Następnie znajduję dane, dokumenty, w których wpisano pięć kocich imion wraz z ich zdjęciami, a także cechami artystycznymi: rudy Rimbaud, fioletowy Verlaine, biały Baudelaire, Musset w barwie mango i wreszcie amarantowy Apollinaire.
Koty rozmawiają ze sobą co noc.
Bardzo lubię te kocie pogaduszki.
Apollinaire patrzy bezdennie w przestrzeń.
Jeśli coś idzie nie tak, patrzy tylko zdumionymi oczami. Jego oczy pełne są smutnych gwiazd. W piasku są martwe ryby i kamienie, które Apollinaire zakopuje w sobie tylko znanym celu. Rysuje pazurami na piasku kocie kaligramy: Różę Wiatrów, Kocią Kołyskę, klepsydrę. Jego wąsy są zazwyczaj nastroszone.
Uśmiecha się. Od ucha do ucha śledzia. Śledzie są ambrozją Apollinera.
Apollinaire jest kochliwym kotem i zawsze spada na cztery łapy. Ma poza tym dziewięć żyć i niezliczoną ilość kocich kochanek. Co prawda, żadna z nich nie chce go na stałe, ale Apollinaire ceni sobie regułę, że Życie jest zmienne jak Euryp.
Mruga do mnie. Mruczy.
Tak jest zawsze. Światło pali się wszędzie. A te przeklęte koty tarmoszą porwany Tezeuszowi kłębek wełny przez cały, rozedrgany nicością Labirynt. Rosencrantz i Guildenstern w kocich pyskach.
Egzemplarze ,,Cats” i ,,Kotów” Eliota. I Witkacy, ten boski idiota. Półczłowiek – Półkot.
Potem poszłam do jego pokoju i nawet nie zauważyłam, że za mną wszedł Baudelaire.
Jakie by to było dobroczynne wino!
Witkacy, jego pięć kotów i ja.
Można patrzeć na drogę pod dwojakim kątem widzenia. Punkt widzenia zależy od miejsca śledzenia, a ja pamiętam, że Witkacy żuł wtedy ziarna gorczycy. Koty, perfekcyjnie rozłożone we wszystkich możliwych miejscach, wyglądały jak antyczne monstra.
Taką lampą jest nasza jaźń. Wydaje mi się, że koty idą gęsiego w kierunku kaganka, a może krużganka. Krucyfiks spada ze ściany. Koty odnoszą rany. Liżą swoje pokraczne łapki, patrząc na miskę pełną mleczka.
Przyszłość znają bogowie, koty kręcą się w kółko. Witkacy wyjmuje z puszki tuńczyka i dzieli jego kawałki między kolejne kocie pyski. Pięć pysków połyka wszystko.
Fundament wczesnej prozy pisarza jest jawnie naturalistyczny, więc między tomem Zoli a puszką tuńczyka, Witkacy komponuje w głowie i przenosi na papier swą pierwszą powieść ,,622 upadki Bunga”.
Wydarzenia w Wołczynie, runięcie Murów Jerycha, śmierć ukochanej matki – wszystkie te piętna, głęboko odcisnęły się na psychice Witkacego, co miałam okazję odczuwać na własnej skórze. Atmosfera napięcia prężyła się tak często, jak kocie grzbiety.
Niebo i ziemia, nie przesadzam, niebo i ziemia, widoczne jak na dłoni, runęły na łeb, na szyję, i nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami. Zemdlałam. Kiedy się obudziłam, Staś siedział nade mną, patrząc na mnie tym swoim troskliwym wzrokiem, który przypominał mi spojrzenie pełne miłości, jakim darzyła mnie za swego życia Mama. Koty, które stały w różnych miejscach apartamentu, również wpatrzone były we mnie jak w przenajświętszy obrazek.
W 1917 r. oboje ciągle przeżywaliśmy wojenno-rewolucyjną traumę.
Talent literacki Witkacego dawał o sobie znać w umiejętności żywego kształtowania postaci i zdarzeń, a ja nauczyłam się tego, podczytując porozrzucane wszędzie rękopisy.
W treść utworu wprowadził pisarz najważniejsze realia polityczne tego okresu: wszystkie wojny, a także exodus pięciu kotów z domu niewoli do Macondo.
Zrozumienie rodzi przebaczenie. W tej chwili zrozumiałam i przebaczyłam.
Kocham tylko Witkacego. Tak jak trzydzieści lat później powie Elizabeth Taylor o Richardzie Burtonie; kochałam tylko jego.
Właściwie pisać zaczęłam dość wcześnie – przyznaję, pod jego wpływem.
We wspomnieniach – snach idziemy przez spalone miasta. Krew spływa po mankietach koszuli Witkacego, a ja wieszam się na jego szyi.
Wspomnienie pierwsze.
W Bronowicach pod Puławami. Wracaliśmy ze spotkania autorskiego. Był z nami tym razem Verlaine, który rzucił się na pawie w parku. Zakończyło się na tym, że kot obszarpał z piór te biedne ptaszyska.
Do redakcji Życia wbiegliśmy raźnym krokiem. Witkacy walnął pięścią w stół redaktora, który nazwał jego książkę kupę gówna. W istocie, redaktor, chcąc nie chcąc, musiał odszczekać wszystko na łamach pisma. Okazało się, że książki nawet nie czytał, a po przeczytaniu zdanie swoje radykalnie zmienił. Od tej pory, gdy spotykał Witkacego w mieście, przechodził na drugą stronę ulicy, a gdy spotykali się w Wenecji, wpadał w kanał.
Dar ukazywania odpowiedniego czasu i miejsca swoim przyjaciołom i wrogom imponował mi do tego stopnia, że zakochałam się w jego metodach i sprawdzałam je potem na własny użytek ze zmiennym szczęściem.
Gromada zapaleńców, my i naszych, że tak to ujmę, pięć kotów.
Stary świat stacza się ku nieuchronnej zagładzie. Krew, ogień, śmierć.
Dobro moje jest dobrem narodu, naród mój to wszy i pchły. Naród mój to plugawe robactwo. Naród mój to szczyna i kał. Naród mój to zgniłe mięcho – mówiąc to spojrzałam w jego błękitne oczy, przypomniałam sobie siebie sprzed lat, stanął przede mną duch mojej matki, mówiąc to, przeczuwałam katastrofalny koniec, jak Kasandra obserwowałam wnętrze rozpalonej supernowej, jak Giordano Bruno własnym językiem, dolce still nuovo, dotykałam języków ognia, gdy strumień bezkształtnej nicości zmroził moją krew. Uśmiechnęłam się. Płatki róży wypełniły moje żyły życiem.
MIASTA
Bukareszt – u bukinisty kupuję książkę o mojej Mamie. Witkacy mi ją polecił. Lecimy nad dachami.
Sztokholm – jemy sztokfisze w tawernie portowej. Ta wełna się pruje – mówi Witkacy, a ja budzę się ze snu w Labiryncie, w ciemnościach, w których łapiemy szerszenie jak Nabokov motyle. Na boku mam motyla. Na lewym pośladku wytatuowałam sobie pazia królowej. Jestem królową nocy. Już nic mnie nie zaskoczy. Zaczynam rozumieć okres burzy i naporu. Czytam dzieła Witkacego, rozluźniona, uwolniona od obezwładniającego mnie po śmierci matki, strachu. Wszyscy umrzemy – mówi do mnie Mama we śnie – ale śmierć nie jest końcem. Rozpruwa się tylko nić, która nas łączyła, i jesteśmy od siebie oddzieleni bardziej niż kiedykolwiek.
Budapeszt – ta psia buda trzęsie się kiedy lądujemy samolotem AIR DUDA tuż nad Balatonem. Z daleka widzimy już jezioro, ale to nie Budapeszt, to przyciągająca jak magnes, Bydgoszcz.
Grunty orne
Orka na ugorze
Ora et labora
Il faut toujours travailler
W pewnej chwili, kiedy Witkacy budzi mnie ze snu pod Drzewem Życia, zauważam, że Musset, nasz trzeci kot, je mango. Jest to o tyle trudne do zauważenia, że Musset jest barwy mango, stąd wygląda, jakby zaledwie lizał sobie łapę.
To korzystne, dobrze się składa, że mam Witkacego. Tak samo jak źle, że nie mam już Mamy. A na dodatek te koty. Żartuję z nimi. Kocham je. Są takie miłe, takie wspaniałe. Tylko ze mną jest coś nie tak, od odejścia Mamy straciłam samą siebie. Czuję, jak moje serce przestaje bić. Boję się tego, że pewnego dnia zostanę poetką. Że moja poezja będzie czytana i nagradzana, że dostanę Nobla. Albo, że w przypływie szaleństwa podam Witkacemu sałatkę jarzynową. Albo, że Rimbaud spadnie z Czomolungmy i się zabije, a mnie to rozweseli. Teraz patrzę w lustro i widzę swoją kocią mordkę.
Palę. Moja mordka wydłuża się jak papieros. Wydłuża się w nieskończoność. Nazywam się Virginia Woolf i jestem, wilczycą, tfu, jestem kocicą. A może jestem wampirzycą? A może mnie nie ma. Patrzę na swoje kocie łapki i sterczący ogon. Kobieta – kot. Kocica, może pantera. Pantera z wiersza Rilkego. Kocim krokiem przechodząca po trupach Lady Makbet. Matka Teresa od kotów. Kocia kołyska pięciu kotów Witkacego.
MATKA TERESA OD KOTÓW
Gdyby Witkacy miał pieniądze i nie mieszkał tam, gdzie mieszka, nie przysiadłabym się do niego ani na chwilę, ale nie miał pieniędzy, tak się czasami zdarza, siedział sam przy stoliku i dopijał ostatnią szklankę wina. Przysiadłam się do niego, bo miał smutna minę straceńca, a ja uwielbiam straceńców. Jak każda femme fatale, kocham mężczyzn słabych tą wewnętrzną siłą.
Biedaczysko! Anioł i trup. Tak bardzo od niego cuchnęło niemocą. Uwielbiam takie podstępy, więc podeszłam do niego i wtedy wszystkie światła zapłonęły nad nami. Bo ja jestem Anioł, a On jest trup.
Był to jeden z owych szarych, deszczowych dni, w których wydawało się, że Bóg stworzył świat na potrzeby powodzi. Wsiedliśmy do taksówki, która wydała nam się okrętem Santa Maria. Witkacy Kolumbem, a ja Colombiną.
Wyniosłe topole nadawały płaskiemu krajobrazowi charakter pewnego uduchowienia i w pewnym momencie samochód zatrzymał się z piskiem opon, przed przechodzącym przez środek ulicy kotem, który nie uciekł, tylko zastygł w miejscu. Witkacy wyszedł i wziął go w ramiona, a następnie przyniósł wprost na moje kolana, mówiąc: Ten kot ma kolor mango. Nazwę go Musset. Muszę go tak nazwać, bo kiedy przechodził przez ulicę, przypomniałem sobie ,,Spowiedź dziecięcia wieku” de Musseta i otwierające tę powieść zdanie: ,,Żeby napisać książkę, trzeba najpierw coś przeżyć”. Kot mrugnął do mnie perskim okiem, a ja pogładziłam palcami jego wibrysy. Wibrowaliśmy wspólnie jak astronauci w kosmicznej kapsule. Ja, kot, Witkacy i kierowca o twarzy tapira.
Mamy przecież źródło pieniędzy – pomyślałam nazajutrz patrząc na piętrzące się rękopisy, na których siedziały cztery pozostałe koty Witkacego: amarantowy Apollinaire, biały Baudelaire, rudy Rimbaud i fioletowy Verlaine, którego Witkacy nazywał: Pauvre Lelian.
Spojrzałam na koty, które kręciły się niespokojnie. Nagle jakiś szczególnie dudniący dźwięk przerwał ciszę. Podniosłam wzrok: Witkacy zasnął. We śnie jego głos był jeszcze bardziej donośny – może nawet zbyt donośny, gdyż chrapanie wstrząsało całym pokojem. Koty mocniej zwinęły się w kłębek. W powietrzu unosiła się lekka woń spalenizny. Podniosłam z dywanu cygaro gospodarza. Co teraz robić? Czekać, aż Witkacy się zbudzi, czy też uciec po cichu?
SPRAWA POSUWA SIĘ NAPRZÓD
Kiedy Witkacy mówił: Zostaw to mnie – mówił to oczywiście szczerze. Ale to doprawdy męczące, że jeśli gdziekolwiek cokolwiek szwankuje, on, a nie kto inny, musi ratować sytuację. Tymczasem sytuacja wymykała się w błyskawicznym tempie spod kontroli. Ogień zajął sandały Witkacego. Wylałam na nie wiadro. Poskutkowało. Sandały, co prawda nie ocalały, ale ogień nie przeniósł się na żaden gorejący krzew.
– Ach, co się stało? – zapytał zbudzony zamieszaniem Witkacy – co się stało z moimi sandałami? Nigdzie nie mogę ich znaleźć! I skąd ten swąd? Znowu spaliłaś ryż?
Innym razem Witkacy leżał w wannie bez ruchu, rozkoszując się kąpielą. Weszłam do tej wielkiej wanny jak do jaskini i zanurkowałam między jego nogami. Poczuł to w tej samej chwili, w której ja poczułam, że jestem szczęśliwa.
Wytworna młoda dama z głową nie od parady – Diabeł ubiera się u Prady – Panna z mokrą głową – po wszystkim wyszłam z wanny zupełnie naga, a Witkacy wbił we mnie te oszalałe ślepia, tak jak antyczni wojownicy wbijali miecze w serca barbarzyńców. Był barbarzyńcą z tą szaloną wizją ludzkości w obłędzie. Obłędnie we mnie zakochany, zamotany jak kłębek nici w łapach kotów, które gdzieś obok toczyły te motki wełny, jak skarabeusze kule gnoju.
Przypominam sobie, że mieliśmy gorzkie gody. Połknęłam granat i wybuchła we mnie miłość do tego straceńca. I nawet jeśli wszystko stracone, mamy siebie – powtarzałam sobie, a on konsekwentnie sprowadzał mnie na ziemię, mówiąc, że siebie stracimy również prędzej czy później. Potem czytał mi Williama Blake’a : ,,Zaślubiny Nieba i Piekła”, zwracając uwagę na każde słowo, a ja przenosiłam się wraz z nim na drugą stronę tęczy.
Twierdzą, że Witkacy to wariat, ale on powtarza za Dalim, w całym tym bezczasie, robiąc dobrą minę do złej gry, że od wariata odróżnia go tylko to, że nie jest wariatem, a ja chyba zupełnie zwariowałam, szumi mi w głowie jak jakiejś pradawnej małpie, przypominam sobie, co mówił Srila Prabhubada, ale chwilę potem zapominam, bo pięć kotów Witkacego zagląda przez okno, podpatrując nas w trakcie zezwierzęcenia, potem robię Witkacemu lody waniliowe, on naśladuje mnie, a ja wyznaję mu miłość, której on nie odrzuca, a nawet którą podziela.
Pewna siła przyciągająca była nieodzowna – jak powiadał Dante.
To świadczy, jak bardzo swego czasu liczyła się dla nas poezja. Mówię ci, Czytelniku Paskudniku, że dzisiejsza poezja polska nie istnieje. Jest już tylko poezja kreolska, a owego czasu Witkacy czytał rozłożoną na moich kolanach Biblię i pokrojonego w paski jak żeberka Blake’a i Mallarme’ego na przemian, a potem Prousta i Joyce’a, a w chwilach radośniejszych to i nawet Johna Galsworthy’ego, ,,Nowoczesną komedię”, ,,Sagę rodu Forsytów”, a w naszym ogrodzie kwitły forsycje i róże i sforsowawszy się aż nadto, musiałam odpocząć.
– Mój ojciec – opowiadał – nauczył mnie wszystkiego.
– Proszę w takim razie usiąść!
Witkacy siadał posłusznie, a ja brałam do ręki snop światła i z cudacznie refleksyjną miną, dosiadałam go jak dżokej dzikiego konia. Tak, być może byłam kurwą Witkacego. I co z tego?
Obserwuję czasami, jak muszki owocówki obchodzą blat stołu.
Prawdziwie obywatelska zasługa. Zasuwają po tym stole jak samochody po torze wyścigowym w Monte Carlo. Czasami chciałabym być mrówką. I umrzeć pod butem Witkacego. Chciałabym umrzeć z miłości, jak w tej piosence. Chciałabym umrzeć. Tak jak moja Mama. Żeby zobaczyć się z Nią, bo nie widziałam Jej już cztery lata, tyle minęło od Jej śmierci, kiedy to rano, w piękny majowy poranek, wyszła z domu i już do niego nie wróciła. Miała atak serca. Odeszła w jednej chwili. Mrówki obchodzą blat stołu. Myślę o tym, jak tam, w ciemnym grobie, mrówki wychodzą z ust mojej ukochanej matki.
Witkacy zdjął nogę z krzesła i pochylił nogę ku Mussetowi.
– Lubię patrzeć, jak Musset je mango – podał mu miękki miąższ –mam wtedy wrażenie, że zlewa się z otoczeniem. Ty w ogóle czytałaś ,,Spowiedź dziecięcia stulecia”? Niedawno Boy podesłał mi świeżo przetłumaczony egzemplarz. Rimbaud powiedział o de Mussecie, że jego forma jest licha jak mosiężny lichtarz.
W tej chwili wszedł Rimbaud i jakby na potwierdzenie, skinął rudym łbem.
Pokój, w którym się znajdowaliśmy, wypełniały ogromne półki wypełnione po brzegi książkami, a koty przechadzały się po tych wszystkich woluminach ze zręcznością linoskoczków uprawiających swe figury tuż nad przepaścią.
Otóż, jako się rzekło, kobyłka u płota, a kot, jeśli nawet spadnie, to na cztery łapy. Obserwując tę kocią olimpiadę, patrzyłam jednocześnie tęsknym wzrokiem przez otwarte okno. Na samym czubku oliwkowego drzewa, które jakimś cudem urosło w tym chłodnym klimacie, siedziała sobie sroka, w której dziobie dostrzegłam diament. Spojrzałam na swoją kolię i zauważyłam brak jednego kamyczka.
Przyczynę, dla której w mojej kolii brakowało, powiedzmy to sobie wprost, fałszywego diamentu, mogłam już teraz uznać za wiadomą. Spojrzałam zatem tylko na Verlaine’a, biedactwo skulone w kącie, a ten, jakby odgadując moje myśli, mój kaprys rozpieszczonej dziewczyny Witkacego, w jednej chwili zerwał się i poszybował, jakby to był lotokot, a nie zwykły rudzielec, na koronę drzewa i dosłownie wyszarpał sroce – złodziejce moją własność z gardła.
– Przyjeżdżają oboje w piątek – Witkacy wyrwał mnie z zamyślenia.
– Wcale nie jestem pewna, czy chcę ich widzieć – wiedziałam, że chodzi o Malinowskiego
z matką. Ta para działała mi na nerwy, ale Witkacy uwielbiał Malinowskiego i jego nadopiekuńczą matkę, która może i była sympatyczna, ale za bardzo przypominała mi o mojej, której śmierci nie mogłam przeboleć, a patrzeć z bliska na szczęście dwojga, nie mając już szans na własne, czyż to nie są właśnie zaślubiny Nieba z Piekłem?
Witkacy, urodzony metafizyk, przejrzał moje myśli.
Wypiwszy herbatę otworzył kopertę z listem i odczytał adres: – Victoria Station- Papua Nowa Gwinea. Zamknął kopertę.
Teraz, kiedy koperta była zamknięta, jednocześnie klamka zapadła. Piątek nastąpił nazajutrz. Dwukółka o kształcie delfina wynurzyła się przed naszymi zdumionymi oczyma, jak swego czasu z morskich odmętów wynurzył się młodzieniec Arion, na dwóch delfinich grzbietach.
Zauważyłam, że wszystko w tym koszmarnym i jednocześnie cudownym śnie pasowało do siebie jak ulał. Muchy owocówki obchodzące blat stołu. Musset muskający mordką mango. Malinowscy próbujący wpuścić nas w maliny. Morda Witkacego przypominająca dzban malin. Malinowy chruśniak, w którym leżał Leśmian, licząc pięć kotów Witkacego: A jak Apollinaire, amarantowe, B – Baudealaire, białe, M – mango mordka Musseta, R – rudy rydz Rimbaud, wreszcie fioletowe V – Verlaine, pauvre Lelian.
Kawy i cygar nie zabrakło. Malinowski miał miłą minę.
– Musisz tu znów przyjechać.
II
Czy oni tu byli, czy to też mi się tylko śniło? Czy to wszystko nie jest jakimś przerażającym lejem, w który wpadłam jak jakiś robak, kokonem, w którym śnię martwa, welonem Mai nakryta, wstęgą położoną na moich zamkniętych oczach? Czy to wszystko nie jest tylko projekcją mojego umysłu, który jest wszystkim? A może mnie nie ma? Może nie ma nic? Może to wszystko to nic?
Rzecz dziwna, jak dziwny jest ten świat.
Do Parku! Pod Drzewo Poznania. Raz jeszcze zerwać jabłko grzechu. Podpatrzeć, jak trzy czarownice: Kloto, Lachezis i Atropos snują moją nić w Labiryncie. Trzy Parki parkujące pod gwiazdami Wehikuł Czasu. Czasu, który niszczy wszystko.
III
Małe duszki przeszłości
Cudowny dzień! Dzień, w którym zrozumiałam, że nic nie rozumiem. Umrę i zniknę. Istoty nie przeniknę. Jakie cudowne są ściany Labiryntu! Białko ścinające się na patelni. Canellones et frutti di mare.
Ciekawostką jest, że nie mogę znowu spać.
Niestety, po co mi serce? Może jednak mam to serce mieć i tak po prostu kochać te pieprzone koty i Witkacego. Witkacy ma kota. Ala ma kota.
Po co mi serce? Może jednak warto je mieć i tak po prostu kochać te pieprzone koty i Witkacego. Tylko, że ja od dawna nie mam serca. Po co mi serce? I to pytanie zadaję sobie, jakby było refrenem jakiejś magicznej piosenki? Po co mi serce? A jeśli bym je sobie, ot tak, wyrwała z piersi? Wyrwała je sobie z piersi jak u dentysty ząb? Czy wtedy umrę cała?
Wszystko jest tu nowe. Czasami rozpoznaję fragmenty dawnej poezji, jak palimpsesty. To pomaga mi trwać w tym obłędzie. W tej walce mojej duszy z materią. Jeśli jedno i drugie istnieje. Jeśli istnieje cokolwiek poza mną. Jeśli jestem. Jestem głodna. Zjem zupę. Z ciecierzycy. Jak Egipcjanie. Podobno Egipcjanie jedli ciecierzycę i czcili koty. Podobno koty są odwieczne. Jak myszy i ludzie.
I to jest miłe. Myślenie o miłych rzeczach sprawia mi przyjemność. Myśl słodziutka jak ananasowy krem, jak mamałyga.
I Labirynty. Zamek z piasku i krwi. Nie ma dla mnie miejsca w Niebie. Kochanie, zabiłam. Kości zostały rzucone. Kości zostały zjedzone. Zjadłam wszystko. Mam krew na ustach. Także na brodzie.
I nigdy nie myśl, że zabawnie jest żyć, bo coś złego czai się w półmroku. Żebyś nie zabłądził, zostawiłam ci mój własny sen. Skąd się to wszystko bierze w mojej głowie, te okrutne myśli?
IV
Dopisałam dalszą część.
Ale końcówka to katastrofa. Łatwiej tańczyć, kiedy już poumierają wszyscy. Nie mogę znowu spać. Trudno jest spać morderczyni. Ale te mordercze myśli wypełniają moją kocią głowę. Moja głowa pełna jest krwi. Jest jak czerwony balon, który zaraz pęknie. I wyskoczą z niego martwi bliźniacy Montgolfier. W tych śmiesznych ciuchach z epoki rewolucji francuskiej. A potem zetnę im głowy. Bo mam w sobie mordercze myśli wobec całego świata. I będę grać w piłkę głową Witkacego.
GUILLAUME APOLLINAIR
Pierwszy kot Witkacego. Gwiazda rocka i poeta w stanie czystym. Witkacy znalazł go w worku porzuconym nad Wołgą. Jego amarantowa maść przywodzi na myśl krew przelaną.
CHARLES BAUDELAIRE
Kot Witkacego od kwietnia 1914, kiedy to w Sarajewie zabito arcyksięcia kotów Ferdynanda, ten biały jak mleko kotek, wtedy maluteńki, spadł w ramiona Witkacego dosłownie z nieba, a właściwie z dachu. Dachowiec czystej krwi i arcyksiążę poetów. Mówi się, że zamknięta w nim dusza francuskiego dandysa, wielbiciela opium i absyntu, cierpi istne męki i katusze. Śpi na oryginalnym, paryskim wydaniu Les fleurs du mal, sygnowanym jeszcze jako Les fleurs du sin.
ALFRED DE MUSSET
Pierwszy kot Witkacego, którego poznałam, na ulicy, w deszczu. Czułam się wtedy jak Holly Golightly. Musset ma barwę mango i jest przemiły. Ma także skłonność do psikusów. Kiedyś próbował zjeść laskę dynamitu, bo myślał, że to laska kiełbasy krakowskiej. Ma za to u mnie szanse na Nobla. I to jego właśnie zamierzam ocalić z planowanej pożogi. Musset musi żyć, żeby ją opowiedzieć, wymruczeć.
ARTHUR RIMBAUD
Spadł na głowę Witkacego w lutym 1914, w chwili gdy ten siedział w zakopiańskiej knajpie, popijając piwo pszeniczne. Rudy Rimbaud skacze przez ogień i ma na swej kociej mordce brodawki. Nienawidzą go wszystkie inne koty, bo jest psujozabawą. Potrafi spaść WTEM NAGLE NIESPODZIANIE z płonącej stodoły na płonące stogi siana i roznieść płomienie na całą wieś, nawet na całe Zakopane. Po takim płomiennym rajdzie Zakopane wygląda na Zapalone.
PAUL VERLAINE
Kot Witkacego od lutego do kwietnia 1914, kiedy to wyszedł z domu i nie wrócił. Pauvre Lelian. Bardzo za nim tęsknimy. Czasami wydaje mi się, że go widuję gdzieś na polnej drodze.
NIE WYDAMY TEJ KSIĄŻKI
Przykro nam, ale nie wydamy tej książki i zamierzamy zrezygnować ze współpracy. Takie słowa odczytałam na początku listu, który przyszedł do mnie wraz z moim maszynopisem, z Wydawnictwa, którego nazwy nawet nie pamiętam. Odpisałam: Pierdolcie się, osły! Wydam tę książkę gdzie indziej.
Z PAPIEROSEM W USTACH
Australijskie wydanie ,,Pięciu kotów Witkacego” miało rysunkową okładkę przedstawiająca na froncie mnie palącą papierosa, a całą piątkę kotów i Witkacego na rewersie. Sama to wszystko narysowałam pod wpływem impulsu, dbając o zachowanie barw: amarantowy Apollinaire, biały Baudelaire, Musset – mango, rudy Rimbaud i fioletowy Verlaine. Fryzurę Witkacego wzorowałam na fryzurze Pana Kleksa.
Ukryć
swoją
tożsamość
Jedna z najbardziej nietypowych kompozycji w moim dorobku została jednak doceniona na szeregu interdyscyplinarnych festiwali poświęconych popularyzacji sztuki Witkacego, od Słupska po Sydney. W Australii nawet wystawiono moje ,,Koty” na scenie.
Jak w pysk strzelił
To książka, nieksiążka. Istne arcydzieło. Opus magnum, magnetycznie wciągająca – pisali krytycy po obu stronach Oceanu.
WKURZENIE
Przełom roku 1916 i 1917 nie należał do szczególnie szczęśliwych okresów dla mnie. Najpierw umarła moja matka, a potem Witkacy mnie opuścił.
Ciosy, jakie otrzymałam, nie okazały się jednak śmiertelne. Całą swoją rozpacz i ból postanowiłam przelać na papier mache, tworząc z mojego bólu i rozpaczy: papierowych bohaterów, laleczki voodoo, organoleptyczne origami. Doskonaląc się w sztuce przelewania z pustego w próżne, miałam wrażenie, że staję się kimś innym, że zaczynam rozumieć własny obłęd, że dzięki temu zrozumieniu będę mogła wkrótce stanąć na nogi i zacząć żyć bez lęku. Nie wspominając o tym, że obecne we mnie od zawsze przekonanie o własnej wielkości, nie tylko nie zniknęło, ale wręcz się spotęgowało. Przekułam moje wkurzenie w wewnętrzne olśnienie. Sprawiłam, że z pyłu powstał diament.
Pisz dalej, pisz dalej – mówią do mnie dajmoniony i strzygi. Witkacy nie ma takiego talentu jak Ty. Nikt go nie ma. Tylko ty możesz otworzyć wszystkie pieprzone bramy w jednej chwili siłą swego absurdalnego rozpędu. Przeciąć ten węzeł gordyjski.
Utworem, którym otworzyłam Puszkę Pandory, było właśnie ,,Pięć kotów Witkacego”. Niektórzy myślą, że jestem psychicznie chora i wszystko to wymyśliłam, że nie kochałam tego wariata i że nie umiem pisać, a opowieść tę podyktowałam Autorowi Widmo.
GRZEBIEŃ SPRĘŻYNOWY
Mam złe wieści. Witkacy nie żyje. Wypisawszy treść telegramu, całkiem spokojnie dopiłam trzecią kawę. Zapaliłam kolejnego papierosa. W owych czasach kawa i papierosy pozwalały mi zgeometryzować lęk. Dzięki tym używkom, mogłam patrzeć bez większych emocji na ciało Witkacego. Koty patrzyły na nie równie beznamiętnie. Apollinaire atakował szczura, Baudelaire pochylał się nad bożą krówką, a Musset muskał mango.
Jeśli jednak taka jest prawda, pojawia się pytanie, dlaczego ją ukryto, a świat dowiedział się o śmierci Witkacego dopiero w środę. Bo to, że Witkacy nie żyje, jest pewne jak amen w pacierzu. Jest martwy.
Baudelaire, biedny Baudelaire, cały w tym kwiatostanie grzechozła, w kostiumie kota w butach, szurający ogonem wokół zewłoku Witkacego, swego Pana. Amen. Baudelaire, książę ociemniałych kotów, poetycka maść nicości, bawi się teraz grzebieniem sprężynowym, stroszy swoje kocie włosy na podobieństwo Stroszka, jest w strasznym stanie, jakby kończył się jego koci świat, jakby rozpaczliwie tęsknił za kocią kołyską, za zbombardowanym Dreznem, za rzeźnią numer pięć, Baudelaire, w buduarze kociej tęsknoty, bawiący się kłębkiem krwi.
GEJZERY KRWI
Historia rozwijała się równolegle. Odnalazłam Otchłań. Koty wskoczyły do Czarnej Dziury, aby ratować Witkacego, który zagubił się w czasoprzestrzeni. Zaparkowałam.
ŻELAZNA DAMA
Co się stało z Witkacym i jego pięcioma kotami? Co się ze mną stało, co się ze mnie zrobiło? Czy ja przeobrażam się we własne przekleństwo? Kto wyciągnie mnie z tego snu? Z tego szaleństwa? Jaka to melodia? Marsz pogrzebowy?
Hiphopowcy
Wiem przecie, że to wszystko kłamstwa, rojenia mojej przysadki mózgowej, że wszystko jest w mózgu, a mnie przeszczepiono mózg małpy, że jestem monstrum, a ty jesteś marzeniem.
Nagle wpada Witkacy… mówi do mnie kotku, gasi lampę, nazywa mnie pieszczotliwie ścierwem, tarmosi mnie za włosy, boję się, boję się bardzo, muszę ci powiedzieć, jak bardzo się boję, że wszyscy umrzemy, i chociaż nie wiem, kim jestem, zdecydowałam się napisać tę hiphopową piosenkę, ta piosenka pisana jest dla pieniędzy, z nędzy, a ja jestem jeno nędzną myszą, którą pożarło pięć kotów.
Fe, nie jestem żadną pierdoloną myszą! Wszystko jest szarym mirażem.
Bardzo nam przykro, ale wszystko jest na ostrzu noża, a może wszystko jest snem wariata. Może powinnam pójść do doktora. Może jestem psychicznie chora?
Kotki uśmiechają się kokieteryjnie i sprawiają takie wrażenie, że:
– Dziękuję, Witkacy podaje mi herbatę. Koty przemieszczają się z jednego kąta pokoju w drugi. Musset muska mango, tuż pod kandelabrem. Karmię go tymi owocami codziennie. Sprawia mi przyjemność patrzeć, jak Apollinaire odgryza głowę kolejnemu śledziowi w śmietanie, jak Baudelaire obgryza bryzgające krwistą czerwienią płatki róż, jak Rimbaud łapczywie rozsypuje popiół z kominka po całej kuchni, wreszcie jak biedny Verlaine, pauvre Lelian, lepi z chleba maleńkie kulki, by bawić się nimi.
Wpadliśmy w sam największy wir… wewnątrz wulkanu.
Coście tak gęby porozdziawiali? Czemu chcecie mi zamknąć usta? Czemu nie dajecie wiary mojej opowieści? To wszystko magia. Na dnie mojego serca jest zamek z kart. Kantuję. W środku pieczary gnije martwy smok. Smocze zęby zbiera do bawełnianej torby Kadmos.
– A ty idź, proszę, nie szarpcie mnie za włosy, mam takie słabe serce. Patrzę i widzę wokół znowu czarne słońce. Czy możesz sobie wyobrazić, że to wszystko ze mnie wyłazi. Każda litera, każdy kwant. Patrzę na ciebie, mamusiu.
Zdrowia, tylko zdrowia mi potrzeba, aby wypełnić misję. Muszę spisać te wszystkie głosy wychodzące ze mnie. Te wszystkie blu blu blu i te wszystkie da da da, całą tę postdadaistyczną muzykę sfer, tę kocią, szatańską muzykę. One też ją słyszą teraz. Verlaine nastawia wibrysy, jakby chciał zaśpiewać. Nade wszystko muzykę, żeby nie powiedzieć gędźby. Słyszę te dajmoniony od lat, czuję jak moją czaszkę rozrywa snop światła, jak pulsuje.
W powietrzu unosi się zapach spalonego pierza i spirytusu. Znowu za dużo wypiłam wczoraj.
Z ZAPISKÓW SEKRETNYCH WITKACEGO
Jestem człowiekiem poważnym, mimo iż czasami zachowuję się niepoważnie. Uważam, że robienie dobrej miny do złej gry, to nie moja rozrywka. Postanowiłem poszukiwać. Nie wiem właściwie, czego szukam.
Czy pamiętasz upojną tę pieśń….?
Odczytuję to, co napisałem, i chcę pisać dalej, ale wtedy rozlega się pukanie do drzwi.
– Dzień dobry, Stanisławie Ignacy! Proszę mnie przyjąć na korepetycje. Chciałabym się ukulturalniać u pana. Z panem. Przez pana. Przepraszam za zamieszanie, ale jestem taka pomieszana.
Mnie w palcach opowiadania Czechowa.
– Pani czyta Czechowa?
– Często czytam Czechowa.
Schody, po których zaprowadziłem tę dziewczynę do pokoju na poddaszu, były jeszcze mokre. Matka dopiero co je umyła. Dziewczyna o mało co się nie poślizgnęła, ale jakoś daliśmy radę wejść na górę. Kiedy weszliśmy do pokoju, wydarło się z niej gromkie:
– Nigdy w życiu nie widziałam tylu książek. Ma Pan Czechowa?
Pokazałem jej trzy tomy: Opowiadania, Dramaty i Sachalin. Sięgnęła właśnie po ,,Wyspę Sachalin”.
Tylko Czechow zwrócił uwagę dziewczyny. Była w nim zakochana. Inne książki i inni autorzy w ogóle jej nie interesowali. Spytała, ile książek napisał Czechow?
– Nie tak znowu wiele – odpowiedziałem.
– Chciałabym je wszystkie przeczytać.
– Możesz je sobie wziąć. Są twoje.
Jedną wzięła w dłoń, a pozostałe dwie schowała do torebki. Uśmiechnęła się i powiedziała:
– Dziękuję Panu.
– Czemu Czechow? – zapytałem.
– To mój najlepszy przyjaciel. U nas w domu była tylko ta książka. Wskazała na tom, który przyniosła ze sobą. ,,Święta noc i opowiadania”. On tak wspaniale pisze o życiu. Jakby wszystko wiedział, jakby znał każdy szczegół mojej duszy.
INTRYGI
Doktor Szelestow, mój psychiatra, twierdzi, że powinnam sobie wypisać cele na kartce.
Przypuszczam, że mój świat zbudowany cały z marzeń, jest tym lepszym światem. To świat, w którym jesteś ty, Mamo. W którym szare dni zamieniłam na sny, a Niebo ze mną płacze ze szczęścia. Wierzę, że zobaczę cię choć raz. Ten raz, na zawsze, poza czasem i przestrzenią. W Niebie, które czyste jak krew, zbudowane jest z piasku i mgły. Tam gdzie nie ma nic i gdzie jest już wszystko.
Należy raczej przejąć pałeczkę, zanim będzie za późno. Śpieszmy się chwytać dzień, zanim stanie się paskiewiczowską, bezkresną nocą. Nocą, która pali moje palce do krwi. Wyświechtaną nocą poetów.
Witkacy, wszystko jest cacy. Nie oddychaj już. Ostatni oddech, gdy twoje koty śnią o nicości, o czarnym pyle gwiazd.
I znowu jestem sama w tych czterech ścianach. Próbując wypić piwo, którego nawarzyłam.
– Jakby ci to wytłumaczyć…
– Zapomniałem, jak tam jest.
Witkacy budzi się i wyrywa mnie ze snu.
– Śniła mi się Rosja. Jechaliśmy w wagonie Kolei Transsyberyjskiej, jak Cendrars i jego mała Żanna. Żal mi ciebie, kotku, jesteś taka smutna. Bzik tropikalny, tak zwana ludzkość znajduje się w obłędzie, a kobiety na skraju załamania nerwowego. Tymczasem wróg u bram, rewolucja pożera własne dzieci.
Gdyby kazano mi wybierać jedno z dwojga: Matkę czy Witkacego, wybrałabym Matkę. On o tym wiedział, choć nie powiedziałam mu tego. Patrzył teraz na mnie.
Witkacy lubił swego przyjaciela, Malinowskiego, którego ja z całego serca nienawidziłam. Przystawiał się kiedyś do mnie. Postawił mi drinka z palemką, curracao. Potem podglądał mnie, jak kąpałam się w Jeziorze Bodeńskim.
Ma przyjechać z matką. Muszę coś wymyślić, żeby to odwołać.
– Nie, nawet o tym nie myśl. Malinowski z matką tym razem będą nieodwołalnie naszymi gośćmi już jutro, a gość w dom, Bóg w dom! Mnie ta myśl podnieca, moja droga! Wiem, że nie przepadasz za Bronisławem, ale nie zabraniaj mi się z nim widywać!
Twarz miał purpurową i mokrą od potu.
Obejrzał się na mnie. Uśmiechnęłam się, robiąc dobrą minę.
Już świtało, przez okno widać było, jak rozpalała się zorza poranna. Ranek był słoneczny. Wyszliśmy do ogrodu angielskiego przez ogród francuski. Witkacy, mimo wszystko, tryskał humorem. Jak ja, lubił robić dobrą minę. Zjedliśmy śniadanie, patrząc sobie w oczy, sycąc się słońcem, jak wszystkie ranne ptaszki.
Dlaczego to robię? Dlaczego piszę, patrząc jak Witkacy maluje wieżycę – sowę? Piszę, bo to łagodzi mój egzystencjalny ból, goi tę roztrzaskaną ranę, która nie może się przecież zabliźnić błoną podłości, piszę, bo mam wrażenie, że z każdym słowem, odkrywam niewidzialną zasłonę. Storę, która skrywa tajemniczą historię. Sens mojego, a także twojego życia, Czytelniku Paskudniku!
Mam chyba prawo wierzyć własnym oczom? Mogę chyba zaufać Ręce Farbiarza. Za każdym razem, kiedy stawiam te znaczki na papierze, te hieroglify, czuję się jak w jednym ciele Champolion – Chefren – Cheops.
ZGNIŁA INTELIGENCJA
Straciłam go z oczu w czerwcu. Wypłynął z Malinowskim na Triobrandy, studiować życie seksualne dzikich. Wziął ze sobą Rimbaud. Pozostałe koty zostały ze mną.
Tyle się pisało o zgniłej inteligencji. A ja miałam nieprzyjemność zetknąć się z tym środowiskiem osobiście. Banda miernot, beztalencia żyjące z ciężko wyłudzonych dotacji. Grafomani grający grantami na giełdzie nazwisk. Wszystkie te poetki z genem zaczadzenia feminizmem. I ci poeci bez jaj. Slamerzy, boomerzy, perz. Rzeczpospolita pospolita.
TRYLIONER
Jedno tylko małe ale: recytują wiersze. Te wiersze nie są pierwszej jakości. Są objawem marazmu zgniłej inteligencji. Wszystkie są do siebie podobne. Nie można się nimi ani przejąć, ani też nie należy się nimi przejmować. Te wiersze są szare i nijakie. Bez osobowości. Kopiuj – wklej. Bez ostrza. Bez wyrazistości. Wiersze wege w wersji bezglutenowej. Wiersze – mamałygi. Wiersze – mąka krupczatka. Z tej mąki chleba nie będzie. Z tej poezji nie będzie pereł.
CZŁOWIEK WE FRAKU
Teatr Operowy Zimina. Zimno mi, trylioner skrada się za mną jak trylobit za Wehikułem Czasu, trybisz to? Czarna mgła snuje się nad Moskwą i Paryżem. W Paryżu jemy mule, Witkacy znów zamula, że Chwistek, ten chłystek, przewartościował już tezy Spinozy. Dwikozy. Jemy dżem jagodowy.
Wszystkie spojrzenia skupiają się na żółtych butach Witkacego, który wita się z człowiekiem we fraku. Okazuje się, że to Marcel Proust. W poszukiwaniu straconego combru, rzucam się pod stół, gdzie żółte buty Witkacego lśnią sosem curry.
Proust przemawia do mnie po francusku, a ja umiem tylko po rusku. Ruga mnie wzrokiem ta paryska foka. Macza magdalenkę w winie, Chateau coś tam, i klnie siarczyście,: sacre bleu! Nie wytrzymuję i wymiotuję: wino, camembert, na jego frak. Ten wyfraczony, wywleka mi od wywłok.
O wiele ciekawsza od fraka była twarz jego właściciela.
Ejże! Ośmielam się zwrócić ponownie do obrażonego Prousta. Jego morda francuska lśni od pomady do wąsów. W istocie wyglądają te wąsy jak wibrysy.
Proust woli chłopców. To już wiem. Witkacy mnie już uświadomił. Czekam, zgaszę światło i powiem to najdobitniejsze ze słów: KONIEC. To jest moje ostatnie słowo. Tak napisze za jakiś czas B.S. Johnson na karteczce, a potem podetnie sobie żyły. Żeby żyć wiecznie. Czy chciałabym żyć wiecznie?
Kiedy się jednak zaczyna, gasimy światło.
Nigdy! Nigdy nie zapomnę jego twarzy, płonącej ogniem zapamiętania, twarzy Empedoklesa we wnętrzu Etny, twarzy tak bardzo mi bliskiej, twarzy, której nigdy już chyba nie ujrzę, chyba że wynurzy się ona z grobu, jego zamkniętych na wieki wieków powiek, jego świszczącego oddechu, jego palców, jego ramion, jego oczu wpatrzonych we mnie, jakbym była jego dzieckiem, jego twarzy zaś nade wszystko, tej twarzy, która nigdy się już nie zdarzy, w cudacznym korowodzie jednostkowych istnień, niemytych dusz, wydartych na chwilę nicości.
– Nic nie widać – powiedziałam pewnego razu, przymierzając czarne okulary.
Witkacy zdjął mi je z oczu i założył na swoje, mówiąc:
– Po zdjęciu czarnych okularów, ten świat przerażający jest tym bardziej.
Zapach dłoni Witkacego – to jego zamaszyste ego – i cała ta erotyka z mojego poplamionego krwią miesięczną dziennika – honey moon – moje uda – jego ramiona – tak bardzo cię chcę – tak bardzo mnie potrzebujesz – otwarte okno – skaczemy w dół przepaści – na rany kładę okład z czarnej maści.
Dotknęłam ostrożnie czoła Witkacego. Lśniło.
Jaka szkoda, że nie można zatrzymać czasu tu i teraz – pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie w lustrze. Skłamałam.
I oto nareszcie widzę miłe sercu elektryczne żarówki! Żar z rozgrzanego pieca bucha. Wewnątrz mojego serca czy mojej duszy wszechogarniająca miłość, ogromny ocean, otchłań, która obejmuje wszystko na zawsze. Moje ciało jest trumną. Twoje ciało jest trumną. Za chwilę będziemy wolni. Spójrz w moje oczy po raz ostatni na zawsze, stuck in the middle. Wszystko jasne. Wewnątrz moich oczu jest jaskinia platońska. Widzę wszystko oczyma wyobraźni. Nie można już jaśniej. Wszystko lśni jak na ostrzu noża.
Zaczęłam czytać wieczorami – Witkacego wartki nurt. Mirt, Lete. Czy nie widzisz, że cię czytam w myślach? – mówię do tego wariata, kiedy znowu smaży zegarek na patelni, trzymając strusie jajo w swej ogromnej dłoni.
– Auden powiada, że należy obcować z Cieniami.
– Niczego innego nie robię przez całe moje życie!
Rzucam mu się na szyję. Witkacemu, nie Audenowi. Jak pętla.
*
– Proszę powiedzieć Witkacemu, że go podziwiam.
– Kim pan jest?
– Michaił Afansjewicz Bułhakow.
– To pan pisze tę dziwaczną książkę o diable w Moskwie?
– Była pani kiedyś w Moskwie?
– Tak, przejazdem, własnym moskwiczem.
– Jesteśmy w Polsce. Mówmy o Polsce, proszę.
– Polska jest przeklęta.
– Boże! Jak to przeklęta?
– Polska przepadnie w odmętach.
Intrygi… Podskoki…Bułgakow w szapoklaku, w bryczesach, w łazience, na kuchennym blacie, w trakcie scysji, w malowniczych okolicznościach, przez całą noc w jego ramionach, a potem śniadanie mistrzów, mistrzowskie pocałunki, płonące rękopisy, ogień w kominku, obłok w spodniach, Musset muskający mango, Bułhakow popijający z bukłaka, moje czarne włosy zmierzwione, uśmiech na werandzie, powrót do Witkacego, miłość w czasach zarazy, markizy, poczucie odnalezienie, poczucie zagubienia, kiedy obudziłam się rano, otworzyłam okno i chciałam wyskoczyć, chciałam wyskoczyć z siebie, chciałam się unicestwić, pastwiły się nade mną rozmaite lęki.
– U – unicestwić, uratować.
– Obejdę się. Otworzę okno.
– Kiedy otworzą się Drzwi Percepcji, wszystko ukaże się takim, jakim jest
NIESKOŃCZONYM.
– Mocne wino, och, mocne – uśmiechnęłam się, nie umarłam. Po nocy spędzonej z Bułhakowem.
Po chwili wahania podszedł do mnie Witkacy i powiedział mi na ucho od śledzia:
– Śledziłem was, nie myśl, że nic nie wiem.
Spojrzałam w jego oczy jak w studnię artezyjską i spytałam:
– Kręci cię to?
– Odczep się ode mnie!
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Na zawsze razem.
Rzuciłam weń pustym kieliszkiem po winie. Moja wina.
STRASZNY DZIEŃ
Lustrzana kabina spadła w dół, kieliszek trafił Witkacego w skroń, raniąc do krwi, ten zaś upadł na podłogę, jak rażony piorunem. Zawołałam Bułhakowa.
Jezusie Nazareński! – wrzasnął Bułhakow.
Głowa Witkacego cała we krwi.
Przed drzwiami z napisem Doktor ustawiła się zatem cała nasza trójka: Bułhakow, ja i Witkacy z zabandażowaną głową, który wyglądał jak Apollinaire na tym słynnym zdjęciu po trepanacji czaszki. Doktor zalecił stosować okłady i polecił witriol.
Podniosłam się z krzesła, jaki piękny to będzie widok. Ciemny granat i co? Połknęłam go z pestkami.
Byłam w stanie opisać, co jeszcze na mnie czeka, a może w twojej głowie jest coś, co o mnie ci opowie, a jeśli nie, to nie zawaham się wysadzić się gdzieś daleko stąd.
Zadzwoniłam do matki, ale głuchy telefon przypomniał mi, że nie żyje. Zrobiło mi się cholernie smutno i poczułam się bardzo samotna. Była dla mnie wszystkim, więc wszystko się skończyło wraz z jej śmiercią, w którą ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć.
Wiolonczela kameralnie.
Miałam wrażenie, że pęknie mi głowa. Chciałam do mamy. Chciałam, żeby to wszystko zniknęło, żeby przyszła mama. I chciałam, żeby wiolonczelistka przestała grać, ale ta się na mnie uwzięła i ledwie skończyła Bolero, zaczęła Orion. No to ja ją szur smyczkiem, aż zrobiła stage diving.
Dziękuję. Już mi lepiej, ulżyłam sobie. Czasami jest mi lepiej, gdy ulżę sobie w ten sposób. Chciałabym wmówić w siebie, iż w gruncie rzeczy nie ma w tym nic złego.
Toniemy w odmętach nicości. Na zawsze.
Codziennie powtarzaliśmy ten sam skowyt. Ja – kobieta i on – mężczyzna:
– Sam przeciw wszystkim.
– Ale i tu zachodzi trudność.
– Ty i ja, ja i ty, ty to ja to ty.
– Ty – Witkacy.
– A ty cacy!
– Nasza miłość jest tak piękna, że aż nie do zniesienia.
– Chodźmy coś zjeść!
– Chodźmy się czegoś napić!
– Chodźmy do łóżka!
– W porządku, kochanie.
– Wiem o tym.
I szliśmy coś zjeść, czegoś się napić, a potem do łóżka. Aż do zrzygania się tym wszystkim.
– Sądzę, że powinniśmy porozmawiać.
– Pójdę po wino. O czym chcesz rozmawiać?
– O nas. O mnie. O tobie.
– O nas? O mnie o tobie?
– Możesz liczyć na mnie…
– Nie w tym rzecz. Nie jestem szczęśliwa.
– Może powinnaś napisać o tym wiersz albo piosenkę.
– Żarty sobie stroisz?
– Mówię poważnie: cierpienie to paliwo.
– Paliwo, tak?
– Powiedzmy.
– Byłoby ci dobrze, gdybyś cierpiał?
– Może gdybym cierpiał za miliony.
– Nie podoba mi się, że obracasz to w żart.
– Jesteś za bardzo usztywniona. Może powinnaś się rozluźnić?
– Wygląda na to, że nie wiesz nawet o czym mówię.
– To też możliwe. Nie obchodzi mnie to.
Czy się pan nie skaleczył? – spytałam go innym razem, gdy stukał młotkiem w ścianę i nagle zaczął ssać kciuk jak dziecko.
– Nic się nie stało. Wszystko pod kontrolą.
– Mogę zobaczyć?
Pokazał mi środkowy palec.
– Nie ten.
Wyciągnął kciuk. Po skończonej robocie poszliśmy na lunch. Jedliśmy owoce morza; langusty, krewetki, kraby, omułki.
Już czas – pomyślałam.
– Czy ty mnie kochasz?
Mało się nie udławił małżem. Przetarł małżowiny uszne.
– Kocham cię w kapeluszu i berecie.
Sukinkot. Nigdy nie zachowywał należytej powagi. Kabotyn. Ale czy ja go wciąż kocham? Czy kiedykolwiek go kochałam? I co to właściwie znaczy kochać? A przede wszystkim, czy to takie istotne. Przecież i tak umrzemy. Przecież i tak za chwilę umrzemy. Więc jakie to ma znaczenie, czy go kocham, skoro umrzemy?
Witkacy nic nie odpowiedział. Ale, zdaje się, czytał w moich myślach.
Z bystrością człowieka genialnego namaścił mnie pan Dickens.
Kapelusz gdzieś się zapodział.
Niemożliwe, bez kapelusza ani rusz.
Witkacy kazał nakryć do stołu. Mama Malinowskiego przypominała mi moją. Muchy owocówki obchodziły blat stołu. Stałam z boku, przyglądając się, jak służba podaje pieczyste. W końcu wszyscy usiedliśmy. Zaczęła się konwersacja:
– Triobrandy są pewnie niezmiernie gorące – zaczęłam.
– Życie seksualne dzikich mnie podnieca – rzekł Bronisław.
– Broneczku! Tak nie wypada. Zjedz lepiej zrazy.
– Zaraz, mamusiu!
– to… może … rolmopsa?
– Dziękuję bardzo, uwielbiam śledzie.
– Bismarck cenił je bardziej niż Kulturkampf.
– Czy kultura triobrandzka jest w istocie kulturą krwawą?
Może brandy? Te podroby są przepyszne. Proszę poczęstować się ponczem.
– Łączę wyrazy szacunku. Nie mieliśmy pojęcia, że zostaniemy tak wspaniale przyjęci.
– Pracuję teraz nad czystą formą, czystej?
– Czysta forma jest w stanie przeistoczyć ducha.
– Spiritus movens.
– Małpa i duch.
– Co u Huxleya?
– Gorycz.
– O, mój Boże!
– Proszę nie skaleczyć się nożem.
– Rana jest dotkliwa, nie może się zabliźnić. W dżungli dziki siekł mnie maczetą.
– Ledwo uniknąłeś śmierci.
– Miałem wtedy wizję.
– Europa gnije od środka.
– Zaleje nas horda dzikich.
– Jesteśmy w potrzasku.
– Zażywałem ostatnio pejotl, sok z meksykańskiego kaktusa.
– Meskalina, pisał o tym Huxley.
– A wcześniej Blake:
Kiedy otworzą się Wrota Percepcji,
wszystko ukaże się takim, jakim jest
NIESKOŃCZONYM.
Pani Malinowskiej bynajmniej nie było nieprzyjemnie, że chłopcy, jak ich nazywała, zajęli się tą swoją mową trawą, ale trwała w tej dyspucie na zasadzie batyskafu zanurzonego wraz z ciałem Piccarda, jej syna, w odmętach Rowu Mariańskiego. Spokojnie obserwowała nerwowe zamieszanie, z całą dumą matki, która stoi na straży bezpieczeństwa swego genialnego syna, nawet jeśli cały świat stanąć miał niebawem na głowie.
– Na żądanie Dodsona i Fogga.
– Cofnięto mi umowę na wydanie książki.
– Jestem niewypłacalny. Nie mogę cię wspomóc.
– Te cholerne dzieła nigdy nie trafią do ludzkości!
– Nie martw się. Ludzkość się bez nich obejdzie.
– Tak zwana ludzkość jest w obłędzie.
– Spal to wszystko!
Ukazanie się pana Witkacego w nadzwyczajnych okolicznościach.
Witkacy pędził ulicami, rozrzucając rękopisy na wiatr, to na chodnikach, to w parkach, a zanim pięć antycznych kotów: amarantowy Apollinaire, biały Baudelaire, Musset mango, rudy Rimbaud i fioletowy Verlaine.
Nie zważając na przeszkody biegł nie zatrzymując się ani na chwilę.
Po tej decyzji Malinowski wziął kapelusz, zgiął go w palcach, i cisnął go wprost w kałużę, co spotkało się z piorunującym wzrokiem jego przewrażliwionej matki. Kolacja została oficjalnie przerwana. Posłałam Malinowskim w pokoju na poddaszu i wyszłam za Witkacym na wirydarz, widziałam, jak obłąkany miotał się sam ze sobą. Zrobiło mi się go najzwyczajniej żal, podeszłam do niego i położyłam mu rękę na czole.
Rudy Rimbaud, fioletowy Verlaine, biały Baudelaire, Musset w barwie mango i wreszcie amarantowy Apollinaire czuwały u wezgłowia Witkacego przez całą noc. Pięć kotów i ja.