+48 736-84-84-44

Chwytaki (część I)

Kiedy tylko ocknął się i otworzył oczy, długie palce stóp, oplatające konar niskiego drzewa, rozluźniły się jak na komendę, a wiatr uniósł go gwałtownie i poniósł na rdzawych skrzydłach, w podmuchu wypełnionym skalnym pyłem. Kierunek był właściwy, obudzony Pik właśnie tam zamierzał ruszyć, aby kontynuować poszukiwania żony i syna. Należało jednak skorzystać z własnych skrzydeł i manewrować lub hamować, gdyż zdawanie się na przypadek niejednego mieszkańca tej krainy sprowadziło już przed czarne oblicze śmierci. Wystarczyło spojrzeć wokół: ostre skały albo przysadziste, kolczaste krzewy smagane twardym miałem zostały ukształtowane przez częste huragany, szarpiące ów mroczny świat, przez większość tubylców nazywany po prostu Ziemią Wiatru. Pejzaż śmierdział więc katem.

   Jako chwytak Pik odpoczywał zazwyczaj za jakąś naturalną osłoną lub za ruinami rozmaitych budowli. Głównie tych przedwojennych. Wtedy oczywiście pęd powietrza nie był na tyle silny, aby oderwać go od ściany czy krzewu, nawet po przebudzeniu, gdy organizm rozluźniał palce stóp. Kiedy brązowa sierść, pokrywająca jego niemal kuliste ciało, unosiła się samoistnie, chwytak odczuwał chłód. To zapewniało głębszy oddech i przypominało o konieczności polowania, celem dostarczenia organizmowi energii. Prastarych cykli nie można było zmienić. Jako lotnik z kolei Pik wyposażony był w parę niedużych, lecz mocnych skrzydeł, pozwalających walczyć z niejednym huraganem. Jako kogut zaś Pik bił się jeszcze niedawno z innymi chwytakami, z agresywnym szczepem z zagród Brunatnych, który zniszczył wiele domów w drodze do ziem szczepu Pika. Wrogie koguty przybyły z Krainy Wód przecinając wiatr skierowany ku Równinom. Kierunek ten nie był łatwy – często należało manewrować, walcząc z bocznymi podmuchami – ale Brunatni zapragnęli niewolników, zwłaszcza kur. Dostali je po zażartej walce – między innymi z Pikiem i młodymi wojownikami – po bitwie zakończonej zabiciem przywódcy zagrody. Związane kury szarpały się, poranieni i zmęczeni obrońcy patrzyli z ukrycia, gotowi jednak do ostatecznego starcia i odbicia swoich. A huragan wzmagał się i porywał mniejsze elementy zniszczonych dachów i ścian. Porwał również żonę i synka Pika, skrępowanych sznurami z traw porastających Krainę Wód. Wróg wycofał się z pozostałymi niewolnikami, zostawiając przy życiu nielicznych, ale nieustępliwych. Rozsądek podpowiadał, że nawet tak silny podmuch nie powinien zanieść nikogo poza granice świata chwytaków, czyli tam, gdzie istniał tylko wielki chłód. Na tajemniczą wciąż Ziemię Ciemności, siedzibę skalnych demonów niosących śmierć. Do świata przeciwnego Ziemi Światła, która istniała po drugiej stronie Ziemi Wiatru. Na ciepły albo nawet rozpalony skraj owej ziemi rozmaite szczepy chwytaków organizowały pielgrzymki połączone ze składaniem zwierzęcych ofiar. Dawano je bogu nazywanemu Ogniem, który – w przekonaniu wielu – przenikał nie tylko jasny, czerwonawy świat, lecz stworzył mieszkańców Równiny, Krainy Wód oraz innych ziem wyposażając ich w mózgi wysyłające promienie. Wierzono, iż tylko ów bóg wiedział, kiedy wystrzelił pierwszy promień z mózgu chwytaka. Był on zapewne zielony, łowiecki. Jedno zaś pozostawało pewne: w tamtej chwili chwytaki stały się panami Ziemi Wiatru. Ofiarując zwierzęta, oczekiwano przede wszystkim, że bóg mieszkający w ognistym blasku da chwytakom więcej ciepła i światła. Mijały kolejne cykle, przemijały pielgrzymki, lecz nic się nie zmieniało. Równina i inne ziemie, niesąsiadujące z Ziemią Światła, pozostawały w mrocznej atmosferze. Nawet wtedy, gdy milczącemu bogu ofiarowano kury, a potem młodych wojowników. Wielu tubylców uwierzyło we własne siły. Należał do nich Pik.    

   Wojny na Ziemi Wiatru były tak naturalne jak sen, polowania czy zapładnianie kur. Jak prastare cykle. I tylko nielicznym przeszkadzały coraz bardziej, ale nikt z nich nie znał recepty na zmniejszenie koguciej agresji. Nie było przepisu na dłuższy pokój, który mógłby zaowocować ogólnym rozwojem społeczności chwytaków. Kuliste istoty miałyby wówczas szansę zainicjować szerszą kulturę, zwłaszcza duchową. Wykorzystałyby wtedy swoje niezwykle silne mózgi. Tymczasem zamieszkiwały proste domy zbudowane z niedużych, odciętych fragmentów skał i gałęzi nielicznych drzew, a od każdej niemal pobudki słuchały rad lokalnych przywódców. A ci zazwyczaj ogłaszali nowe wojny, nie potrafiąc oprzeć się własnej naturze, pokusie zniszczenia sąsiadów, zajęcia ich ziem i wyniesienia swoich gniazd ponad inne. Potem, wśród rdzawego pyłu niesionego wiatrem, rozbłyskiwały czerwone promienie śmierci, wysyłane z jasnożółtych kogucich oczu.

                                                              *     *     *

 

 Lecąc z wiatrem albo na jego rdzawych skrzydłach, Pik zauważył, że ostatnie wojny musiały być naprawdę zażarte. wysyłane z jasnożółtych kogucich oczu. Na rudawej Równinie, przemykającej pod nim coraz szybciej, nie widział bowiem żadnego chwytaka. Żadnych szczepów! Z obawą pomyślał o żonie i synu, którzy, jak zapewne wiele innych kur i kurczaków, mogli gdzieś przypadkowo przyziemić. Wtedy również mogli być zaatakowani przez koguty, napadające na rozmaite gniazda. Między wysokimi brzytwami skał sterczały na razie tylko ruiny domostw albo leżały jeszcze gałęzie z dachów. Młody kogut odczuwał żal i tęsknotę, chociaż od czasu do czasu dominował chłód wywołany rosnącym głodem. Przed oczami miał wciąż ciepłe spojrzenie żony, które zdecydowało kiedyś o jego wyborze, i drobną, żółtawą postać drżącego synka. Rozglądając się z nadzieją, w górze dostrzegł jedynie grupkę smukłych szybowników. Zwolnił walcząc z wiatrem i namierzając najmniejszą z potencjalnych ofiar. Jednak aby zapolować, musiał zwiększyć szybkość i oczywiście wznieść się, wykorzystując prądy powietrzne. Aby zaś nie stać się ofiarą Szarego Lotnika, powinien był uważać. Dość szybko udało mu się wyprzedzić ptaki i odwrócić się do nich tak, aby dobrze je widzieć. Niesiony coraz chłodniejszym powiewem, Pik uniósł myślami włosy futra, odsłaniając miniaturowe ssawki pokarmowe. Potem skupił się wyłącznie na ofierze i wysłał zielony promień myśliwego. Szybownik przypominający bociana zaklekotał żałośnie, pochwycony w łowieckie sidła. Promień trzymał go blisko Pika, gdy pozostałe ptaki odleciały w popłochu. Mózg Pika wysłał tymczasem żółty promień dezintegracyjny, a ciało szybownika, trzymane w sidłach, zaczęło zamieniać się w szarawy obłok substancji odżywczych. Chwytak pożywiał się wciągając pokarm przez ssawki skórne rozmieszczone pomiędzy włosami futra oraz między maleńkimi dyszami oddechowymi i filtrami przeciwpyłowymi. Znaczną część szybownika Pik postanowił zostawić w naturalnej formie i przenieść ją w rejony o zimnym klimacie. Tam, gdzie zaczynała się już Ziemia Ciemności. Gdzie wciąż miał nadzieję odnaleźć żywą rodzinę.  

   Wiatr słabł, co zresztą Pik przeżył już kiedyś, gdy uczestniczył w wyprawie wojennej przeciwko dalekiej, lecz silnej zagrodzie. Przeciwko stu trzydziestu skalnym gniazdom! Jak na Równinę z mrocznej Ziemi Wiatru, było to duże skupisko chwytaków. Przyciągało jednak możliwością pozyskania zapłodnionych jaj, z których zrodziliby się wyjątkowi wojownicy. Rude koguty znane od dawna. Żołnierze z pierwszego szeregu! Gdyby udało się zdobyć wspomniane jaja, po stu cyklach zagroda Pika dostałaby silne wsparcie i nabrałaby znaczenia. Wiatr sprzyjał, lecz wyprawa ta zakończyła się niepowodzeniem. Małe grupy chwytaków agresora, zdziesiątkowane przez obrońców i odarte z dumy oraz futer, stopniowo powracały do domów. Pik długo nie mógł pogodzić się z klęską i w końcu poparł Radę Starszych, która zarządziła zmianę zagrodowego przywódcy.

   Tymczasem skupił się na skracaniu promienia – sideł. Zielony, świetlisty łącznik malał z każdym oddechem. Pik czekał. Gdy chwycił już mocniej pozostałość szybownika, poczuł silne uderzenie z góry, a potem przeszywający ból pleców. Wypuścił zdobycz. Atakującym był Szary Lotnik! Ogromny ptak pochwycił w szpony ciało zaskoczonego koguta i poleciał wzdłuż granicy Równiny i Krainy Chłodu przecinając wiatr na wysokości Wysokich Skał. Pik szarpnął się przerażony, uwięziony w potężnych pazurach. Nadaremnie. Nadzieja na ocalenie i odnalezienie rodziny słabła z każdym oddechem. Chwilami tracił przytomność. Odzyskując ją, widział żonę skrępowaną przez wrogów i unoszoną przez silny wiatr. Pik zobaczył pełne bólu spojrzenie związanej z nim istoty i matki, a potem nieporadne próby pochwycenia skrępowanego synka. Tak dobrze zapamiętał głębokie cierpienie istoty, która miała pozostać niewolnicą i poddawać się woli brunatnych, wrogich kogutów… Pik walczył, choć zdawało się to beznadziejne. Może właśnie dlatego udało mu się w końcu obrócić ciało na tyle, że dostrzegł duży, ciemnoszary tułów lecącego drapieżnika. Ostatkiem sił wysłał czerwony, bojowy promień. Szary Lotnik zakwilił przeraźliwie, szpony rozluźniły się, a Pik zaczął spadać szarpany huraganem.

                                                            *     *     *

   Gry zapanował nad lotem, w rdzawych, rozciągniętych chmurach pyłu dostrzegł niedawnego napastnika, który spadał bezwładnie w stronę ostrych skał. Drapieżnik nie miał sporego fragmentu tułowia – rozpadł się on pod promieniem Pika na niewidoczne cząsteczki rozwiane zapewne przez wiatr. Chwytak tymczasem zniżył lot, zobaczył bowiem coś, co przeraziło go dogłębnie: na brzytwach wysokich, odchylonych, rudawych wzniesień leżały dwa ciała inteligentnych tubylców! Jedno na pewno należało do kurczaka…

   – Ko, odezwij się! – Pik wysłał żonie rozpaczliwą myśl, wierząc wciąż, że ona wyśle mu swoją. Że żyje gdzieś dalej, tuląc synka. Że zdołała jakoś zrzucić więzy i wystrzelić kurzy, zielony promień. Sidła łowieckie, pozwalające ostatecznie przetrwać. Ko milczała.

   Pik uchwycił się pnia złamanego drzewa, aby bliżej przyjrzeć się ofiarom mrocznej natury Ziemi Wiatru. Potwierdziły się jego obawy: na ostrych fragmentach skalnych na zawsze pozostała jego rodzina! Płyny ustrojowe rozlały się, barwiąc czerwonawo twarde podłoże. Pik  zamknął powoli duże, jasnożółte oczy i trwał tak przez dłuższy czas, nie wiedząc, co począć. Jak na przyspieszonym filmie zobaczył obrazy przeszłości: pierwsze czułości, gdy błoniastym skrzydłem przytulał przyszłą żonę, jasnobrązowe jajo pękające w gorącym oczekiwaniu rodziców, pierwszy lot synka asekurowany przez szczęśliwego ojca, ciepłe spojrzenia żony…

   Targany żalem i rozpaczą, Pik zaczął z wolna odczuwać wściekłość, a potem nienawiść. Otworzył oczy, puścił złamany pień i wzbił się gwałtownie w szalejące powietrze. Myślał już tylko o zemście, o zabijaniu Brunatnych! Obierając kierunek lotu, przeciął wiatr prąc w stronę dalekiej Krainy Wód. Ledwie nabrał wysokości walcząc z bocznym naporem powietrza, gdy dostrzegł w dole grupę chwytaków. To byli Brunatni! Być może nawet oddział wojskowy, który uczestniczył w ataku na zagrodę Pika. Koguty pożywiały się czymś na powierzchni Równiny. Błyskały zielone promienie łowieckie, rozpalały się żółte dezintegratory…Wiele wskazywało na to, że brunatne koguty dopadły grupkę niedużych, równinnych nicieni. Zwierzęta te często zamierały, upodabniając się do oderwanych gałązek, lecz chwytaki znały ten fortel.

   Pik uderzył na wroga, schodząc ostro, niemal pionowo. Zajęci konsumpcją Brunatni nawet nie spojrzeli w rudawe niebo. Pierwszy z nich rozpadł się w całości, a cząsteczki jego ciała rozwiał porywisty wiatr. Dwóch kolejnych zginęło, tracąc górne części niemal kulistych organizmów. Pik zawahał się, schodząc do drugiego ataku: przeciwnicy wysłali już czerwone promienie, na szczęście niecelne. Było ich jednak zbyt wielu. Pik wzniósł się wysoko i ruszył do Krainy Wód. Nienawiść wciąż w nim płonęła.

                                                                *      *     *

Mijały prastare cykle. Uparty lotnik polował, spał i walczył z coraz cieplejszym powietrzem, znosząc jego boczne podmuchy, które spychały go z właściwej drogi. Tak naprawdę nigdy nie był w krainie Brunatnych, leżącej dość blisko Ziemi Światła. Słyszał o niej od starszych chwytaków. Ich myśli obrazowały świat nieprzyjaciół. Był on odmienny od tego, który znał Pik i jego rówieśnicy. Na Równinie można było znaleźć nieduże zbiorniki wodne. Stanowiły one bardzo cenny element ziem danej zagrody. Nieraz toczyły się o nie wojny. Brunatni dysponowali jednak znacznie większymi jeziorami, wokół których wzrastały trawy i drzewa pokryte gęstym listowiem, odpornym na powiewy. Mroczny świat tamtych chwytaków, bez jakichkolwiek ofiar, otrzymywał więcej światła albo bożego blasku. I ten wystarczał aby zaistniała tam bujna roślinność. Wszystkie znane Pikowi najazdy na tamte ziemie kończyły się jednak niepowodzeniem.

   Ale młody chwytak myślał przede wszystkim o zemście. Przecinając wiatr nie zobaczył jednak innych Brunatnych. Za to dostrzegł coś, co widział już kilka razy, gdy wiatr znacznie ustawał i przestrzeń nad chwytakiem nie była rdzawa od unoszonych, drobnych skał. Wtedy to ponad Pikiem rozciągał się półmrok, w którym tkwiło mrowie jasnych punktów. Przesłaniały je nieco promienie boga Ognia, a wielu starszych chwytaków mówiło o innym bogu. Nazywano go Białym Grzmotem. Ten rzucał skałami półmroku, które jaśniały i huczały zanim uderzyły w Ziemię Wiatru. Wierzono, że współdziała on z bogiem Ognia i zabija czasem wybranych z różnych powodów mieszkańców Równiny oraz innych krain. Jedną z bożych skał dostrzegł Pik w drodze do ziem szczepu Brunatnych. Ta była jednak wyjątkowo duża, podłużna i nie tak jasna jak wszystkie inne pojawiające się dotąd w życiu Pika. Niespodziewanie huczący pocisk Ognia rozjarzył się, a potem eksplodował, rozrzucając tysiące ognistych odłamków. Podmuch powietrza cisnął Pikiem w kierunku odległych już Wysokich Skał. Kogut leciał bezwładnie, chwilami tracąc przytomność. Uderzenie w ziemię zatrzymało go daleko od niecodziennej eksplozji. Poturbowany i zły, wbrew wszelkim bogom, postanowił kontynuować lot. Musiał się zemścić na Brunatnych!

                                                            *     *     *

Po wejściu w atmosferę terminatora, a przede wszystkim w chmury gęstego pyłu, odnotowano zaburzenia w pracy rozmaitych systemów. Najgorsze jednak okazały się awarie silników hamujących, głównych kapsuł ratowniczych osłoniętych jedynie częściowo i tarczy czołowej. Wrzecionowaty statek rozgrzewał się tak szybko, że żegnający się z życiem ludzie wysłali na Ziemię rozpaczliwy korytarzowy sygnał o fiasku wyprawy i wystrzelili tylko małą szalupę z robotem badawczym na pokładzie. A przecież tak długo czekano na tę podróż! Tak bardzo cieszono się z odkrycia skrótów galaktycznych! I przede wszystkim ze znalezienia pierwszej inteligencji pozaziemskiej. Inteligencji jakże niezwykłej, początkowo niedostrzeganej. Inteligencji, z którą łączono wielkie nadzieje.

   Planeta Proxima Centauri b obserwowana była od dawna. Nieco większa od Ziemi, nie obracała się wokół własnej osi. Wiadomo było więc, że życie mogło tam zaistnieć między dniem a nocą. I rzeczywiście tak było. Przed statkiem załogowym wysłano automaty. Jednak tylko jednemu z nich udało się pokonać korytarz i wylądować w terminatorze planetarnym. Po krótkich, lecz ważnych badaniach nad chwytakami, prowadzonych z pewnej odległości i w kamuflażu, automat wysłał raport na statek i na Ziemię. Potem uległ awarii, poddając się rdzawemu pyłowi.

   Tymczasem klęska wyprawy nastąpiła niemal w ostatniej chwili! Załoga ogromnego statku ginęła, całą nadzieję pokładając w sztucznej inteligencji. A ta, wybierając kamuflaż, przyziemiła w pobliżu niedużej grupy brunatnych chwytaków.

                                                                 *     *     *

System odpowiedzialny za emisję dźwięków, okazał się w tym przypadku zbyt autonomiczny. W powietrzu terminatora rozległo się krótkie powitanie:

   – Drodzy tubylcy, przybywam w pokoju i pozdrawiam was serdecznie!

   Dla grupy wojowniczych kogutów skała wydająca dziwne popiskiwania była aż nadto podejrzana! Od razu znalazła się w grupie niebezpiecznych dziwów albo demonicznych tworów. Tak, czy inaczej, sprowokowała obronę, a właściwie – atak.

   Sztuczna inteligencja, sterująca modułem badawczo – kontaktowym, nie wzięła pod uwagę prawdziwej natury chwytaków i dlatego wyłączyła pole ochronne. Czerwone, bojowe promienie tubylców uderzyły w obcego. W ułamku sekundy zamienił się on w szarawą chmurę cząsteczek, którą rozwiał wiatr.

   Zadowolone z siebie brunatne koguty nie mogły oczywiście wiedzieć, że skały demonów w rozmaitych rozmiarach, pojawią się jeszcze w ich wietrznym świecie.

Przejdź do treści