z którego uchodziła aromatyczna para, a zapach ten był wprost oszałamiający. Kiedy doleciał do nozdrzy Antka, chłopak natychmiast poczuł jego działanie. Wstąpiła weń wielka moc i odwaga. Choć w blasku ogniska zauważył szereg opartych o drzewa ogromnych, rozczapierzonych mioteł i w mig zrozumiał, że właśnie trafił na sabat czarownic, to nie uląkł się ani trochę. Przeciwnie, opanowała go przemożna chęć włączenia się w tę dziką zabawę i zakosztowania rozpusty z czarownicami.
Skoczył więc z jakąś zwierzęcą zwinnością pomiędzy czarownice, zawył jak wilk, błysnął oczyma i białymi zębami w uśmiechu, a potem zaczął z nimi hulać, obłapiając to tę, to znów inną, a każdej szepcząc lubieżne słówka. Wiedźmy, choć zrazu zaskoczone nieco, wkrótce zaczęły okazywać mu swoją przychylność. Wabiły go i jakby nawet rywalizowały o jego względy. Ocierały się o niego jak marcujące kotki, potrząsały wydatnymi piersiami, przybierały nieprzyzwoite pozy. A kiedy podniecony Antek chciał je wszystkie przygarnąć do siebie, odskakiwały ze śmiechem. Próbował więc pochwycić choćby jedną z nich, ale były nasmarowane czymś tak śliskim, że, niczym węgorze, wyślizgiwały mu się z rąk i podążały za resztą.
Doprowadzony do ostateczności młodzieniec stanął wreszcie tuż obok dogasającego już ogniska i zdjętego z ognia kociołka, po czym zawołał:
– Jeśli teraz któraś z was legnie ze mną i odda mi się tak, jak to robi z samym Lucyferem, to dam jej wielki skarb, który mam w tym mieszku – mówiąc to potrząsnął workiem, z którego rozległ się ni to brzęk, ni to jęk. Na to z kręgu pięknych czarownic wystąpiła najpiękniejsza z nich i rzekła z uwodzicielskim uśmiechem:
– Zabawię się z tobą, bo mi się podobasz, a skarbów żadnych nie chcę, gdyż wszystko, czego zapragnę, daje mi sam Lucyfer. Jestem jego najulubieńszą nałożnicą, bo żadna inna nie potrafi tak doskonale spełniać jego zachcianek. Nie mogę jednak obcować z tobą, dopóki nie zanurzysz się w tym naparze, który zetrze z ciebie ludzki zapach. Lucyfer bowiem wyczuwszy zdradę, zabiłby nas oboje. Wskocz zatem do kociołka i zanurz się po czubek głowy.
Antek, zawsze cwany, przezorny i chłodny wobec wszystkich niewiast, teraz był w tak wielkiej desperacji, że, niewiele myśląc, wskoczył do nawarzonego przez czarownice ukropu. Jak szybko wpadł do gara, tak szybko z niego wyskoczył. Zaczął latać jak w obłędzie w te i we te po polanie, krzycząc, wyjąc i jęcząc nieludzkim głosem, a czarownice śmiały się zeń szyderczo. Gładka skóra młodzieńca ze śniadej stała się krwawoczerwona, powstawały na niej białe pęcherze, które pękały, a w miejscach tych otwierały się broczące krwią i surowicą rany. Chłopak cierpiał straszliwie. Nie było na nim jednego zdrowego miejsca, a mimo to nie padł na ziemię zemdlony. W szale bólu i wściekłości pochwycił swój mieszek z monstrancją i wrzucił go w żar ogniska. Ogień buchnął pod same niebiosa i, spaliwszy brudną tkaninę, odsłonił żeglującą po granatowym niebie monstrancję i pozostałe naczynia. Gdzie poleciały nie wiadomo, może do jakiegoś kościółka w miejscowości, gdzie ludzie żyją ubogo, lecz po bożemu.
A Antoni nie umarł, bo jako czarci syn nie może zaznać śmierci, ale jako ludzkie dziecię czuje ból. Nie pokazuje się ludziom, bo wygląda strasznie, a nikt nigdy nie zdoła go już wyleczyć. Do dziś włóczy się gdzieś po Puszczy Jodłowej. Przygarnęły go zwierzęta, od nich nauczył się, co jeść i jak przetrwać w lesie. One liżą mu rany, co powoduje, że robią się strupy i rozpoczyna się gojenie. Wtedy jednak Antek odczuwa okropne swędzenie i zaczyna czochrać się o pnie drzew, powodując nowe rany i cierpienie zaczyna się od nowa.
Jeśli czasem, będąc w lesie w okolicy Świętego Krzyża, usłyszycie jęki lub zobaczycie ni to zwierzę, ni człowieka, szorującego swą parszywą skórą o korę drzew – przeżegnawszy się, uciekajcie szybko, bo to oszukany przez czarownice syn samego diabła.