Zadzwoniła do mnie przed tygodniem. Jej ciepły głos zawsze przynosił mi ukojenie. Nawet w chwilach zwątpienia w nasz związek czekałem na jej szeleszczące, przepełnione ciepłem i pocieszeniem słowa. Nasza znajomość, choć pełna zawirowań, spowodowanych różnymi oczekiwaniami wobec siebie, rozwijała się i więdła już trzeci rok. Nigdy wcześniej nie miałem w swojej bliskości kobiety tak długo. Może tylko matkę, ale na to przecież wpływu nie miałem. Obie zresztą nie dawały mi zbyt wiele swobody. Wypełniały nawet najwęższą szczelinę mojego życia. Ciekawe jak bardzo byłbym nieposklejany, gdyby nie ich skłonność do układania kawałków mojego życia. Kobiety, zresztą, z zapałem dziecka, które przez nieuwagę rozbiło naczynie, zawsze próbowały naprawić coś, czego naprawić się nie da. Może to ich miłość do opieki nad moją kaleką naturą sprawiała, że tak trudno było im się ze mną rozstać. Czy tylko ze mną? Czy w kobiecą naturę nie jest wpisana obawa o świat, który je otacza?
– W przyszły poniedziałek wyjeżdżam do Ustrzyk. Czy mógłbyś się zająć domem? Wiesz, jak nie lubię zostawiać go bez opieki.
**
Jestem przed furtką do jej zaczarowanego ogrodu. Boże, jak ja nie lubię spać poza swoim samczym legowiskiem. Czemu nie poprosiła kogoś innego? Czy ten dowód zaufania nie jest czasami próbą zajęcia mnie czymś podczas jej tygodniowej nieobecności? Czy to jest opieka? Czy to już nieufność? Siedem dni i nocy to niezbyt wygórowana cena za rozluźnienie smyczy wokół mojej szyi. Dzwonię. Chmury nad moją głową zdają się tkwić w bezruchu. Jakby ciekawe czy nowy lokator da radę pchnąć drzwi do innego świata.
-Jesteś wreszcie! Jak dobrze. Musimy się pospieszyć. Zamówiłam już taksówkę.
Moje myśli zostały przed domem. Trafiłem w oko cyklonu. Anna biegała jak oszalała. Przed domem rośnie góra bagaży. Stałem się mimowolnym świadkiem tego exodusu. Myślę, że znam jej dom dobrze. Czysty, jakby pozbawiony życia, zawsze wprawiał mnie w bezradność, której nie umiałem opanować. Szeroki hol wbijał się klinem wprost do salonu, z którego wielkie oszklone drzwi jak spragnione usta otwierały się na zielony ogród. Półki z równo poukładanymi książkami, lustra bez skazy dopełniały obrazu mojego spłoszenia.
-Nie zapomnij o karmieniu zwierząt. Wiesz, ile dla mnie znaczą.
Żółw, papuga, kot i dwa psy – to było znacznie więcej niż mogłem znieść. Jak dam radę? Jak utrzymam tę menażerię w ryzach swojej nieporadności? Całuje mnie czule w usta. Już wiem, że nie mam odwrotu. Jeszcze tylko bagaże, trzask zamykanych drzwi czerwonej taksówki i zostaję w cieniu jej hermetycznego domu. Włóczę się bez celu po nie swoich miejscach. Przeglądam nie swoje książki. Chciałem wypić kawę, ale nie znalazłem cukru. Zawsze mam kłopot z adaptacją w nowej przestrzeni. Spokojnie, wszystko się ułoży – powtarzam sobie bez wiary. Zegar wybija 12.00. Trzeba nakarmić zwierzęta. Na szczęście wiem, gdzie znaleźć karmę. Zaczynam od kota. Je łapczywie, niezrażony moją obecnością. Miło jest patrzeć na to puchate zwierzę, zwinne i szybkie. Żółw, papuga. Jeszcze tylko psy w ogrodzie i czuję się wyczerpany. Dobrze, że mam to już za sobą. Zmęczony, kładę się na sofie. Spragniony odpoczynku i ciekaw informacji, włączam telewizor. Jakaś nadmiernie umalowana blondynka plecie bzdury o balejażu. Przełączam kanały, szukając skrótu wiadomości. Niestety nie mogę trafić na żaden. Cholera, przecież znam co najmniej kilka stacji, które o 13.00 nadają dzienniki. Patrzę na zegar. Dochodzi 10.00. Co jest? Przecież wyraźnie słyszałem dwanaście uderzeń, zanim nakarmiłem zwierzęta. Wszystko przez nerwy i nowe miejsce. Jakoś dobrnąłem do wieczora. Zjem kolację, wezmę ciepłą kąpiel i położę się spać. Tak bardzo chcę odpocząć. Śnić o podróżach, pięknych dziewczynach, o rozgwieżdzonym niebie nad cichą zatoką. Dokładnie taką, jakiej ofertę biura podróży widziałem w jednym z pism w moim domu. Zasypiam. Płynę statkiem, dookoła mnie ocean. Jego błękit jak balsam ogarnia moje ciało. Delfiny, wyskakując z wody, tańczą na falach, dopełniając przyjemności. Syreny na skałach dzwonią łuskami swoich srebrnych płetw. Dźwięk staje się coraz głośniejszy. Pewnie zbliżamy się do przystani, na której obejmą mnie czule swoimi delikatnymi dłońmi. Dzwonienie staje się jednak uporczywie nieznośne. Czuję, jak uszy przeszywa nieznośny ból. Ogarnia mnie złość. Budzę się. Dzwoni telefon. Kto dzwoni w środku nocy? Czy ludziom brak odrobiny przyzwoitości? Zrywam się z łóżka i biegnę jak szalony w stronę holu, gdzie czeka na mnie rozszalały telefon. Potykam się o dywan i czuję, jak moje ciało wygina się w nienaturalnym skręcie. Upadam na twarz. Przeszywający ból w barku tłumi na kilka sekund oddech w mojej piersi. Ostatkiem sił dosięgam słuchawki.
– Halo, kto mówi, halo…
Jednostajny, przeciągły sygnał daje mi do zrozumienia, że się spóźniłem. Wracam do łóżka. Bark pulsuje jak oszalały. Do rana nie zmróżę oka. Telefon dzwoni jeszcze dwukrotnie. Za każdym razem brak połączenia.
Cały dzisiejszy dzień spędziłem w szpitalu. Następne sześć tygodni spędzę z barkiem i lewą ręką w gipsie. Lekarz powiedział, że pradopodobnie będzie potrzebna długa rehabilitacja. Wakacje na rajskiej wyspie raczej odłóżę na przyszły rok. Ledwie żywy kładę się do łóżka. Czuję, jak ogarnia mnie pragnienie odpoczynku. Ciepły koc daje poczucie bezpieczeństwa. Zamykam oczy. Coś jednak jest nie tak. Wyraźnie słyszę uporczywie kapiący kran w kuchni. Wstaję obolały, by zakręcić przedmiot mojej udręki. Kran jednak okazuje się sprawny. Na wszelki wypadek sprawdzam jeszcze te w łazience. Wszystko w porządku. Wracam zrezygnowany do moich marzeń. Mrok daje mi przyjemność i ciszę. Zasypiam. W środku nocy budzi mnie dudnienie rur. Hałas jest tak wielki, że nie sposób zebrać myśli. Nie ma rady. Jutro wezwę hydraulika. Do rana nie zasypiam. Hydraulik przyjdzie po południu. Boję się spojrzeć w lustro. Przezwycieżam jednak swój strach i widzę widmo. Dwie nieprzespane noce odcisnęły swoje piętno na mojej twarzy. Podkrążone oczy, zapadnięte policzki. Zarost i ręka w gipsie sprawiają, że wyglądam jak kloszard, a nie jak człowiek, którym byłem dwa dni wcześniej. Słyszę dzwonek do drzwi. Biegnę na spotkanie z fachowcem. Otwieram masywne wrota. Nikogo nie ma. Czuję, jak moje myśli wibrują, a ściany zaczynają pulsować. W głowie kłębią się nierealne wizje. Ktoś podnosi mnie z podłogi. Anioły w białych szatach delikatnie chwytają moje ciało i niosą w stronę światła. Czuję się radośnie lekko. Spazm śmiechu rozcina powietrze.
***
Po miesiącu Anna odebrała mnie ze szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych. Zamieszkaliśmy razem w jej domu. Żółw zdechł, psy uciekły, a papuga, którą miała tymczasowo pod opieką, wróciła do swojego tresera w cyrku. Ptak odnosi sukcesy na turne po całej Europie. Podobno nie ma takiego drugiego, który naśladuje tyle dźwięków. Tylko na kota patrzę z nieufnością.