Krzysztof Cieślak
Krzysztof Cieślak (ur. w 1962 r. w Golubiu-Dobrzyniu) – artysta malarz, grafik, fotograf, projektant. Od 1992 r. jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków (okręg toruński). Zaczynał od kopiowania mistrzów malarstwa holenderskiego XVII wieku, by później stworzyć własny język malarski, oparty na symbolice, klasycznej formie i refleksji nad ludzkimi relacjami.
W swojej twórczości szuka harmonii pomiędzy klasyką a nowoczesnością, dyscypliną a emocją. O początkach kariery, buncie twórczym, pracy w reklamie, czatowni dla ptaków i muzyce, która towarzyszy mu w pracowni, opowiada w rozmowie dla naszego magazynu.
W latach 90. założył studio graficzne „Wena”, które zyskało ogólnopolskie uznanie w branży reklamowej i wydawniczej. Po trzydziestu latach przerwy powrócił do malarstwa z nową energią, łącząc fascynację antykiem z refleksją nad współczesnym człowiekiem. Jego cykl „Spatia Antiqua”, wystawiony w 2019 r. w Galerii Sztuki Współczesnej we Włocławku, zapoczątkował nowy etap jego twórczości.
Artysta ma na koncie 19 wystaw indywidualnych i ponad 30 zbiorowych, a jego prace znajdują się w kolekcjach prywatnych i muzealnych, zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Rozmawia Grzegorz Misiak.
Kiedy zaczęła się twoja przygoda ze sztuką?
– Właściwie dopiero pod koniec liceum — i to bardziej od fascynacji historią sztuki niż samym jej tworzeniem. W młodości bardziej interesowały mnie dawne dzieła niż to, co nazywano wówczas „sztuką współczesną”.
A czym zajmowałeś się zawodowo po ukończeniu szkoły?
– Pracowałem jako plastyk w muzeum we Włocławku. Zarobki były niewielkie, więc wynajmowałem pracownię, w której malowałem kopie holenderskich mistrzów z XVII wieku. Te kopie szły jak woda — oprawiałem je i zanosiłem do galerii PSP, gdzie sprzedawały się błyskawicznie. Dzięki nim nauczyłem się warsztatu i poznałem technikę laserunkową. To była prawdziwa szkoła rzemiosła.
Kopie to jednak nie sztuka autorska. Kiedy więc zacząłeś tworzyć własne obrazy i co Cię do tego skłoniło?
– To zrodziło się z buntu.
Szef galerii PSP, pan Zieliński, zaproponował mi wystawę kopii holenderskich. Wziąłem się do pracy, ale przy jednej z kopii coś we mnie pękło. Zacząłem rozmazywać farbę, chlapać, niszczyć to, co przed chwilą namalowałem. Wyszedłem z pracowni zły i zmęczony. Następnego dnia spojrzałem na obraz – i pomyślałem: „To jest dobre!”.
Zapytałem w galerii, czy mogę pokazać swoje prace zamiast kopii. Zgodzili się. Wernisaż odbył się we wrześniu 1989 r. – wszystko się sprzedało. Został mi tylko jeden obraz.
Jak potoczyła się twoja kariera po tym debiucie?
– Wystaw było coraz więcej – Włocławek, Toruń, Sopot, Szwecja, Francja – ale sprzedaż stawała się trudniejsza. W 1992 r. zostałem przyjęty do Związku Polskich Artystów Plastyków w Toruniu.
Żeby się utrzymać, zacząłem projektować reklamy: panele świetlne, foldery, ulotki. Nauczyłem się obsługi komputera i programów graficznych. W końcu założyłem firmę „Studio Wena”, by móc wystawiać faktury. Malarstwo musiało poczekać – farby trafiły do piwnicy.
„Wena” działała przez kilkanaście lat i zdobywała nagrody. Jak wspominasz ten okres?
– To był intensywny, ale piękny czas. W pierwszym konkursie ,,Złote Orły ’98” dostałem dwa wyróżnienia w kategorii reklamy prasowej – rozdanie odbyło się w warszawskiej Zachęcie, a
przewodniczył mu Ryszard Horowitz.
Zacząłem też wydawać albumy. „Skarby Włocławka” miały cztery dodruki, potem przyszła „Księga zamków państwa krzyżackiego w Prusach”, nagrodzona pierwszym miejscem w
ogólnopolskim konkursie PTTK.
,,Wena” zdobywała kolejne wyróżnienia, a ja wprowadziłem modę na kalendarze tematyczne – na przykład „egipski” dla Anwilu i Drumetu. Ale po 16 latach działalność zamknąłem. Wiedziałem, że czas wrócić do sztuki.
Ale w międzyczasie pojawiła się także fotografia i… ptaki?
– Tak. Moim hobby stała się fotografia przyrodnicza, zwłaszcza ptaków drapieżnych. Mam własną czatownię – taki mały domek w lesie, z którego wystają tylko obiektywy. Wchodzi się tam o świcie i wychodzi po zmroku, by nie spłoszyć zwierząt.
Fotografie publikuję na Facebooku, na stronie ,,Czatownia Orle Pióro”. Organizuję też warsztaty fotograficzne, na które przyjeżdżają ludzie z całej Polski. To świetna odskocznia od sztalugi, taki „Discovery Channel” na żywo.
Pamiętam pewną historię – zasnąłem w czatowni, gdy nagle obudziła mnie wrona. Za nią, na gałęzi, siedział orlik grubodzioby – w Polsce istnieje ich zaledwie dziesięć par! Gdyby nie ta wrona, przespałbym jeden z najpiękniejszych momentów w mojej fotograficznej przygodzie.
Jak wyglądał powrót do malarstwa po tylu latach przerwy?
– Tęsknota narastała. Podróżowałem po świecie antycznym, odwiedzałem muzea, fotografowałem rzeźby.
W 2017 roku, po cichu, zacząłem malować. Kiedy miałem siedem obrazów, zaprosiłem do pracowni prof. Grzegorza Bieniasa z ASP. Powiedziałem: „Ty decydujesz – malować dalej czy przestać?”. On odpowiedział: „Maluj dalej”.
Wystawa, którą planowałem jako fotograficzną, ostatecznie stała się malarską. Wernisaż odbył się 8 marca 2019 r. w GSW we Włocławku. Pokazałem 26 obrazów, połowa to duże formaty. Przerwa w wystawach trwała dokładnie 30 lat.
Dlaczego malujesz właśnie takie obrazy – z antykiem w roli głównej?
– Uwielbiam rzeźbę antyczną. To dzięki niej tworzę relacje między postaciami, które tylko z pozoru są kamienne. Zaczynam od plam abstrakcyjnych, przypadkowych, z których rodzi się forma.
Rzeźby, które fotografowałem w muzeach, stają się punktem wyjścia. Lubię pracować ze szczegółem, bo nauczyło mnie tego kopiowanie mistrzów. Tak naprawdę maluję własne życie i relacje z ludźmi. Odbiorcy często odnajdują w moich obrazach siebie.
Malujesz przy muzyce, czy w ciszy?
– Zawsze przy muzyce. Zakładam słuchawki i odcinam się od świata. Słucham Bacha, Mozarta, Chopina, Góreckiego, ale też muzyki filmowej: Zimmera, Oldfielda, Vangelisa, Tangerine Dream. Muzyka mi pomaga – to rytm pracy, emocjonalne tło.
Choć Spotify to wygoda, najbardziej lubię słuchać muzyki z mojej starej wieży Technicsa z tonsilowskimi kolumnami. Ma duszę.
Masz na koncie imponującą liczbę wystaw i nagród. Które z nich są dla Ciebie najważniejsze?
– Każda wystawa jest ważna, ale najbardziej – ta ostatnia. Mam 19 wystaw indywidualnych i ponad 30 zbiorowych: Włocławek, Toruń, Sopot, Malmö, Kielce, Inowrocław… No i oczywiście wspomniana „Spatia Antiqua” w GSW.
Zdobyłem 16 nagród w konkursach lokalnych i ogólnopolskich – za malarstwo, grafikę komputerową i fotografię. To miłe, ale nie nagrody są celem. Najważniejsze, że znów mogę malować.
Jak postrzegasz dzisiejszą sztukę współczesną?
– Zajmując się techniką laserunkową, kopiowałem mistrzów XVII wieku. Wiele tajemnic zdradził mi nieodżałowany Roman Galiński.
Patrzę na współczesną sztukę z dystansem – często widzę w niej brak warsztatu, pośpiech i prowokację dla samej prowokacji. Lubię prowokację, ale z sensem. Na przykład obraz przedstawiający izbę gmin w Londynie z obradującymi małpami – to była prawdziwa metafora naszych czasów.
A jakie jest Twoje przesłanie w malarstwie?
– Maluję swoje życie. Skupiam się na relacjach międzyludzkich, emocjach i doświadczeniach współczesnego człowieka.
Rzeźba antyczna jest dla mnie tworzywem – przypomnieniem, że ludzkie relacje nie zmieniły się od tysięcy lat.
Najbliżej mi do neo-symbolizmu, choć coraz częściej zbliżam się do surrealizmu. Wiem, że mam rozpoznawalny styl – a to dla artysty najważniejsze.
Na zakończenie zapytam jeszcze, czym jest dla Ciebie sztuka?
– Sztuka to dla mnie wolność.
Moment, w którym znikają granice między przeszłością a teraźniejszością, między człowiekiem a jego wyobraźnią.