+48 736-84-84-44

Śladami Salwadora Dalego

Jedź ze mną do Hiszpanii, do Cadaqués – zaproponował Dirk, który jest jednym z moich dobrych przyjaciół. To z zawodu fryzjer, a z powołania artysta. Zajmuje się prezentowaniem sztuki plastycznej w naszym małym mieście. Niektórzy pytają: co ma fryzjer do malarstwa? A jednak ma. Dirk urządza w swoim salonie fryzjerskim, wernisaże sztuki współczesnej. Zaprasza malarzy z różnych zakątków świata: z Ameryki, Europy, Japonii. Dzięki niemu nasze małe miasteczko może zobaczyć coś więcej niż samorodną sztukę prowincji. Od kilku lat jest on stałym gościem w Cadaqués, uroczej miejscowości na wybrzeżu Costa Brava. Poznał tam wielu artystów, którzy byli związani z Salvadorem Dalim lub byli jego sympatykami. W Cadaqués Salvador Dali spędził większość swego życia: tam żył i tworzył. Aby zrozumieć sztukę Dalego, trzeba choć raz w życiu się tam wybrać.

     Jedziemy do Hiszpanii, po drodze odwiedzając Francję. W uroczej miejscowości Cave mieszka amerykańska malarka Helen Gilbert. Odwiedzamy ją w jej atelier. Pani Helena, to kobieta o cudownych, błękitnych oczach. Rozumiem, dlaczego jej dzieła są tak pogodne, pełne światła, one są po prostu odbiciem jej osobowości.

Towarzysz jej życia – Kenneth też jest artystą malarzem. Tworzą dobraną parę; oboje są wykładowcami w Akademii Sztuk Plastycznych w Honolulu.

Jedziemy we czworo na kolację do Fitu, przeuroczej osady położonej bardzo malowniczo. Wszystkie zabudowania są tam ze spłowiałego piaskowca i mają niepowtarzalny urok.

Restauracja w stylu prowansalsko – katalońskim, siedzimy przy świecach, jest swojsko i romantycznie. Przysłuchuję się rozmowie, trochę rozumiem, ale nie znam na tyle angielskiego, aby zabrać głos.

Następnego dnia żegnamy się i wyruszamy do Hiszpanii. Po drodze zajeżdżamy do przydrożnej winiarni, aby zaopatrzyć się w wino na długie, zimowe wieczory. Degustujemy różne wina, po paru próbnych łykach napoju bogów czuję jego działanie, a przed nami jeszcze 120 kilometrów do Hiszpanii.

***

Figueras – miasteczko tętniące życiem, miejsce urodzenia Salvadora Dalego i pierwszych lat jego życia. Teatr Muzeum Dali to największa atrakcja tego miasta. Przed Muzeum stoi prawie trzystumetrowa kolejka, która jednak posuwa się szybko. W Muzeum nie może przebywać więcej niż 500. zwiedzających. Na pierwszy rzut oka budynek robi zaskakujące wrażenie: czerwona fasada budynku i wieży z katalońskimi gipsowymi chlebkami, a na dachu wielkie, złote jaja. Muzeum samo w sobie jest dziełem sztuki i wspaniale oddaje wizje artysty, demonstrując symbole jego życia – jaja i chleb.

Muzeum to dawny teatr miejski, który Dali jeszcze za życia zakupił i przemienił w przybytek własnej sztuki, dedykując swojej ukochanej muzie Gali. Po przekroczeniu progu od razu daje się wyczuć panującą tu niesamowitą atmosferę i wibrujące energie. Zaraz przy wejściu stoi czarny cadilac, a na nim posąg bogini odrodzenia Easter, która wita gości. Obok, na wielkim cokole z opon i butelek, ustawiona jest odwrócona do góry nogami łódka, symbolizująca połączenie ziemi i nieba. Wszystkie te wytwory surrealizmu wprowadzają wibracje, pobudzają psychikę odbiorcy. Dali lubił, aby wokół niego zawsze coś się działo, aby był ruch.
     Malarz został również pochowany tu, w Muzeum, gdzie dzień w dzień przewijają się tysiące ludzi. Ten tłum przepychających się ludzi i prowokujące wizje Dalego robią niesamowite wrażenie.

Surrealizm w ogóle przepojony jest fantazją, grozą i mistyką. Można poczuć się pijanym od zderzenia z jego sztuką. Wszystko jest przewrotne i szalone. Czyżby Dali miał w oczach pryzmaty, przez które patrzył na świat? Rozszczepiona prawda, świat rozszczepionego, brutalnego realizmu. Wszystko naznaczone stygmatem dziwnej osobowości tego malarza, oscylującego pomiędzy namiętnością pożądania i cierpieniem niespełnienia. Z każdego zakamarka muzeum wyziera duch psychoanalizy.

     Chodziłam po wąskich korytarzach, zawieszonych od góry do dołu dziełami Dalego, a także obrazami jego przyjaciół. Każde pomieszczenie to jakby wejście do innego wymiaru, do świata jego fantazji.

Miałam wrażenie, że sztuka Dalego jest jak narkotyk, im więcej się go ogląda, tym bardziej się go pragnie. Wyszłam z Muzeum oszołomiona jego niesamowitością i wibracją surrealistycznych dzieł.

***

Droga do Cadaqués jest pirenejską drogą pełną serpentyn i urwisk. Najpierw prowadzi pod górę, a potem krętą spiralą gwałtownie spada. Nie ma mowy o wyprzedzaniu, gdyż można to przypłacić życiem, jak kamień osuwając się w przepaść.

Na którymś końcowym zakręcie ukazał się Cadaqués – kościół, biała zabudowa, skrawek morza. Wyglądało to wszystko jak ćwiartka słodkiego, kremowego tortu.

A w Cadaqués urlopowy chaos sierpniowej niedzieli. Kolumnady ciągnących się żółwim tempem samochodów. Ciasno, brak parkingów, wszędzie pełno ludzi.

Miasteczko leży na skałach Pirenejów. Uliczki, wyłożone płytkami naturalnych skał, ciągną się w dół i w górę. Wszędzie uroczo i malowniczo. Zabudowa typowa dla południa: białe domy z płaskimi dachami wyłożonymi jasnobeżową dachówką. Na samej górze kościół Santa Maria ze wspaniałym barokowym ołtarzem, który kiedy jest oświetlony, to sprawia wrażenie lejącego się złota.

Znajdują się tu dwa obrazy Dalego. Mój towarzysz Dirk cierpliwie pokazuje mi wszystko, choć sam ogląda to już któryś raz. Stromymi uliczkami schodzimy w dół, aby spotkać się z jego znajomi, z którymi jesteśmy umówieni.

Wieczorem odwiedzamy galerię Amerykanina Carlosa Lonzano, który w Cadaqués mieszka od wielu lat. Kiedyś należał do dwunastu uczniów Dalego, do grona jego apostołów, i lubi wspominać ten czas.

W galerii Carlosa jest wystawa Pandory. Dostaliśmy od niej osobiste zaproszenia na wystawę w Cadaqués. Pandora też należała do kręgu Dali, była jego modelką i przyjaciółką. Poznałam ją przed trzema laty na wernisażu u Dirka. To bardzo oryginalna postać. Mówi o sobie, że jest reinkarnowanym ptakiem. I rzeczywiście. Jest bardzo wysoka, ma długie ręce jak skrzydła, długie nogi jak bocian lub czapla, bardzo wysokie czoło, ogromne oczy i wielki, wydatny nos jak dziób. Jest weganką, nie jada jajek. Jajo jest dla niej symbolem życia.

Carlos ucieszył się na nasz widok, zaraz zadzwonił po Pandorę. Przyszła z przyjaciółką, czarującą Amerykanką Margot, o pięknych, kasztanowych włosach. Powitanie, radość ze spotkania, wymiana uścisków, ciepłe słowa. Poszliśmy razem na kolację do „Casa Nu”, przytulnej restauracji z prawdziwą katalońską  kuchnią, dużą ilością potraw rybnych i jarskich.

Rozmawiamy, choć ja właściwie nie znam angielskiego. To dziwne, ale prawdziwe, nie znam języka, ale czujemy i rozumiemy się nawzajem gdzieś w sferze pozawerbalnej. Jutro Pandora będzie naszą przewodniczką po okolicy, właściwie moją, bo Dirk zna tu już wszystko. A więc jutro ruszamy śladami Salvadora Dali.

 

***

Kabriolet Dirka nie bardzo nadaje się na tę wyboistą drogę. Jedziemy z Pandorą, którą tu wszyscy znają i z daleka pozdrawiają. Słońce świeci, wiatr przebiera we włosach, jedziemy w kierunku Port Lligat. Jest tam dom, w którym Dali spędził większość swego życia. Pandora mówi, że nie lubi tam jeździć, bo to smutne, gdy odszedł ktoś, kogo się uwielbiało.

Zatrzymujemy się tylko na krótko, patrzymy na dom w oddali, na smukłe cyprysy i wielkie jajo na dachu. Oddaję hołd pamięci mistrza i posuwamy się dalej wzdłuż skalistego wybrzeża. Przedziwne kolorowe głazy, skaliste plaże, malownicze urwiska, małe dolinki porośnięte drzewami oliwnymi- wszystko, co można odnaleźć w obrazach Dalego.

Skały katalońskich Pirenejów są bogate, granit we wszelkich barwach, łupki krystaliczne; takiej różnorodności barw nigdy nie widziałam w naturze. Są tu malarze, którzy właśnie ze skał otrzymują naturalne barwniki do farb i malują obrazy w kolorach Pirenejów. Jednym z nich jest Wolfgang Berus. Poruszaliśmy się w dzikim pejzażu, skacząc z kamienia na kamień. Pandora prowadziła nas szlakiem Dalego, tam gdzie chodziła razem z nim. Pokazywała różne ciekawe skały, które można odnaleźć na jego obrazach. Chwilami musieliśmy się przeciskać pomiędzy wyłomami skalnymi. W pewnym momencie było to ponad moje możliwości, usiadłam na skale i nie miałam odwagi iść dalej. Pandora i Dirk zeszli jeszcze niżej, żeby popływać w morzu. Lubię podziwiać krajobrazy, ale takie zetknięcie z dziewiczą naturą było dla mnie zbyt szokujące. Siedziałam na skale, jak wystraszony ptak. Wszędzie wyłomy skalne: z jednej strony morze, a z drugiej przepaść.

Wracamy. Jest gorąco, ale pięknie. Słońce podkreśla barwy, cała gama terrakoty, żółci, zieleni, brązu. Nie dziwię się artystom, w tej pięknej krainie kamieni można znaleźć natchnienie i tworzyć. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Wiem, że kiedyś tu jeszcze wrócę.

Następny dzień przeznaczam na zwiedzanie muzeów. W Cadaqués i  okolicy jest ich kilka.

Odwiedzam Muzeum Miejskie, jest tu wystawa retrospektywna artysty z lat 1916 -1980. Wystawa pokazuje przekrój całej twórczości Dalego, poczynając od rysunków, które malował, mając 12 lat, gdyż już wtedy miał wystawę, która była w budynku obecnego Teatru Muzeum w Figueres. Dzieła z różnych okresów życia znakomicie obrazują rozwój artysty. Nie mogłam rozstać się z tym muzeum. Był czas sjesty. Pracownik muzeum ostentacyjnie wyjął chleb, popatrzył na mnie i mruknął znacząco – sjesta. W muzeum nie było już nikogo poza mną.

W pobliskiej restauracji było przytulnie. Zjadłam gaspacho, zimną orzeźwiającą zupę pomidorową, szparagi, krem katalana z prawdziwą skorupką z cukru. I poszłam popatrzeć z góry na Cadaqués.

Wieczorem idziemy do galerii Carlosa, Dirk załatwia swoje interesy, a ja nie mogę się oprzeć kupieniu jednego z obrazów Pandory z cyklu Kapitol. Kobieta z głową diabła. Przypomina mi to Diabła z kart tarota. Ten obraz niesie coś z mistyki, coś z grozy lub z innego świata. Jest jakby odbiciem Pandory, która ma w sobie coś surrealistycznego. Jej niesamowity wygląd przekłada się na jej osobowości i niebanalny sposób bycia. Jest człowiekiem wolnym, bez granic i uprzedzeń, otwartym na wszystko.

***

Idziemy ulicami Cadaqués. Pandora prowadzi mnie jak w tańcu, jak w polonezie. Trzymam dłoń na jej wyprostowanej, uniesionej ręce, idziemy środkiem ulicy. Zatrzymują się ludzie, samochody. Pandora jest tu znana, pamięta ją dobrze starsza generacja. Młodzi patrzą na nas jak na zjawisko z innego świata. Obie chyba wyglądałyśmy jak surrealistyczne anioły z płócien Dalego. Przemaszerowałyśmy przez całe Cadaqués aż do kawiarni – Casino na głównej ulicy. Wokół Pandory zaraz pojawiły się różne postaci.

Pandora przedstawia mi dawnych przyjaciół Dalego, ludzi związanych z jego środowiskiem. Przez pół godziny przewija się cała plejada osobistości Cadaqués. Wszyscy oni mieli coś wspólnego z Dalim, a przynajmniej żyli w jego cieniu.

Dali odszedł, ale duch jego czasu pozostał na zawsze w Cadaqués. To wielkie przeżycie spotkać ludzi z kręgu Dalego, chodzić uliczkami, po których on chodził. Czułam się niemal jakbym go poznała osobiście, tak stał się mi bliski. Zawsze fascynowała mnie jego ekstrawagancja i prowokacyjny ekshibicjonizm, jego przedziwne surrealistyczne wizje inspirowane popędem biologicznym, za nic mającym tradycyjne hierarchie wartości.

     Tych kilka dni w Hiszpanii i spotkanie z Salvadorem Dali przekonały mnie, że nasze życie to – czysty surrealizm. Tylko rzadko kto potrafi spojrzeć na nie oczyma Salvadora Dalego, oczyma ekscentryka, a zarazem geniusza minionego wieku.

Przejdź do treści