+48 736-84-84-44

Jest sobota

Witek Jodłowski obudził się przerażony, zakapturzona postać bez twarzy pojawiła się nagle. Stanęła na tle podmiejskiego lasu, na kwietnej łące, na której Witek nieraz bywał z rodzicami. Ci zniknęli jednak w dziwny sposób, a tajemnicza postać powoli podnosiła głowę, czerń spod kaptura porażała, była jak kosmiczna próżnia..! Chłopak zaczął uciekać, lecz przewracał się. Droga prowadząca do rodzinnego miasta wydłużała się, była jak guma, a on wstawał z coraz większym wysiłkiem, po czym znowu upadał…

            Młody mężczyzna wzdrygnął się, podciągnął kołdrę pod brodę i rozejrzał się po pokoju, nie poruszając głową. Budzący się dzień nie ukazywał jednak niczego złego. Ot, kąty jak kąty, jeszcze trochę półmroczne, ale wszystko miało znane kształty. Wstał i ostrożnie ruszył do łazienki. Szybki prysznic obudził go całkowicie, a poranna kawa nastroiła pozytywnie do życia. W końcu była sobota, weekend! Czas ucieczki od biurowej monotonii i od spraw, które coraz mniej go interesowały.

 Coraz częściej natomiast czuł jakąś nieokreśloną pustkę i pogłębiający się smutek, chociaż Jacek, mechanik samochodowy z własnym zakładem, był prawdziwym kumplem i potrafił pomóc w codziennych, praktycznych sprawach. To on zaraził go rybkami – sobotnimi wyjazdami z wędką nad pobliskie jezioro. Wprawdzie wypady te kończyły się w tawernie, w której można było spotkać latające kufle, ale ogólnie było fajnie!

Jeszcze tylko czasami odzywały się w Witku pragnienia sprzed kilku lat, kiedy to napisał ostatni wiersz i próbował stworzyć jakiś szerszy tekst. Mądrzy ludzie mówią, że nie można od siebie uciec, jednak matka, wtedy już chora na raka, krzywiła się, podobnie zresztą jak ojciec, który zginął w wypadku…Rodzice, walczący o każdy dzień, pragnęli, aby ich jedyny syn zdobył praktyczny zawód i zarobił na życie. Witek więc, wbrew sobie, ruszył z kilkoma kolegami w szeroki świat i zdołał ukończyć studia. Administracja gospodarcza obrzydła mu dogłębnie po roku urzędniczej pracy. Miał wrażenie, że jest jedynie trybikiem w coraz szybciej obracającej się maszynie, że kolejne dni są tylko mgnieniem… Chwilami czuł nawet, że jest po prostu nikim! Tak niestety często bywało, pewnie nie tylko w urzędach. A rodzice? Cóż, w jakimś stopniu mieli rację, bo na początku dwudziestego pierwszego wieku pisarstwo nie było już w cenie. Tym niemniej Witek miał do nich żal.

            Około dziewiątej był już gotowy do wyjazdu na kolejny połów. Zamknął nieduże mieszkanie, zbiegł z piętra z wędkami i ruszył pieszo krótką ulicą. U jej wylotu mieszkał Jacek, a pobyt w tawernie po rybkach uniemożliwiał jazdę samochodem. To Jacek najczęściej zamawiał taksówkę, Witek stawiał więc pierwszą wódkę lub piwo.

                                                                    *     *     *

Brama była otwarta. Witek zdziwił się, bo na weekend gospodarz i właściciel zakładu zamykał ją. Jodłowski wzruszył ramionami trochę pogubiony i poszedł w stronę piętrowego domu, zwieńczonego zaniedbanym tarasem. Jak zawsze zadzwonił trzy razy. Odpowiedziało mu milczenie. Nacisnął na klamkę, drzwi były otwarte. Mimo kolejnego zaskoczenia, uśmiechnął się. Jacek wiedział przecież kto i o której przyjdzie, otworzył więc wszystko wcześniej! Przemierzając okazały parter, Witek nie spotkał jednak kompana, który od kilku lat mieszkał sam. Jacek rozwiódł się, żona zabrała córkę…Witek tymczasem zatrzymał się i rozejrzał: szare, podrapane ściany były prawie puste, a na podłodze leżały jakieś części od naprawianych samochodów. No cóż, porzucony mężczyzna nie dbał o porządek. Dla niego najważniejsze stały się weekendowe wypady, tawerna i alkohol.

– A rybka lubi pływać! –  mówił nieraz wznosząc kolejny kieliszek.  

            W domu nie było nikogo. Zbiegając z piętra po skrzypiących i chybotliwych schodach, Witek stanął jak wryty: w żółtawym wiatrołapie pojawiła się postać z niedawnego snu! Nim zdołał o czymkolwiek pomyśleć, czy cokolwiek zrobić, zobaczył bezdenną czerń, która w niewyjaśniony sposób uniosła ciemny kaptur…

   Kierowany rosnącym przerażeniem Witek odruchowo ruszył w prawo, przypominając sobie o tylnym wejściu. Na szczęście było otwarte! Prowadziło do niedużego ogrodu, zaniedbanego jak cała posesja. Uszkodzony płot pokonał w ciągu kilku sekund, a biegnąc po bezludnym mieście, oglądał się. Czuł, że ów zwid podąża za nim jak cień, albo nawet chce go wyprzedzić… Droga wydłużała się, była jak guma…Witek przewrócił się, wstał i znowu biegł. Kiedy upadł po raz drugi, postać bez twarzy stanęła kilka kroków przed nim. Wtedy obudził się i usiadł gwałtownie na łóżku.

                                                                 *     *     *

Pijąc poranną kawę, postanowił ostatecznie zerwać kontakt z Jackiem. Tamtemu po prostu nie wyszło, więc niech sam zapija smutki i łapie te swoje rybki! Witek nigdy nie był wędkarzem, o urzędniku nie wspominając. Z biurem łączyła go jednak pewna urodziwa i zgrabna kobieta. Miała na imię Ania i pisywała do szuflady. A to było już bardzo dużo! Witek rozmawiał z nią coraz częściej, podświadomie pragnąc powrotu do młodzieńczych zamierzeń.

Ileż to razy obawiano się konfrontacji z samym sobą, własnych słabości, potknięć, które mogłyby stworzyć łańcuch klęski. Rezygnowano więc z marzeń. Ale on tego nie zrobi! Połączy pracę zawodową z marzeniami. I już w najbliższy poniedziałek, może na przerwie śniadaniowej, podejdzie znowu do Ani, aby porozmawiać o pisaniu. Tak, tak właśnie zrobi.

            Wstał, z hałasem odsuwając krzesło. Przez kilka minut przemierzał kuchnię, a potem nieduży pokój. Zastanawiał się, gdzie położył kiedyś zeszyt w szarej, sztywnej okładce, w którym zanotował ostatnie wiersze. Było to wtedy, gdy mama prawie umierała…Życie jego rodziców było pełne wyzwań, walki o każdy dzień, o każdy drobiazg, przepełnione drogą pod prąd i chwilami zdawało się nonsensem…Witek wzruszył się i wrócił do kuchni. Wtedy usłyszał ciche pukanie do drzwi.

   Gdy odsunął metalową osłonkę judasza, poczuł przenikliwe zimno. Z drugiej strony stała dziwna, przerażająca postać bez twarzy! Witek odskoczył od drzwi jak oparzony i pobiegł do pokoju. Jednym szarpnięciem zerwał firankę i otworzył drzwi balkonowe. To tylko pierwsze piętro…

                                                                *     *     *

Najpierw poczuł ból czoła, potem nosa. Na podłodze pojawiła się krew. Świtało, a on leżał obok łóżka i to już nie mógł być sen.

Przejdź do treści