+48 736-84-84-44

Recenzja tomiku Anny Czartoszewskiej ,,Utkana z pieśni i światła”

Kiedy dotarł do mnie pocztą nowy tomik poezji Anny Czartoszewskiej, pomyślałem od razu, że tytuł to idealne dla niej samej określenie – „utkana z pieśni i światła”. Ale może jednak to nie o niej samej, a o poezji? A może o tej dziecięcej sielskiej arkadii, którą wspomina w rozdziale „Od świtu do zmierzchu”? Jedno jest pewne – tych wierszy wystarczyłoby śmiało na co najmniej trzy oddzielne tomiki! Może stąd obawa, że mógłbym coś przeoczyć z tego bogactwa… smaków. Bo tą poezją naprawdę można się delektować, a jej smakowe florytury zadowolą na pewno najbardziej wyrafinowane podniebienia odbiorców – i to zarówno pod względem różnorodnej formy, jak i wyszukanej, powiedziałbym nawet delikatnej, a jednocześnie wyrazistej, gdzie trzeba ostrej, w smaku metafory. 

No cóż, tak to ja mam tylko z… chałwą – ta najlepsza, tylko pozornie wydawać się może na początku słodka jak ta poezja o świetlistym tytule – wręcz sielska, pełna tęsknoty, by nagle wybuchnąć wręcz z całą mocą… organoleptyczno-olfaktorycznymi doznaniami cierpkich smaków i zapachów. I tu dopiero zaczyna się prawdziwa uczta, po której zawsze już czegoś brakuje, a…. lektura tomiku niepostrzeżenie się kończy… Nareszcie tomik wrócił do mnie (pożyczany tylko na chwilę) i cieszę się, że był ze mną szczególnie w tym majowym – przedmaturalnym czasie.

Jakże jest mi osobiście bliska tęsknota za przemijającym światem, ,,kiedy zbiera się człowiekowi na wiersz”, z ,,kocimi łbami”, z ,,zazdrością miastowym, którzy i mi zazdrościli”… Jakże znajomy wydaje się ten widok z okna serca, z panoramą wspomnień, które w nim stają. Zaiste:

,,Wszystko przemija –

życie jak ta chwila

staje w oknie”

póki: ,,Bóg okna nie przymknie”.

Obraz odchodzącego w niebyt wiejskiego świata tradycji, oswojonego przez babcię i mamę, w którym teraz nawet ,,sady kwitną obcymi gwarami”, a ,,postęp tłumaczy język maszyn” i ,,ludzie, jak (Gombrowiczowskie) rasowe psy, szczekają nawet na kota sąsiada” boli… I… sielanki koniec! ,,Zasypaliśmy źródło”.

,,Gdzie jesteś?” – tym powtarzanym pytaniem do ,,życiowych piromanów” poetka próbuje z nami na nowo określić tożsamość w życiu, które ,,prowadzi nas jak na krowim powrozie”. Tu ,,wodociąg” faktycznie ,,wszystko zmienia”, ale czy uda się jeszcze z niego ,,czerpać… życie do ostatniej kropli, choć pocałunkiem rosy nie napoisz zwierzęcia ani człowieka” zaiste? W tej poezji Matką jest także Ziemia – ,,Pamiętaj, matka jest jedna! Nie czekaj, aż zabraknie jej i tęsknota wypełni wszystko!”. Przesłanie, że ,,Człowiek z każdym oddechem uczy się szczęścia”, brzmi w tym kontekście wręcz eschatologicznie. Ojcowie także znajdą tu coś dla siebie – choćby myśl o rodzinnych priorytetach i miłości… Tej ostatniej raczej do czegoś niż do bliskich. A potem następuje kolejne skażenie sielanki – alkoholowymi oparami i ot, człowiek już ,,niebieski”…

Tu ,,przepaście” już faktycznie ,,kroczą za nami”, a nie ,,my nad nimi”, a ,,ludzie-liście potrafią zgasić płomień innych”. Czy uda nam się w tych liściach nie zagrzebać, nie zmarnować życia? Nawet śmierć jest już skażona przez ,,ochy i achy nad pięknym pomnikiem zamiast modlitwy” – jak przystało na… ,,zaduszki-wydmuszki”. Faktycznie ,,Prawda i kłamstwo bolą nawet po śmierci”, chociaż ta pierwsza dosłownie ,,wdeptana w piach”.

Odkryją Państwo w tym tomiku także inny obraz wojny – widzianej przez pryzmat ofiar – tej sprzed lat i tej tuż obok nas, kiedy tak ,,trudno być człowiekiem, gdy staje się pożywieniem dla wilków”. A ,,wydawało się nam, że pokój jest wieczny”… tylko ,,świat się rozpędził w złą stronę”.

Może miłość? Może dobro i piękno? – gdyby nie one: ,,świat byłby przedpieklem, piekłem i wielkim grobem bez światła pieśni, gałązki wierszy, chryzantemy słowa”…

Ale ,,zakrwawione lustra” mówią co innego. Wciąż ,,piłujemy nawzajem gałęzie, na których siedzimy”, by w końcu ,,spaść z drzewa szczęścia”. Toczy nas wciąż ,,rak wojen”, że (nawet) ,,krew ma kolor brudu i złości”, a ,,żaden parasol nie uchroni od śmierci”.

Znajdziecie tu Państwo echa pandemicznych chwil, o których chcielibyśmy zapomnieć, w cyklu „Sonetów pisanych łokciem” i przypomnicie sobie, jak trudne są powroty do „normalności”, choćby stały się… ,,noworocznym postanowieniem poety”.

Jesteśmy ,,Delikatni jak negatyw”, ,,wtopieni w tło”, ,,uwikłani w sieci miłości, której zbyt wcześnie mówiliśmy na ty”, ,,ścigamy wciąż szczęście”, ,,przeturlani przez życie” jak…. jabłko. Nasza codzienność gnije w wazonie jeszcze świeżych wspomnień – Anna Czartoszewska nie oszczędza nas.

Aż naszło mnie w tym miejscu pytanie, gdzie tu owo tytułowe światło?! Czy jesteśmy już tylko ,,wyciśniętą torebką herbaty”?! I wtedy zrodził się mój bunt, spotęgowany jeszcze słowami o ,,miłości jako o kwiecie paproci, którego nikt nie widział”. Czy na pewno ,,jest dobrze, jak jest”?!

Czartoszewska wprost igra z czytelnikiem, z naszymi odczuciami, wprowadzając niepokój tak ontyczny, jak i aksjologiczny jednocześnie, targając naszym jestestwem i osadzając w bezwolnej roli ,,plamy po herbacie na serwecie życia” i wikłając znów w inną sieć – tym razem ,,internetowego obłędu”. ,,Nie mamy na wszystko czasu – mami nas tylko zepsuty zegar z kukułką”.

Żeby odkryć tu promyk nadziei, trzeba dotrzeć do rozdziału na niepogodę, do spacerów aleją Miłości, czerwieni, w której tak ładnie kobietom. I choć jesień życia zdaje się im tak natrętna (pisze młoda kobieta!), to przecież (o tak!) jesteśmy jak drzewa (ale absolutnie nie zgadzam się z tym, że już tylko ,,do ścięcia”!) – wraz ,,z wiosną wypuszczamy młode pędy, a w rozlewisku brodzi znów uwolnione serce w kocich baziach szczęścia”.

Uwiódł mnie szczególnie ostatni rozdział – Głos Wiersza. Zdecydowanie „utkany z pieśni”! By ,,wyjść z szuflady” wraz z nią ,,na lepszą życia stronę”, w ,,oryginalnej niedoskonałości”. Poetka przywołuje w nim postaci Melanii Burzyńskiej i swojej mentorki, Elżbiety Daniszewskiej. Jest Osiecka, jest German – to z nimi poszukuje miejsc ,,Pani od Wierszy” (czyżby o sobie tak?). Taka Czartoszewska przywraca mi nadzieję odkrycia na nowo radości życia (pomimo zła!), bo ona ma naprawdę w sobie światło – swoje wiersze! Flirtuje z Szymborską raczej niż ze Słowackim, pisząc swój testament, wspomina Norwida – no cenię, ale zdecydowanie być bym nie chciał. Oby ten ,,Anioł Stróż od Jej wierszy” znajdował jej kolejnych czytelników, niech ze zdwojoną mocą ,,wieje weny wiatr”, ,,bez napinania na wiersz”! (wszak sam wspomina, że ,,im wyżej, tym oddychać trudniej”. Niech Jej ,,świta”, by potem i nam ,,wierszem”!

Wiadomo, że ,, cudzych smutków nie zmierzy się własną miarą”, ale autorce przecież udaje się skutecznie je rozgonić! Zatem niech żyje z nami o… ,,każdy wiersz w sam raz”, byśmy razem z Nią umieli ,,smakować teraźniejszość”!

Prawda, że smacznie? Jak ta chałwa, którą lubię mieć zawsze pod ręką – zupełnie jak ten tomik – moje lekarstwo na egzystencjalne bóle, czego i Państwu życzę z całym przekonaniem, nawet jeśli… nie lubicie… chałwy. No bo przecież…wierszy Czartoszewskiej nie można nie lubić!

Na koniec, za Jej Mistrzem – ks. Januszem St. Pasierbem – przytoczę znamienne słowa:

,,Człowiek zbudowany jest z nadziei. Ona jest jego siłą i motorem”.

To tę nadzieję dają wiersze Anny Czartoszewskiej, bo tylko: ,,Doświadczenie nocy, doświadczenie ciemności – dopiero one pozwalają nam dostrzec wartość światła”.

Przejdź do treści