Trzynastego – szczęśliwy dzień
Feliks był prostym, skromnym człowiekiem, nie miał łatwego życia, pracował ciężko i za marne pieniądze. Do tego wszystkiego utrzymywał chorą, niepracującą żonę.
Otworzył kolejną puszkę piwa i czekał na specjalne losowanie lotka. Marzył, że może wreszcie skończą się ich problemy i nie będzie musiał się martwić, z czego zapłacić czynsz i czy wystarczy im na życie. Dzisiaj – trzynastego kwietnia – były jego urodziny, więc może tym razem szczęście się do niego uśmiechnie. Przez lata grał na różnych loteriach, totka puszczał co tydzień, a nadzieja i wiara w łut szczęścia nigdy go nie opuszczały. Wierzył, że kiedyś przyjdzie ten wielki dzień wygranej. Co sobotę, oczekując na losowanie, marzył o tym, co kupi za te pieniądze: – może dom… lepiej mieszkanie… i pięknego mercedesa… albo najlepiej samochód kempingowy, aby móc podróżować. Najważniejsze, że nie będzie musiał pracować, no i małżonce zapewni byt, jakiego pragnęła. Jego wizja szczęścia zataczała coraz szersze kręgi marzeń.
I oto nadszedł moment losowania numerów, bęben kręcił się, piłeczki stukały tę samą pieśń: szczęście, szczęście, przyjdź dziś do mnie… Feliks z biciem serca notował na skrawku gazety numery, mając przeczucie, że właśnie dzisiaj cyfry będą trafnie wytypowane.
Ręce mu się trzęsły, gdy trzymał kupon totka, oczom nie dowierzał, bowiem wszystkie liczby się zgadzały. Nie posiadał się ze szczęścia. W poniedziałek pojedzie do stolicy do Centrali Gier Liczbowych, stanie przed urzędnikiem i położy mu na stole kupon. Gorączkowo zaczął przygotowywać swój czarny neseser, który kupił przed laty właśnie po to, aby kiedyś odebrać w nim wygraną.
W poniedziałek z bijącym sercem wjeżdżał windą na trzynaste piętro, na którym mieściła się Centrala Gier Liczbowych. Wszedł do pokoju, za biurkiem siedział nadęty urzędnik. Feliks z dumą położył mu na biurku kupon i dowód osobisty.
– To ja jestem tym jedynym szczęściarzem – powiedział z widoczną dumą. Urzędnik uśmiechnął się i spojrzał zza okularów.
– Tak, tak, wybraniec losu – skwitował.
Wypełnił jakiś papier i podał do podpisu, po czym wstał, otworzył kasę pancerną i wyjął siedem milionów złotych.
– Życzę panu szczęścia! – powiedział i uścisnął dłoń Feliksa.
Ten, nie przeliczając nawet banknotów, pakował wszystkie do nesesera, musiał je upychać, bo tyle tego było, że nie chciało się tam zmieścić… upychał, upychał, upychał, aż spocił się i zasapał…
Zmęczony tym wysiłkiem obudził się… otworzył oczy, siedział spocony w fotelu przed telewizorem, z całej siły ściskał pustą i zgniecioną puszkę po piwie…
Nie chciał uwierzyć, że to był tylko sen.
Ostatnia droga
Mroźny, styczniowy, słoneczny dzień na pustym cmentarzu. Pomyliłam godziny i przyszłam na pogrzeb o ponad godzinę za wcześnie. Spacerowałam, choć zimno przenikało do kości, a poza cmentarną kaplicą nie było innego schronienia. W niej także było zimno, ale przynajmniej jakoś przytulniej. Na podeście stała piękna urna z prochami Rycha, dookoła niej wieńce i kwiaty. Usiadłam w ostatniej ławce, myśląc o nim, wspominałam czasy, kiedy był moim wykładowcą. Odszedł tak nagle, nawet nie zdążył się pożegnać z przyjaciółmi. Umarł w marszu codzienności.
Byliśmy umówieni na spotkanie towarzyskie, a tymczasem ja jestem tu, on tam, a za chwilę wtargnie tu tłum jego uczniów i przyjaciół.
Od ceremonii dzieliła mnie jeszcze cała godzina, więc cieszyłam się, że mogę z nim porozmawiać sam na sam.
Nagle weszła kobieta, pracownica cmentarza, i zwróciła mi uwagę, że jestem tu za wcześnie. Powiedziałam, że specjalnie przyszłam tak wcześnie, aby pożegnać zmarłego. Nie była zadowolona z mojej odpowiedzi.
Z korytarza dochodziła rozmowa, ale nie słyszałam słów…
Drzwi otworzyły się i zobaczyłam dwóch mężczyzn. Jeden z nich trzymał w dłoniach metalową kapsułę, drugi poprosił mnie o opuszczenie kaplicy, ponieważ chcą przesypać spopielone ciało do urny. Już zamierzałam wyjść, gdy w tym momencie do kaplicy wtargnął tłum ludzi. Mężczyźni wycofali się do biura. Usłyszałam tylko słowa: przesypiemy potem.
Pogrzeb był uroczysty: z rytuałami, przemówieniami, przyszła setka ludzi, można było zgubić się w tym tłumie. Podczas pogrzebu miałam świadomość tego, że prochy Rycha stoją w biurze i nie dawało mi to spokoju. Miałam ochotę krzyknąć na cały głos: – Ludzie ta urna jest pusta, lecz nie miałam odwagi, głównie ze względu na jego rodzinę. Dotrwałam do końca ceremonii, ale świadomość posiadania tej tajemnicy była obciążająca.
Wróciłam do kaplicy i zajrzałam przez szklaną szybę w drzwiach do biura, metalowa kapsuła stała dalej na biurku. Urzędniczka natychmiast wyszła, spojrzała na mnie nieprzyjaźnie i powiedziała: – Pani jeszcze tutaj? Pogrzeb już się skończył…
Chciałam coś odpowiedzieć, ale zabrakło mi słów…
Ludzie powoli opuszczali cmentarz, grób zasypano, położono wieńce i kwiaty. Robiło się coraz bardziej pusto. Biuro też już zamknięto – razem z prochami Rycha.
Dziwny był to pogrzeb, piękny, ale bez prochów zmarłego…
Nagi człowiek
Od lat mówili o nim – nagi Jörg, podobno miał alergię na tekstylia. Latem chodził nago i boso, zimą nago i w sandałach. Zawsze nosił ze sobą walkmana i miał słuchawki na uszach.
Był kawalerem w średnim wieku, normalny człowiek nie jakiś zboczeniec, miał nawet przyjaciółkę, która go często odwiedzała. Na Facebooku zdarzało mu się komentować swoje przygody z ludźmi. Mieszkańcy dzielnicy traktowali go pobłażliwie, choć byli i tacy, którzy przyglądali mu się, robiąc głupie uwagi lub omijając szerokim łukiem. Ci, którzy od lat znali Jörga, nie dziwili się, widząc go, uprawiającego nago jogging.
– Twardy typ – mówili o nim. Nawet gdy temperatura spadała poniżej zera, on wybiegał nago na przebieżki. Na zakupy do pobliskiego sklepu również chodził tak, jak go Bozia stworzyła.
Przez lata wrósł w folklor dzielnicy Sachsenhausen, należał do Frankfurtu tak samo jak ratusz Romer czy rzeka Men. Nawet w książkach i przewodnikach wspominano o nim jako o curiosum tego miasta. Dla tych, którzy czuli się zgorszeni jego widokiem, posiadał urzędowe zezwolenie na chodzenie nago – ze względów… jak wiadomo, zdrowotnych.
Sam o sobie mówił: Dlaczego mam żyć i być taki jak wszyscy? Jestem inny i taki pozostanę.
Od pewnego czasu słuch o nim zaginął. Nikt nie wie, gdzie jest ani czy się wyprowadził. W dzielnicy Sachsenhausen ludzie się o niego niepokoją, mówią: To był miły i niegroźny wariat.
Może Jörg wyleczył się z alergii i zmienił swój styl życia na tekstylny? A może już znudziło mu się być obiektem publicznego zainteresowania…
Kto wie… ludzie przecież się zmieniają.