+48 736-84-84-44

Przeprawa

Bure chmury leniwie ciągnęły swoje ciężkie brzuchy tuż nad ziemią. Lało jak z cebra. Strugi deszczu uderzały jednostajnie o parapet, nieprzerwanie już od kilku dni. Towarzyszył temu chrzęst łopat, miarowe posapywanie ludzi, napełniających piaskiem kolejne worki i tępe odgłosy układania pakunków na wałach. Nikt nie szczędził sił. Pracowali na zmianę, po parę godzin. Mimo to, wyraźnie przegrywali z żywiołem. Rzeka już dawno przekroczyła stan alarmowy, a poziom wody wciąż się podnosił. Teraz, do tego wszystkiego, doszło jeszcze monotonne bicie dzwonów. Coraz głośniejsze, niecierpliwe, niepokojące. Ewa wiedziała, że to mogło oznaczać tylko jedno – ewakuację.

     Odstawiła czajnik z wrzątkiem na kuchnię. Tym razem termosy pozostaną puste. Bez kawy, bez herbaty, które parzyła na przemian od wielu godzin, a potem niosła w przepastnych torbach na wały, ślizgając się w błocie i potykając o brzegi peleryny. Potem wracała i znów szła punktualnie, jak w zegarku, stałą trasą, z uporem zaznaczonym zaciśniętymi ustami. Trudno. Przegrali. Odbyła już ostatni kurs.

Zdecydowanym ruchem sięgnęła po starą, brązową walizkę z metalowymi okuciami, która od wielu lat zajmowała niewielką przestrzeń pod łóżkiem. Właściwie nawet już nie pamięta, kiedy ją tam schowała ostatnim razem i która z nich dwóch była starsza. Obie mieszkały tu od zawsze. Od początku.

     Ewa urodziła się nad rzeką.  Nikt nie pytał, czy właśnie tu chciała żyć. Głowę polali jej pośpiesznie wodą, chrzcząc w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, w obawie, że nie zdążą. Nie płakała. Powoli otwierała oczy, jakby nie mogła się zdecydować. Pierwsze co ujrzała, to nie ojca i nie matkę, ale właśnie tę rzekę, wijąca się wśród łąk, niespokojną, kapryśną wstęgę wody. Właśnie wtedy kurczowo uczepiła się życia, odetchnęła.

To było tak dawno temu…

     Wyprostowała zgarbione plecy w chwili, gdy jej córka Julka gwałtownie otworzyła drzwi pokoju.

– Mamo! Pakujemy się! Rzeka podchodzi coraz wyżej. Nie damy rady utrzymać wałów! Za chwilę przyjedzie prom i zabierze nas stąd. Spakujesz się sama?

– Tak – odpowiedziała, przesuwając zatrzask w walizce, który natychmiast zwolnił lekko zakurzone wieko. – Nie martw się o mnie. Szykuj rzeczy męża i dzieci. Szybko. Nie mamy już więcej czasu.

– Tylko to, co niezbędne! – krzyknęła Julka zbiegając w pośpiechu ze schodów.

– I najważniejsze – cicho dodała Ewa.

Wrzuciła do walizki poukładane równo w kostkę: ubrania, bieliznę, piżamę, ręcznik. Nie musiała się zastanawiać, co ze sobą zabrać. Rzeczy jakby czekały, gotowe do kolejnego pakowania. Otworzyła szufladę. Przez chwilę przyglądała się zgromadzonym tam drobiazgom, po czym wyjęła aksamitną, niebieską wstążkę. Przesunęła palcami wzdłuż materiału.

     Czas jakby się trochę cofnął. Znów była na łące. Rozczesywała długie, jasne włosy. Potem dzieliła je przedziałkiem wzdłuż głowy na dwie równe części, zaplatała warkoczyki, przewiązywała niebieskimi kokardami. Dbała o to, by wstążki przypominały skrzydła motyla, mieniąc się w słońcu i podrygując na wietrze. Pochylała się nisko nad rzeką. Z radością przyglądała się swojemu odbiciu.

– Witaj, rzeko. To ja, Ewa – szeptała. – Nie królewna z bajki, tylko ja, Ewa. Powiedz rzeko, kto jest piękniejszy od nas dwóch?

Nabierała garścią wody i zanurzała usta. Czasem płynęła na drugi brzeg, albo kołysała się bezwładnie na falach, jak drewniana łódka wujka Bronka.

 

     Ewa delikatnie wygładziła wstążkę i włożyła ją do walizki.

Z dołu dobiegały nerwowe pokrzykiwania córki, popłakiwania dzieci, uspokajający głos zięcia, który przekonywał, że wszystko będzie dobrze.

     Będzie dobrze. Zawsze było, to i teraz będzie. Bo w końcu, jak inaczej ma być? Zmarszczyła brwi. Z szuflady wyjęła przezroczystą torebkę, w której kiedyś schowała świętojański wianek.

Sama go uplotła z polnych kwiatów, najpiękniejszych, jakie udało jej się znaleźć. Tak, jak wszystkie inne panny ze wsi. Szeptała zaklęcia, kiedy delikatnie kładła go na wodzie.

– Płyń z nurtem rzeki, aż do morza płyń. Niech cię prowadzi moje serce i woda. Przyprowadź mi chłopca miłego, pięknego, do pracy chętnego, co na gospodarce się zna – śpiewała pieśni świętojańskie i boso wraz z innymi tańczyła na trawie, aż do późnej nocy, kiedy w ognisku pogasły skry.

Następnego dnia na progu jej domu stanął Piotr z wiankiem w jednej ręce i kromką chleba w drugiej. Takie były te ich zaręczyny.

Ewa uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Właściwie z Piotrem znali się bardzo dobrze, wychowywali się w sąsiednich domach. Ale dopiero wtedy, kiedy przyszedł z wiankiem, spojrzała na niego zupełnie inaczej. Zakochała się i już. Ze ślubem musieli jednak trochę poczekać.

 

            – Mamo! Czy już jesteś gotowa? Czy pomóc ci w czymś? – niecierpliwiła się Julka. Kolanem dopychała pękate torby, które nie chciały się zapiąć.

Może wszystkiego woda nie zniszczy. Przecież wrócimy tu za parę dni – pocieszała samą siebie.

– Chodźcie dzieciaczki. Obejmijmy się, przytulmy mocno razem, zanim przejdziemy przez próg.

– Mamo!

Ewa drgnęła. Odchyliła do tyłu głowę, jakby się nad czymś zastanawiała. Palcami natrafiła na kawałek krągłego metalu. Co to może być?

            –Już idę! – odkrzyknęła. Wreszcie udało jej się wydobyć tajemniczy przedmiot.

    To łuska po naboju, jeszcze z czasów wojny.

Pamięta, jak Niemcy przyszli w nocy. Matka wypchnęła ją siłą za drzwi, szepcząc do ucha: Uciekaj. Nad rzekę uciekaj.

Tak też zrobiła. Biegła najszybciej, jak tylko mogła. Słyszała świst kul tuż koło uszu. Potem czołgała się, wzdłuż brzegu rzeki, między krzakami. Zmęczona przylgnęła do błotnistej ziemi i tak czekała do rana, drżąc ze strachu i zimna. Przeżyła jako jedyna z rodziny. Łuskę od naboju znalazła przed domem. Podniosła. Długo ściskała w dłoni, aby z bólu nie krzyczeć.

Teraz ułożyła ją w walizce pod ręcznikiem. Z głębi szuflady wyjęła plastikowe pudełeczko ze złotą obrączką.

     Z Piotrem pobrali się tuż po wojnie. Kościół był wtedy doszczętnie zburzony. Razem z księdzem i przygodnie spotkanymi świadkami, poszli nad rzekę. To tam, pod gołym niebem, ślubowali sobie wzajemną miłość i ucałowali obrączki, które następnie założyli na palce. Wiernie nosili je przez całe życie. Swoją, trochę przyciasną, do tej pory nosi na lewej ręce. Tę Piotra schowała przed dwoma laty w plastikowym pudełku. Jemu już nie była dłużej potrzebna. Tam, dokąd poszedł, podobno nie noszą obrączek. Może niedługo sama się o tym przekona. Delikatnie ułożyła pudełeczko w rogu walizki.

     Nad rzeką rodziła kolejne dzieci. Tu dorastały, a potem rozbiegały się po całym świecie. Tylko Julka, najmłodsza, pozostała przy niej. Kochane dziecko. Teraz ma własną rodzinę, własne dzieci. Jak ten czas leci…

– Mamo! Chodź już! Prom czeka! Wrócimy, jak woda opadnie. Pośpiesz się! – niecierpliwie ponaglała Julka.

– Idę, dziecko, już idę – odpowiedziała, jakby z lekkim ociąganiem.

Rozejrzała się po pokoju. Jeszcze zdjęcie z poprzedniej powodzi. Wtedy również trwali na wałach, nie licząc godzin ani poniesionych strat. Wtedy wygrali tę nierówną walkę.

Tym razem miało jednak być inaczej. Zatrzasnęła wieko walizki, dźwignęła ją wprawnym ruchem i zeszła na dół.

– Chodźmy – rzuciła krótko do reszty rodziny i zdecydowanie przekroczyła  próg domu, jakby to ona na nich czekała, a nie odwrotnie.

     Prom już kołysał się na wzburzonych falach. Szarpał się na linach niespokojnie. Mężczyźni pakowali dobytek, dzieci płakały, kobiety ukradkiem ocierały łzy. Rozumieli, że innego wyjścia nie ma, że wrócą może jutro, pojutrze, za tydzień. Kiedyś przecież wrócą, zaczną tu życie, od nowa.

     Upewniwszy się, że córka z rodziną są bezpieczni, Ewa nagle zawróciła. Usiadła na walizce przyglądając się wodzie, której ponure lustro podchodziło coraz wyżej. Siedziała tak  i patrzyła, jak odpływa prom, jak powoli znika w ciemności. Oplotła ramionami kolana           i kołysała się wraz z nim. Wyżej podniosła głowę. Nie potrzebuje już przewoźnika ani złotej monety. Sama przeprawi się na drugi brzeg. Przecież to jej rzeka, rzeka całego jej życia, a nie żaden mitologiczny Styks.

Przejdź do treści