Dla Krzysztofa Łukasiewicza zafascynowanego kosmosem
Zegar zatrzymał się na siedemnastej trzydzieści. Tylko sekundnik nadal pracował, ale utknął zaraz za szóstką. I tak robił sekundę do przodu i cofał się, zupełnie jakby nie umiał się zdecydować, czy ruszyć w dalszą podróż po tarczy zegara. Tykał, że można się wściec.
Wszyscy zauważyliśmy to drżenie sekundnika, ale pierwsza odezwała się Natalia, moja jakby siostra. Miała dziesięć lat, mnóstwo spinek z biedronkami czy pszczółkami i powodów do śmiechu.
– Nie działa! – roześmiała się.
– No, nie działa – zawtórował stary, odwracając się na krześle. Wszystko zawsze musiał zatwierdzić. – I dobrze, wyniesie się to na śmietnik. Na co komu teraz takie zegary, teraz ma się zegar w komórkach.
Święto! Miał rację! To nie był żaden zabytek, pamiątka rodzinna, tylko kloc wybijający godziny. Zwykła rzecz kupiona w sklepie „U Zosi”, „U Basi” czy „U Krysi”, tak jak zmywaki, wiadra czy mydelniczki.
– Nie, zostawmy to tak – powiedziała macocha. – Teraz wygląda jak sztuka nowoczesna.
Wróciliśmy do kolacji. Było po szóstej. Macocha nie uznawała późniejszego jedzenia, bo niezdrowe, bo szkodzi na sylwetkę i zsyła złe sny, męczące, takie, z których najtrudniej się obudzić. Pewnie to dzięki niej stary się nie roztył. Jedliśmy razem jak na amerykańskich serialach familijnych z lat dziewięćdziesiątych – tylko że nie mieliśmy sobie wiele do powiedzenia. Bardziej się nie lubiliśmy niż lubiliśmy, z wyłączeniem Natalii, ale co taka gówniara mogła wiedzieć…
Stary powtarzał: Jesteśmy rodziną, jakby było się czym chwalić. Wybrakowana rodzina. Mama była daleko. Jak miałem pięć lat, mówiła dużo o skurczonych horyzontach (wtedy myślałem, że chodzi o jakąś część ciała), aż się rozwiodła i ruszyła w trasę, jakby miała ratować świat. Stary szybko przygruchał sobie macochę, urodziła się Natalia. Z rodziny była jeszcze siostra starego, ale mieszkała w Australii. Stary zmuszał nas do rozmawiania z nią przez Skype’a, machaliśmy do niej jak małpy i udawaliśmy, że się cieszymy.
Nie lubiłem macochy, choć żadna z niej franca z „Kopciuszka”. Nawet głupio mi było, życzyć jej jak najgorzej. Była dla mnie ciocią, ale ostatnio zaproponowała, żebym jej mówił po imieniu. Zajebisty dodatek do prezentu na siedemnaste urodziny – jak te badziewia za dwa złote, co się je dorzuca do torebki, żeby były, jakieś breloczki, słodycze, coś takiego.
Na początku miałem nadzieję, że mama wróci, nawet się o to modliłem, konszachty z panem Bozią. Tylko że mama była w wiecznej trasie, zwykle zwiedzała miejsca wystarczająco dalekie, żeby je uznać za egzotyczne. O niektórych nawet nie słyszał mój atlas geograficzny. Pewnie teraz klepała jakiegoś Pigmeja po łopatce, marzła w igloo albo pływała żabką wśród delfinów. Podobno zawsze o mnie pamiętała. Przesyłała pocztówki, nijakie i pełne głupich rad. Ostatnio dostałem kartkę z sawanny. Kochany Oktawku, fajnie tu. Wiedziałeś, że żyrafy rodzą na stojąco? Żyrafiątko wypada z waginy żyrafy z 1,5 metra! Nie ma jak upadek na start! U Ciebie pewnie zimno, pamiętaj, żeby nosić czapkę i rękawiczki w mrozy. Całuski. Twoja Mariola. Wszystko się skończy, gdy pewnego dnia będzie gotować się w garze u kanibali. Potem wyciągnę ze skrzynki ostatnią już kartkę: Cześć Skarbie, ta zupa jest chyba za słona, ale ponoć smakuje wspaniale. Wszyscy Cię pozdrawiają. Buziaczki. Twoja Mariola.
– A właśnie, Oktaw, dostałeś pocztę – odezwała się macocha. – Nie od Marioli – dodała niby obojętnie, bo to żaden temat tabu, jesteśmy dorośli itepe. Stary się wzdrygnął. – Prawdziwy list. Prawie go wyrzuciłam, bo teraz tak sprytnie przesyłają jakieś zaproszenia jak normalne listy, tym bardziej, że był bez znaczka, po prostu wrzucony do skrzynki. Chyba od twojego kolegi… Błażeja. Tu jest.
Podała mi rozerwaną kopertę.
Gira nie znosił swojego imienia i nazwiska i prawie go nie używał. Ja też dla wszystkich byłem Kowalem – od nazwiska najpospolitszego z pospolitych.
List był krótki, miał dzisiejszą datę i nagłówek tak samo głupi jak podpis.
Szanowny Oktawianie,
piszę do Ciebie, ponieważ postanowiłem się zabić. Nigdy nie napisałem listu, od czasu kiedy w szóstej klasie mieliśmy napisać list do Ani z Zielonego Wzgórza, i dostałem pałę, ale samobójstwo to co innego. Trzeba zostawić list, tak jak trzeba się zabić.
Błagam, przyjdź dziś o osiemnastej do Praksedy, w imię naszej przyjaźni, tych wspólnych szkolnych lat. Chciałbym się z Tobą pożegnać. Ufam, że wysłuchasz mego ostatniego życzenia i zjawisz się. Oczekujemy Cię z Praksedą w „Świetnym zakątku”.
Z poważaniem
Błażej Nożyński
– Gira chce się zabić! – wyrzuciłem z siebie.
Natalia eksplodowała śmiechem. Gębę miała uwalaną ketchupem, a w środku jeszcze niepołkniętą papkę z kanapek.
– Ten miły Błażej? Taka tragedia!
Macocha wzniosła oczy do sufitu.
– Do matury by się uczył, maj już niedługo, a nie tam jakieś fanaberie! – burknął stary.
– Mają jeszcze pół roku, Heniu! Teraz ludzie tak łatwo się zabijają, takie czasy – ciągnęła wstrząśnięta. – Zatraciliśmy kontakt z naturą, z tym, co pierwotne! Presja nas uciska, wyścig szczurów dusi, więc człowiek za wszelką cenę chce się wyrwać.
– Presja! Presja! – powtórzyła Natalia i zaczęła się śmiać, aż dostała czkawki.
Macocha przejęła list, gestem osoby dorosłej mającej władzę. Czytała i potrząsała głową ze zgrozy i zdumienia.
– Musisz iść Oktaw. Musisz iść, żeby spędzić z nim te jego ostatnie godziny. Przekaż mu ode mnie, że najlepiej umrzeć we śnie. To jest najlepsza śmierć, taka estetyczna – zatrzymała się na tym słowie, jakby jego wypowiedzenie sprawiało jej trudność. – Choć czasem człowiek, jak się nie obudzi, to nie wie, czy to śmierć, czy co.
– Uczyłby się do matury, kimś by został, a nie tam!
Kiedy wychodziłem, rozmawiali o szkole mojej jakby siostry, żeby ocieplić atmosferę. Odcinek serialu jeszcze się nie skończył – tylko ja na chwilę wypadłem z obsady.
*
Prakseda musiała być kiedyś piękna. Wyobrażałem ją sobie jako dziewczynę o pięknych złotych lokach i szczupłej figurze, obarczonej wielkimi piersiami. Tak pewnie wyglądała, kiedy ja brudziłem pierwsze pieluchy. Teraz minęła się już z czterdziechą i zrobiło się jej dużo więcej. Scarlett Johansson zmieniła się w podstarzałą, sympatyczną miss Piggy. Miała w sobie coś z ciepłej, dobrodusznej cioci, do której rozległego biustu chciało się przytulić. Częściej jednak tego biustu chciało się dotykać, szczypać, miętosić. Prakseda deklarowała, że lubi seks. Po godzinach przyjmowała na swoim stryszku interesantów, ale była dyskretna i nie dzieliła się pikantnymi opowieściami.
Prowadziła knajpę od paru lat. Mówiła, że chciałaby, aby to miejsce było: dobre, przyjazne i ciepłe, kochane przez ludzi. Chyba naoglądała się komedii romantycznych, w których babeczka otwiera kawiarnię, księgarnię czy restaurację, ludzie się cieszą, a na końcu wygrywa jakiegoś Hugh Granta czy innego Toma Hanksa.
Jej speluna nazywała się „Świetny zakątek” (ale od czasu, gdy ktoś zabrał „n”, został „Świętym zakątkiem”). Kiedy w tym naszym wygwizdowie z pompą otwarto ogromny kościół, stara kaplica nie była już nikomu potrzebna. Macocha powiedziała wtedy przy śniadaniu, że z kościołami jak z supermarketami – są ogromne i miażdżą te małe urocze kaplice.
Prakseda kazała wyrwać krzyż, wynieść ołtarz, zmienić podobizny świętych na obrazy od sprzedawców ulicznych, wstawić byle jakie stoły i krzesła, wtaszczyć szafę grającą, załatwiła koncesję i gotowe. Potem zabazgrała ściany niby to podpisami sławnych ludzi – taka odrobina marketingu. Ktoś potem z nudów gapił się w ścianę i czytał: Było super! Krzysiek Krawczyk, U Praksedzi najlepsze piwo – Smerfetka, I love you Prakseda – Mick Jagger, Tu byłam. Julia Roberts.
W weekendy do „Zakątka” nie można się było dostać. Właśnie na weekendach Prakseda zbijała kokosy – w tygodniu głównie hulało sobie tam powietrze.
Teraz też było pusto. Jazgotała muzyka z szafy grającej. Bar okupowali tylko Prakseda i Gira. Gawędzili sobie w najlepsze przy piwie, pogryzając chipsy. Ona się roześmiała. Przez chwilę poczułem się, jak narzucający się młodszy brat. Prakseda mnie dostrzegła.
– Gira chce się zabić! – zawołała.
Przeszedłem przez labirynt stolików i rozsiadłem się przy barze. Na ladzie leżała płachta brukowca, jak obrus w drukowane szlaczki. Wymieniliśmy z Girą uścisk dłoni, a z Praksedą monety (dużo sobie liczyła za byle piwo). Podała mi pełny kufel, rozlewając trochę piany na barze.
– Co za durny pomysł z tym listem, stary! – zwróciłem się do Giry. – Gdzie ty utknąłeś, ludzie wynaleźli maile!
– Słyszałeś kiedyś o mailu samobójczym, idioto?
– Chłopcy, nie kłóćcie się! – Prakseda ujęła każdego z nas za rękę, jakby chciała przekazać pozytywną energię. – Nie dziś, nie w takim dniu.
Zadowolona z siebie, pogrążyła się w lekturze jednego z tych swoich szmatławców.
– Niby gazeta za dwa złote, a ile się o życiu dowiem. To są właśnie gazety dla ludzi! – grzmiała. – Nie to, co te polityki, premiery, ministry, profesory – się mądrzą i nikt z tego nic nie kapuje! Prawdziwe życie jest tu, o! – Pacnęła w artykuł o aktorce serialowej, która przekroczyła prędkość. Zaczęła czytać, dodając czasem pod nosem wymiennie: a to krowa/ pizda/ wywłoka. Byliśmy przyzwyczajeni do jej gadek.
Wkurwił mnie ten Gira. Z nim to tak zawsze. Kumplujemy się, ale jak coś walnie, to się zastanawiam, na co mi takie kumpelstwo, które tylko dlatego jest, że było od zawsze. Teraz naprawdę się o niego martwiłem, że taki biedny, że chce się zabić, że ojej, a on wściekły jakby siedział na pinezkach. Chciał się popisać, to sobie wymyślił samobója strzelić. Chociaż… jego życie jest tak nudne, że nie ma się co dziwić, że został mu tylko samobój. Przynajmniej na koniec przytrafi mu się coś ekscytującego.
Gira był po prostu Girą. Takim sobie Błażejem, który równie dobrze mógłby być takim sobie Wojtkiem czy Adamem. Siedzieliśmy w jednej ławce, ściągaliśmy od siebie na klasówkach, wyzywaliśmy między sobą nauczycielki, wymienialiśmy się świerszczykami, łaziliśmy na piwo. Wszystko, żeby jakoś tak zleciał – poniedziałek do wtorku, wtorek do środy, środa do czwartku, czwartek do piątku – i żeby wreszcie był weekend. Ja też byłem po prostu Kowalem – a równie dobrze mogłem być kimś innym.
Gira i myśli samobójcze?! Odjazd! Jakoś tak wyszło, że nigdy nie gadaliśmy o życiu. Mieliśmy zdać maturę, a potem co? Nie było pomysłu – tak jak wtedy, gdy się nie nauczyłem na klasówkę – a nie wiedziałem, co napisać. Przyszłość jako szara plama. Człowiek o czymś myśli, a później i tak sobie to wszystko jakoś tak układa, żeby żyć do weekendu. Stanę się może kimś, jak mój ojciec albo – w gorszej wersji – jak ojciec Giry, parkingowy i trochę moczymorda. Po co snuć plany, skoro wszystko i tak dzieje się po swojemu?
Gira i samobój. Szkoda. Może to była prawdziwa przyjaźń. Albo coś w rodzaju przyjaźni.
– Ludzie są tacy biedni, ledwo na chleb mają, a ci tak bogaci, że to aż grzech! – piekliła się Prakseda i splunęła politykowi w płaską gazetową twarz. – Ja już bym zrobiła porządek! Ja bym takim wszystko zabrała, wszystko! Żeby taki jeden z drugim skosztował tego i owego! Mądrzejsi by byli, ha! Zobaczyliby, co to jest tak żyć, że tylko sobie w łeb palnąć!
Dotarło do niej, że palnęła. Zamilkła i zatrzasnęła gazetę. Postawiła przed Girą kolejne niezamówione piwo, wyciągnęła od niego banknot i wydała resztę, wszystko ze sprawnością chirurga.
– Życie jest do dupy – westchnął Gira.
– O, to, to, ciągle powtarzam! Każdego dnia człek marzy, czeka i – jak to wy mówicie- dupa!
– A do Martyny też wysłałeś list samobójczy? – spytałem, żeby wtrącić się w dyskusję.
Martyna była dziewczyną Giry. Żadna tam wielka miłość, chodzili ze sobą, żeby się czymś zająć, no, ale mu zazdrościłem. Bo czego innego zazdrościć Girze? Był taki zwykły, trochę głupi. Miał co prawda matkę, ale jedną z tych, które wyglądają na starsze niż są w rzeczywistości, a do tego głównie bywają zmęczone i krzyczące. Moja mama to przynajmniej latała samolotami, nawet jeśli tylko klasą turystyczną.
Miał jeszcze fajną koszatniczkę. Nazywała się Lola.
Żeby nie było, Gira też mi zazdrościł – przynajmniej bogatszego ojca, mieszkania na nowym osiedlu i własnego pokoju. Nieważne, że mój stary wszystko osiągnął raczej fartem niż szczególnymi zdolnościami. Bardziej był z niego cwaniak niż biznesmen.
– Martyna nic nie wie. Nie mówcie jej, bo będzie jej przykro. Ostatnio mówiła nawet o ślubie, a ja muszę się zabić. I nigdy nie zobaczę jej w żadnym filmie! Zostaną mi tylko te, które razem obejrzeliśmy w kinie! – westchnął i zagapił się na napis: Tu jest super, Bogusław Linda.
Co jej strzeliło do głowy z tym aktorstwem? Nudziła o tym, jakby już to miała, jakby w Hollywood już grzali dla niej miejsce. Ładna może i była, ale żeby znowu jakaś mega laska, to nie. I nigdzie nie grała. Pewnie utknie tutaj albo jako ekspedientka czy kelnerka, albo wyjedzie i zostanie jedną z wielu korporacyjnych myszy. Miała jeszcze w opcjach karierę żony – tylko kogoś innego niż Gira.
– Nawet dobrze, że ślubu nie będzie! Te aktory! – Prakseda potrząsnęła złoto-posiwiałymi lokami. – Już nigdy byś nie wiedział, kiedy taka gra, a kiedy nie! One same o tym zapominają! A jak jeszcze się całuje z obcymi chłopami, fu! Albo nawet babami, bo to teraz różnie! I wszyscy zaraz się rozwodzą! O, tu nawet piszą! – uchwyciła się tej swojej gazety. – Widzicie, jaka suka pierdolona! Znów się puściła! I ty miałbyś taką znosić? – dźgnęła palcem w oko aktorki, przebijając papier. Aktorka nijak nie przypominała Martyny, ale po tym papierowym okaleczeniu, Martyna była od niej ładniejsza.
– Teraz mi nawet trochę szkoda – dodał Gira.
Prakseda oderwała się od brukowca i ujęła jego rękę gestem miłego polityka.
– Nie, nie, niech ci nie będzie szkoda! Nie ma czego! Nie ma nic lepszego! Ludzie ciągle boją się śmierci! I ciągle umierają! Nawet dzisiaj było w gazecie, ta aktorka… A nie, to nie ona umarła, tylko ta, co ją grała w serialu. Boją się, co się im stanie, czy to, czy siamto! A ty będziesz wiedział, że to dziś i masz spokój. Ja i Kowal dalej będziemy się bać. A i my możemy umrzeć choćby dziś! – roześmiała się serdecznie.
– Moja macocha mówi, że to dobry uczynek, że gdy się kogoś zabije, to mu się pomoże – wtrąciłem, a Prakseda gorąco mnie poparła.
Popijaliśmy nasze piwa, zażerając się chipsami, a Prakseda nalała sobie wódki do szklanki i wychłeptała. Szafa grająca szczekała męczącą muzyką. To, że Gira siedział obok mnie, nagle wydało mi się dziwne, jakby już umarł, a jego duch przyszedł sobie pogadać z Praksedą.
*
Czas płynął, choć dla Giry chyba trochę niecierpliwiej. Zeszliśmy z jego śmierci. Obgadywaliśmy znajomych, filmy i wcześniejsze numery brukowca, ten nasz grajdoł i świat. Gira włączył się w rozmowę, nawet się śmiał. Na chwilę wszyscy troje zapomnieliśmy, że ma umrzeć. Dopiero potem Prakseda zauważyła, że on się robi taki otwarty, radosny, bo ludzie, którzy pogodzili się ze swoją śmiercią, tak mają. Stwierdziła, że cieszy się jego szczęściem – ale już po chwili nie wyglądała na uradowaną.
– Jak zobaczysz Boga, to mu tam powiedz ode mnie! – odezwała się takim głosem, jakby zaraz się miała rozpłakać. – Bo chyba o nas zapomniał na tym pustkowiu! To nawet nie jest świat! Świat to my sobie oglądamy tylko w telewizji, w gazetach!
Czasami miałem wrażenie, że w środku Praksedy jest inna Prakseda, trochę cichsza, która potrzebuje gorzały, żeby się pokazać. Jednak ona zaraz schowała tamtą siebie i zaczęła jazgotać:
– Żebyś ty mi się tylko nie rozmyślił! Zresztą, tak się nie robi! Nie możesz tak mówić, że raz chcesz, raz nie chcesz, tu listy wysyłasz, tu nie wysyłasz! Tylko źli ludzie tak postępują, i debile! A ty złym człowiekiem nie jesteś, Gira! Nie to co inni! I za nic się tam nie bój! Umrzeć, to jakbyś rozbił łokieć, trochę poboli i przestaje, zaraz się o tym zapomina.
Wtedy ja wyskoczyłem z radą macochy o śmierci we śnie. Prakseda niemal biła mi brawo, na jedno moje zdanie miała cztery własne. Graliśmy w jednej drużynie, jakbyśmy bawili się w ukrzyżowanie Giry. Uradowana Prakseda, w nagrodę, wyjęła spod lady torbę fistaszków.
– Ostatnia wieczerza! – zachichotała, stawiając miskę i przerzuciliśmy się z nieistniejących już chipsów na orzeszki.
Długo nic nie mówiliśmy, zajęci jedzeniem. Trzaskało, chrupało. Ja rozłupywałem fistaszki w palcach, Gira przełamywał swoje na pół, a Prakseda rozgryzała, wypluwając skorupki prosto do miski. Musiała tak robić jako mała Praksa. Kiedyś karmiłem z mamą wiewiórki w parku. Pytałem, czemu na wiewiórki woła się Basia, a mama nie umiała mi odpowiedzieć. Już wtedy była nieobecna, wcale nie patrzyła na wiewiórki, miała je gdzieś.
– Kowal, pomyśl! – odezwała się Prakseda, wyrywając mnie ze wspomnień. – Jutro, no, pojutrze, będziemy tu siedzieć i czytać o śmierci Giry! Na pierwszej stronie! Dadzą takie twoje wielkie zdjęcie Giro, wielki tytuł! Ktokolwiek w całym kraju będzie przechodził koło kiosków, empików, żabek, zobaczy cię, dowie się! Będziesz sławny jak Kurt Cobain, jak Werter! Może i z twojego powodu będą się zabijać!
Omal nie parsknąłem śmiechem. Gorzała tu jej już chyba tańczyła we krwi! Kto by tam się zabijał z powodu takiego Giry?!
– Tu się tak nic nie dzieje! Nawet jak ktoś umiera, to dziadki stare, babcie! Ta dziura jest jak skansen, nam tylko powymierać ze starości, a po nas zostaną przedmioty, gazety! A tu nagle taki młody chłopak! Dziennikarze przyjadą, telewizja! Będzie święto! I pomyśl o Martynie! Jaka to dla niej rola! Włoży okulary słoneczne jak prawdziwa gwiazda, tak się robi na pogrzebach! I tyle lat ludzie będą gadać, wspominać! Będą przyjeżdżać, żeby odwiedzać to miejsce! I będą pytać: gdzie grób Giry, gdzie on mieszkał, gdzie się zabił, gdzie chodził na piwo?! – rozmarzyła się. – Jaka szkoda, że ty tego już nie zobaczysz!
– No, szkoda. To może…
– Och, nie! – przerwała. – Ale czego ty nie zobaczysz, Giro?! Wielkie nieba! Będziesz pływał na chmurach, śpiewał pięknie z aniołami! Jak w tych książkach, co to ludzie byli tam, i wrócili! Dadzą ci aureolę, Boże, nikt tu nie ma takiej aureoli! Wyrwiesz się stąd kochany, z tej dziury, z tego niczego na szeroki, najszerszy świat! Och, Giro! Jestem zaszczycona, że swe ostatnie godziny spędzasz właśnie tutaj! A jak w rocznicę twojej śmierci przyleci gołąb pod mój „Zakątek”, będę wiedziała, że to ty odwiedzasz swoją Praksedę! Tylko masz mi nie brudzić, bo się pogniewamy!
Pogroziła mu palcem.
Niemal pozazdrościłem Girze jutrzejszego nieba. A zresztą! Zanudzi się tam na śmierć! Co to za zajęcie śpiewać z aniołami przez wszystkie: poniedziałki, wtorki, środy i tak dalej. No i w niebie chyba nie zrobili weekendów.
Prakseda skakała koło Giry, jakby był aktorem z jej świętych gazet, jakimś Leonardo DiCaprio, co wstąpił w skromne progi „Świetnego Zakątka”. Mogłem stąd spadać, ona nie powiedziałaby mi nawet: spadaj. Ważne, że miała swojego samobójcę.
– Ja też coś postanowiłem – odezwałem się.
Podziałało, spojrzeli na mnie. Chciałem im powiedzieć, że też się zabiję, ale dałem sobie spokój. Jeszcze by Gira pomyślał, że od niego odgapiam.
– Też rzucam to życie! Wyjadę gdzieś i zostanę pasterzem! Rzucę wszystko! Szkołę, te nasze diabły, co mówią tu dobranoc, starego, macochę, moją jakby siostrę, i mamę! I na pastwiska zielone! Będę pilnował owiec i czytał książki. Dziś tu, jutro tam! Mama się może wreszcie zacznie o mnie martwić, bo nie będzie miała pojęcia, gdzie wysyłać te swoje głupie pocztówki.
Prakseda rzuciła mi takie spojrzenie, jakbym wyrzygał się jej za bar.
– Jakim trzeba być skurczybykiem, Kowal, żeby tak się wcinać!
Wskazała na Girę.
– On umrze, a ty z jakimiś baranami wyskakujesz! Nie jesteś oryginalny! Każdy o tym czasem marzy.
– Stary, myślałem, że ty jesteś prawdziwym przyjacielem, w zaufaniu podzieliłem się jak z przyjacielem swoim samobójstwem, a ty przychodzisz z baranami, z pasterzem! – dorzucił Gira. – Ty jesteś jednak bardzo tutejszy, Kowal. Tyle zawiści, zazdrości, choć się gówno ma i co najwyżej można tego gówna pilnować!
Nawet bym mu dowalił, gdyby nie miał racji. Może człowiek, gdy zamierza umrzeć, staje się mądrzejszy. Przynajmniej na koniec się udało temu ciulowi.
– Czekaj Gira, ja mówię! – zirytowała się Prakseda. – Ty sobie to przemyśl Kowal, bo naprawdę…! Jeśli się zgrywasz, jesteś zerem, ale jeśli naprawdę o tym myślisz, to przemyśl to jeszcze raz. Jak się siedzi tylko z baranami, to się wariuje. Nie wiesz, kiedy sam się staniesz baranem, już się nie odróżnisz, nie znasz dnia ani godziny! O, za nic nie chciałabym, stać się baranem! Ani gołębiem, ani pingwinem, ani nawet pracowitą, szlachetną mrówką! Wszystko to samo! Ta anonimowość! Czułabym się nikim! Chcesz być jeszcze bardziej nikim, Oktaw? Baranem? Muchą?
Skoro zwróciła się do mnie po imieniu, sprawa była poważna. Patrzyłem w miskę pełną fistaszkowych łupków, jakbym mógł wyczytać z niej swoją przyszłość, coś rozgrzebać i zmienić. Nie było nic do wyczytania.
– Ja ci tego nie mówię złośliwie, obaj jesteście dla mnie jak syny – ciągnęła z troską, która była jak kaloryfer. Chciało się przytulić, choć płynęła w nim wóda. – Nie chciej być baranem. Już lepiej kotem. Koty są różne, i czarne, i pręgowane, i rude, i syjamy, i te piękne maine coony. Mój Franc został kotem i był zadowolony!
– Twój mąż? – spytał Gira. – Ściemniasz Prakseda!
To się jej nie spodobało.
– Mało wiesz o świecie, jak na kogoś, kto się z tym światem żegna, mało o nim wiesz, Błażej!
Trochę nam zajęło, zanim uprosiliśmy ją, żeby nam opowiedziała o tym kocie. Nie spieszyła się. Myła naczynia, wysypała fistaszkowe skorupki do kosza, dała nam po kolejnym piwie, wzięła i dokładnie przeliczyła kasę, a potem ostentacyjnie wyjęła któryś z tych swoich szmatławców, zanim dała się przebłagać.
– Mój Franc był bardzo dobry, tylko że pechowiec. Dobrzy ludzie tak mają: za dużo dobroci, za mało pazurów, więc i za mało szczęścia. Tyle miał interesów, tyle pomysłów, i żaden, no, żaden nie wypalił. To ktoś go oszukał, to coś tam się stało, to coś innego jeszcze… Ludzie są podli, ja się naprawdę nie dziwię, Gira, że ty chcesz się zabić! On tak właśnie mówił: Praksiu, ludzie to zwierzęta. Bestie. Wilki, świnie, barany i głupie kury. A najwięcej baranów i kur. Już najlepiej to być koćką. Mówił koćką, bo bardzo lubił język czeski. Widzisz, Kowal, barany! – uniosła palec, jak nauczycielka prowadząca trudną lekcję. – On bardzo kochał zwierzęta, i jeść, i głaskać, i zawsze mówił, że wpłaci coś na schroniska…
– Ok, ale co z tym kotem? – wtrąciłem.
– Kiedyś powiedział mi: Praksiu, już mnie nie będzie. On był mądry, przewidujący. No i rano go nie było, a przyszedł kot, śliczny, rudy jak Franc. A mruczał, a się łasił! Nawet lepiej, że tym kotem został, bo mi już nie pyszczył, nie popijał sobie, nie przełączał kanałów. I wreszcie miał pazury! Mieszkał ze mną może ze dwa lata, potem przepadł i już nie wrócił. Szukałam, ale widać nie chciał być znaleziony, jego czas przy mnie już upłynął. Koty chodzą własnymi drogami. To jest najlepsze stworzenie, możesz też Bogu, Gira, przekazać, że co jak co, ale koty to mu wyszły. Nie zapomnij!
– Nie zapomnę – obiecał. – Koty, nasze zadupie i świat. Wszystko Bogu wygarnę!
*
Jedno piwo później, kiedy ogarnęło nas ciepłe alkoholowe poczucie rozpadania, rzuciłem pytanie, które powinienem był zadać na samym początku:
– Gira, dlaczego właściwie chcesz się zabić?
– Stary, to ty nic nie wiesz?
Posłał mi przyciężkie, rozmyte spojrzenie.
– Ja nie mogę, Kowal, jaki ty jesteś jednak ograniczony, dopiero teraz to do mnie dociera! Trzeba się zabijać, żeby świat nagle stał się przejrzysty jak szklana kula wróżki!
Nie można się złościć na kogoś, kto zaraz ma się zabić. Niech sobie dowala na oślep, niech ma, skoro jutro nie będzie żył.
– Plutona nam zaiwanili – dodał grobowo. – Nie ma już tej planety. Została wykopana.
– Jak to? Nic nie pisali! – Prakseda zaczęła szarpać wnętrzności gazety. Zatrzymała się na artykule o piosenkarce, która podczas występu podarła Janka Muzykanta. – Takim jak ona wszystko wolno! A gdyby kogoś zabiła, też by się nic nie stało, bo to byłby tylko jakiś szarak, nie to, co ta pizda! Taki jest świat!
– Po prostu wykreślili ją z listy planet – ciągnął Gira. – Jak to zobaczyłem, zrobiło mi się jakoś tak pusto w środku. Nas cały czas uczono, że Pluton jest planetą, a tu wezmą i wykreślą! Był Pluton i nie ma! Co następne? Dowiemy się, że dwa i dwa to jednak pięć? Że tchórz pisze się przez samo ha, żet z kropką i ó zamknięte? Że euglena zielona nie jest ani pierwotniakiem, ani glonem? Że symbol wodoru to nie H, a jakaś inna litera? Jest miliard miliardów możliwości!
– Te profesory, te ministry, wszystko powykreślają, cały świat zniszczą, takie mądrale! Prakseda zaczęła szorować zawsze brudną ladę baru tak, jakby chciała zrobić z niej lustro. – Co komu szkodziła taka planetka?!
Pomyślałem, że jeśli była jakaś planeta, którą lubiłem, był nią Pluton. Zawsze ostatni, nigdy mi się nie mylił, nie tak, jak z tymi Jowiszami czy Saturnami. Która teraz jest ostatnia? A kto to wie? Na pewno nie ja.
– To tak, jakby szałwia przestała pomagać na dziąsła! – Prakseda pastwiła się nad jakimś okruszkiem, który utknął w blacie. – I nic od nas nie zależy, nikt tu nie przyjdzie, nie zapyta czy można, nikogo nie obchodzi zdanie takich: Praksed, Kowalów i Girów! Mamy po prostu żyć dalej, a oni będą nam zabierać! A mało przecież nie mają!
Pogroziła pięścią sufitowi, jakby na piętrze kryli się wszyscy bogacze świata.
Pamiętam, jak wujek Zdzisiek zabrał mnie, mojego brata i kuzynów na biwak – westchnął Gira. – Gapiliśmy się na niebo, wujek wziął mnie na barana i właśnie wtedy nauczył takiego zdania: „mój wujek zaprezentował mi, jak się układają nasze planety”. Pierwsza litera każdego wyrazu oznaczała nazwę kolejnej planety.
Przerwaliśmy Girze, bo chcieliśmy to sprawdzić. Trochę nam to zajęło (Prakseda wykłócała się ze mną o kolejność Uranu i Saturna). Gira czekał wkurzony, bo nagle przestał być w centrum uwagi. Odezwał się dopiero, gdy poustawialiśmy planety, zatwierdzając wierszyk wujka Zdziśka.
– Nie ma Plutona i teraz to moje wspomnienie, tamten biwak, wszystko jest nieaktualne. Nie wiem, jakie radości jeszcze mi zniszczą, jakie rozczarowania nadejdą – smęcił jak naćpany patosem. – Lepiej się nie dać i umrzeć z kompletem wspomnień, pięknych chwil. Tak dziś zrobię!
– A jeśli nieba też nie ma? – spytałem, żeby trochę powkurzać Girę. – Skoro Plutona nam zaiwanili, to może już od dawna nieba nie mamy i nawet o tym nie wiemy? Mogło się przeludnić. Żebyś ty na tym gorzej nie wyszedł!
– Co ty pieprzysz, Kowal?! – wściekła się Prakseda. – Jest na pewno piekło, o tu, tu! – popukała palcem w brukowiec. – Codziennie świeżutkie doniesienia z każdego piekła! A skoro jest piekło, to i niebo musi być! Nie słuchaj go, Gira! I pamiętaj, żeby Bogu powiedzieć o tych kotach i o tym naszym wydmuchowie. Może wreszcie zacznie się tu coś dziać, Bóg ześle nam jakieś lepsze życie!
Zabrała puste kufle. Późno się zrobiło. Trzeba będzie wyjść, wrócić. Gira się zabije. Póki gadaliśmy o bzdetach, było tak, jakby ta śmierć miała nie nadejść. A Bóg musiał zacząć odliczanie, czeka na Girę, a Gira już sobie z nim porozmawia.
– Ja ci w ogóle stypę tu odprawię – powiedziała Prakseda tonem zdumiewająco trzeźwym, jak na kogoś, kto od lat ma więcej procentów niż krwi w żyłach. – Powiedz rodzicom, ja tanio policzę, po znajomości. Będziesz miał stypę, co przebije wszystkie wesela! Tylko nie zapomnij! Jeśli tam Bogu o tych kotach nie powiesz, świat mi się nie zawali, koty i tak będą najlepsze, ale rodzicom przekaż. Żeby nie wygłupiali się z jakąś restauracją! Czyś ty kiedykolwiek chodził tu do restauracji?
– Nie, tylko na komunię – odparł zawstydzony.
– Widzisz! To jest twoje miejsce i tu powinna być stypa. Tu cię wszyscy pożegnają. Ja nawet prasę zaproszę, zrobią nam tu zdjęcia i potem będziemy, może nie na pierwszej stronie, ale chociaż na czwartej – piątej.
– Głupio tak mówić o stypie, jak Gira jeszcze żyje… Jakbyś chciała sobie zarobić…
– A bo to co złego?! – naskoczyła na mnie. – On zaraz nie będzie żył, nie będzie już jadł, pił, nic, a ja mam sobie odmówić zarobku, chleba? Przecież my tu, Kowal, zostaniemy! Puknij się! – Postukała mnie palcem w czoło. – Ksiądz też go za darmo do nieba nie wyprawi, trumniarz mu trumny po promocji nie da. Takie czasy, że nie ma caritasu!
– Spoko Kowal – wtrącił Gira. – Doceniam, ale kasa to tylko papierki. Kiedyś zrozumiesz, jaka jest nieważna. Ja mam teraz pięćdziesiątkę w portfelu i na co?
Gdybym go poprosił, żeby mi ją oddał, nagle okazałoby się, że ten banknot jeszcze bardzo mu się przyda.
– Za wszystko się płaci, nawet za śmierć! Już lepiej umrzeć, niż żyć w takich czasach! – włączyła się znów Prakseda. – Ty jesteś jednak taki światły, tak mało lat, a mądrzejszy od niejednego starego capa, tego się nie spotyka! Właśnie tacy dawniej byli święci! A na dzisiejszych świętych nawet nie ma co patrzeć! Dobrze, że będziesz w gazecie, zasłużyłeś sobie na to bardziej niż te lafiryndy z filmów! Prawdziwa świętość obok podróbek, kauczukowych papieży, maryjek z odkręcaną główką!
Pogłaskała go po gębie.
– Fajnie się gada, ale idę się odlać – powiedział Gira i poszedł do kibla.
Wykorzystałem to, że go nie ma. Coś było nie tak.
– Prakseda, ale ty tak nie możesz go zachęcać! – wybuchnąłem. – To jest śmierć, a gadasz tak, jakby chodziło o super zestaw w McDonaldzie. On umrze, a ty zarobisz! I będziesz sobie mogła czytać o Girze w tych swoich szmatławcach. I mówić wszystkim, że go znałaś, że on do ciebie przyłaził! Tylko o to ci chodzi! Gira jest moim przyjacielem i…
Zamilkłem, gdy na mnie spojrzała tak, jakby chciała mnie zabić wzrokiem. Przerwała wycieranie blatu i cisnęła szmatą o podłogę. Odezwała się z zimną furią:
– Naprawdę tylko to przyszło ci do tego zakutego łba? Ja mu daję życie! Czy ty wiesz, co to jest, że o nim napiszą? Że on w takiej gazecie będzie?
– I tak zmielą gazety, wyrzucą do koszy i Girę też!
Pokręciła głową.
– Jak wy macie się nie zabijać, skoro nic o życiu nie wiecie, żadnego myślenia, żeby to życie przetrwać! Nachyliła się do mnie, poczułem wódczany smród. – Czy ty nie wiesz, Oktaw, że zostaną po nas gazety? Że za tysiące lat, kiedy i Giry, i ciebie, i nawet mnie już nie będzie, kiedy czas przysypie całą tę pipidówę, nasze domy i nasze cmentarze, to dopiero będzie śmierć nad śmierciami. A jeszcze później jakiś mądry archeolog zacznie tu kopać i znajdzie nasze bezimienne kości i nasze gazety. I z naszych kości nic się nie dowie, ale z gazet… Pozna Girę, który setki lat temu się zabił! Ogłosi światu jego historię, przyjadą tu telewizje, będą o nim kręcić filmy przyrodnicze, czytane przez przyszłe Czubówny! Światy się mogą kończyć jeden za drugim, ale Gira będzie wieczny! Nie znasz życia – powtórzyła i był to koniec kazania.
Przestała zwracać na mnie uwagę. Pobrzękała naczyniami. Wyszła na zaplecze i wróciła z miotłą. Krążyła po tej swojej spelunie jak satelita, metodycznie zgarniając na kupkę popioły, niedopałki i farfocle. I ja powinienem znaleźć się wśród tych śmieci.
Podszedłem do niej, żeby mi wybaczyła, ale to ona pierwsza się odezwała:
– Sorry, Kowal, ja też jestem zdenerwowana! Taki młody chłopak! Tak go szkoda, jak sobie pomyślę, że już go nie zobaczę, już nie przyjdzie, to…
Wytarła suche oczy.
– Ja mu dziś pokażę prawdziwe niebo. Co mu ta siksa Martyna mogła dać, czy taka wie, jak zadowolić mężczyznę?! Jakieś figle-migle zna, a i to niedobrze! Niech Gira ma choć tyle, skoro już chce umierać. Niech do nieba nie idzie jako prawiczek. Tam seksu pewnie nie znają.
Skierowała brudy w stronę drzwi. Na swój pokrętny sposób chciała mnie wyprosić.
– Zadbaj o niego, Prakseda.
Położyłem jej rękę na ramieniu.
– Zadbam! – odparła z błyskiem w oku. – Znam takie sztuczki, że Gira na koniec powie: Praksa, teraz mogę umierać! Ale ty pamiętaj, bo on może zapomnieć, w końcu nie codziennie się umiera! – dodała już poważnie. – Powiedz jego staruszkom o tej stypie. Żeby tutaj była.
Chwilę później pożegnałem się z Girą, po męsku, bez łez, deklaracji i wiadomości dla pana Bozi. Po raz ostatni podał mi rękę, zimną jak u trupa.
*
W domu czekała na mnie druga kolacja (cztery kromki na bogato) i macocha. Stary i moja jakby siostra już spali. Kuchenny zegar nadal nie umiał ruszyć z siedemnastej trzydzieści. Usiadłem przy stole. Macocha popalała fajkę. W wersji nocnej, choć wykremowana, pachnąca balsamem, odświeżona, wyglądała całkiem aseksualnie – miała na sobie piżamę z wielką pszczołą, we włosach lokówki.
– Myślałam, że będziesz głodny i zmęczony po rozmowie z Błażejem – wyjaśniła, widząc moje zdziwienie. – Żadne zasady nie są takie, żeby ich nie można było, choć ociupinkę nagiąć.
Uśmiechnęła się do mnie. W zasadzie zdążyłem ją polubić. Pech, że się spotkaliśmy i tyle. Ona chciała mężulka, ale niekoniecznie mnie jako gratis, a ja chciałem mamę, tyle że własną. Traktowaliśmy się z macochą właśnie jak prezenty – i to kłopotliwe, takie, których nie wypada dawać ani wyrzucić.
To była dziwna noc – pełna nietypowych sojuszy i zdarzeń na granicach światów. Ja konszachtowałem z macochą, a Gira pewnie właśnie się seksił albo zabijał.
– Zabił się już? – zapytała macocha, jakby odczytywała moje myśli.
– Nie wiem. Może – odpowiedziałem z pełnymi ustami.
– Pewnie nie chciał się uczyć do matury.
Podstawiła peta pod strumień wody z kranu.
– Robi się różne rzeczy, żeby unikać odpowiedzialności i porażek. Można sobie coś innego wmawiać, że to, że tamto, ale głównie chodzi o lęk przed porażkami. Ucieczka jest jednym z naturalnych sposobów. To nam zostało po zwierzętach. One nie zdają matury. Wrzuciła peta do kosza pod zlewem.
– On się zabija z powodu Plutona.
– A widzisz! – powiedziała, jakbym potwierdził jej mądrości.
Zapadła cisza. Nigdy nie mieliśmy sobie za wiele do powiedzenia.
– Wiesz, coraz częściej myślę o Marioli. Zapatrzyła się w okno z uśmiechem.
– Jest ciągle, to tu, to tam, a zaraz gdzieś indziej. My jesteśmy tu, jak przyspawani w tym zaciszu, a ona… Też bym tak chciała, Oktaw. Rzucić to w diabły. Pojechać do Wrocławia, pogłaskałabym krasnale na szczęście. I jeszcze chciałabym zobaczyć koziołki w Poznaniu, Neptuna w Gdańsku. Stanąć na dachu Pałacu Kultury. Dalej się nie wybieram!
Zrobiło mi się jej szkoda. Większość życia przesiedziała przy swoich chorych rodzicach, a zegar jej tykał. Oni kopnęli w kalendarze, pojawił się stary i ją sobie wziął. Niby taki znowu zły nie był, ale i tak życie z nim musiało być głupie – a zostało jej tylko ono i jeszcze te fantazje.
– Czasami lubię sobie pomarzyć, że jestem w Krakowie i słucham hejnału – ciągnęła. – Dookoła sami turyści i gołębie, przede mną Kościół Mariacki. I u mnie ten hejnał wcale się nie urywa. Grają go do końca.
Patrzyliśmy na zegar – drgający sekundnik, który nie posuwał się do przodu. Czas zwariował. Zatrzymał nas tu na zawsze.
– I nie martw się, Błażej się może wcale nie zabije – podjęła. – Wy jesteście młodzi, możecie dziś to, jutro tamto. Pamiętasz, jak lubiłeś Królika Bugsa? A teraz już nie lubisz, tylko komputer i Internet.
Gdyby Gira jednak nie strzelił samobója, przynajmniej miałby zaliczony seks z Praksedą. Może tylko o to mu chodziło. Potem powie Praksedzie, że dała mu radość życia, siłę na nowy start i coś tam. Wreszcie poczuje się ode mnie lepszy. Zacznie się jeszcze bardziej wywyższać, bo nie będzie prawiczkiem i mało brakowało, a by się zabił, więc w zasadzie jest takim półtrupem. Kimś.
A może naprawdę się zabił – i już go nie było. Koniec końców i tak okazał się bardziej cwany niż ja – i mnie tu zostawił.
– Jak nie będziesz mógł spać, licz barany – poradziła macocha.
Schyliła się do mnie, oślizgłe, zabalsamowane monstrum pocałowało mnie w czoło i zaraz się oddaliło. To była znów scena jak z amerykańskiego serialu. Tam też są tylko podrabiane matki-aktorki, które prosto z planu wracają do swoich prawdziwych dzieci.
Gdy położyłem się do łóżka, w odruchu głupiej zemsty wymierzonej w macochę, za nic nie chciałem myśleć o baranach, a gdy zamknąłem oczy, zaraz się pojawiły. Tak bywa. Najpierw zobaczyłem pastwiska: dalekie, zielone, i trawy tak wysokie, jakby chciały łaskotać niebo, a potem barany. Jeden. Drugi. Piąty. Dwudziesty. Czterdziesty. Różne – kreskówkowe, wesołe i lekkie jak chmurki bitej śmietany, i te prawdziwe: ospałe i tępawe, przez całe nudne życie wołające tylko: beeee!.
Chciałem stąd zniknąć. Na razie zasnąłem.
Więcej się nie obudziłem.