Basia szła dość szybko, ale chciałaby jeszcze szybciej, tak, żeby ta straszna droga już się skończyła. Mrok na dobre przytwierdził się do grubych pni drzew i czaił się za krzewami, którymi gęsto utkane było poszycie lasu. Skąd one się tu wzięły? Przecież tak niedawno sosny rosły daleko od siebie, a teraz nieprzyzwoicie oplatają się ramionami – w dodatku z natrętnymi brzozami, których tu wcale nie było.
O mamo, dlaczego musiałaś mnie wezwać właśnie teraz? Co się takiego stało, że ja muszę po nocy iść przez ten koszmarny las – myślała rozgoryczona. Raz po raz potykała się o wystające korzenie i przerażał ją odgłos rozgniatanych szyszek, którymi obficie zasypana była leśna ścieżka. Wtuliła głowę w kołnierz, skurczyła się, jakby jej ciało próbowało znaleźć wyjście z tej sytuacji, tworząc mniejszą powierzchnię do zauważenia dla czających się zewsząd oczu, które jej wyobraźnia czuła na każdym centymetrze ciała. Ba, nawet jej włosy, które tak starannie zakręciła, wyprostowały się, może od wilgoci, a może zdrętwiały ze strachu.
O mamo, czemu nie wyprowadziłaś się do miasta, czemu dalej mieszkasz w tej wsi, która jest na końcu świata?- zadawała retoryczne pytania, szukając winnego sytuacji, w jakiej się znalazła. Basia od wielu lat mieszkała w wymarzonym mieście, miała mieszkanie, ciekawą pracę, dawno nie była tu na wsi, czasem tylko mama do niej dzwoniła. A teraz, nie wiedzieć czemu, musiała wziąć aż dwa dni urlopu.
Było jej zimno w głowę, ale bała się założyć kaptur, bo w nim gorzej się słyszy, a chciała wytężyć słuch do granic możliwości, a nawet niemożliwości. Strach, który odczuwała, był tak lepki, że stworzył w gardle gulę, którą musiała co rusz przełykać, choć bez większego skutku.
Nagle stanęła jak wryta. Musi się stać niewidzialna, rozpłynąć, nie może poruszyć nawet koniuszkiem palca. Myśli pokryły się gęsią skórką. To coś nie może jej zauważyć, a wyraźnie usłyszała łamanie gałązek, szelest liści i odgłos kroków – ale nie wiedziała, czy ludzkich, czy zwierzęcych. Zdała sobie sprawę, że nie jest aż tak ciemno, żeby pozostała niezauważona – tym bardziej, że drzewa niebezpiecznie się jakoś porozsuwały od siebie. Wydała przytłumiony okrzyk, gdy nagle na ścieżce przecinającej drogę stanął rosły mężczyzna.
– Proszę się nie bać, bardzo proszę, ja mieszkam w tej wiosce, której zabudowania są tuż za zakrętem, a pani dokąd idzie?
Szczękając wciąż jeszcze zębami i z duszą, która okrakiem siedziała na jej ramieniu, wyszeptała: do pani Grzelakowej, do mamy.
– O, Basiu, nie poznałem. Nie widziałem cię tyle lat. Ale już był czas, żebyś przyjechała – najwyższy czas.
– Wiesz może, czy nie jest chora?- zapytała, domyślając się w nim sąsiada i zarazem szkolnego kolegi.
– Zaraz sama zobaczysz – odpowiedział krótko – i kolejne paręset metrów pokonali już prawie w milczeniu. Dom mamy, a właściwie stara pochylna chatka, był pierwszy od lasu. Basia już z daleka widziała smugi światła przesączające się przez suche liście, światła zapewne od żarówki zamontowanej na ganku. Kiedy podeszli bliżej, sąsiad dyskretnie się oddalił. Gdy Basia weszła w krąg jasnego światła, dostrzegła ją mama, a ona mamę. Starsza pani stała na ganku, nie wiadomo jak długo, bez płaszcza, a nawet bez chustki na głowie, w jakichś dwóch nałożonych na siebie, znoszonych, dziurawych swetrach. Zaczęła radośnie podskakiwać, klaskać w dłonie i wesoło, choć niewyraźnie, wykrzykiwać: – Basiu, Basieńko, jak dobrze, że już wróciłaś ze szkoły, mamusia ugotowała obiad, już pewnie wszystko wystygło, tak długo czekałam.
Basia bezradnie usiadła na ławce w ganku. Próg, który miała teraz przekroczyć, nie był tylko progiem domu; zdawał się być przeszkodą nie do pokonania.