+48 736-84-84-44

Ciepło, cieplej Część III – ostatnia – większej całości

*

Później, dosyć często, myślałam sobie o naszych kłótniach. Jak bardzo potrafił wyprowadzić mnie z równowagi swoim terkotaniem, tym nawijaniem wypełnionym zapałem i chęcią do życia. I to zawsze akurat wtedy, gdy musiałam skupić się i stopić z tekstem, by go w pełni zrozumieć, objąć myślami i delikatnie przełożyć na inne miejsce, w zupełnie odmienne słowa. To śmieszne, ile razy krzyczałam, żeby wreszcie był cicho i jak teraz te słowa nieprzyjemnie uwierają w gardle i przepychają łzy w kierunku oczu. Ale nie sądzę, aby los chciał ze mnie zakpić. Maciek nauczył mnie, że to byłaby jawna nadinterpretacja życia, które myśli prozą. Coś w rodzaju szukania na niebie gwiazdozbiorów, których tam nie ma.

Gdzieś koło trzeciej toczyli mi nowy worek i zmieniali kroplówki, wciąż z tymi swoimi kwaśnymi minami, jakby ktoś wcześniej dał im do spróbowania tę moją zepsutą krew. Tyle zrozumiałam z ich wywodów. Że mi krew skwaśniała, jak stara śmietana do placków. Ciągle tylko ta masa ciężkich i niezrozumiałych słów, jakby w całym, olbrzymim szpitalu nie było ani jednego lekarza-tłumacza. Takiego z ichniejszego na naszy.

Przebudziłam się zupełnie przy próbie drożności wenflonu. Poczułam, że ktoś wpuszcza, zimny, listopadowy wieczór wprost do mojej żyły. Spojrzałam na niewyraźną twarz lekarki. Milczała. Potem uspokajała i znowu obchodziła moją chorobę słowami naokoło, ostrożnie i ze skupieniem, jakby oglądała jedną z drobiazgowych makiet ze sklepu, o którym wiele razy opowiadał mi Maciek. Później znów nie odzywała się ani słowem.

Coś zgasło i przez moment było ciemno. Prąd i ból w jednym, twardy i zimny, jak metalowy pręt. Przypomniałam sobie mojego przyszłego męża, młodego, w tej brzydkiej, kreszowej kurtce. Obraz najstarszy, którego jeszcze nie zdążyła wymazać szalejąca gorączka.

Może i ma pani rację, ale jak dla mnie to, jeśli ktoś nie potrafi krótko wyjaśnić, co mu chodzi po głowie, to znaczy, że coś ukrywa.

            W tamtym momencie zrozumiałam, że umrę i zostawię go samego. Pociągnęłam nosem. Nie bałam się, bo w takich momentach za wiele się nie myśli. Trochę przeszło, leki zaczynały działać. Wiedziałam, że najtrudniej będzie mi wytłumaczyć to wszystko, gdy rano Maciek pojawi się na oddziale.

Chyba się uśmiechnęłam na myśl, że przede mną najprawdopodobniej największe wyzwanie, jakie wymarzyć może sobie ktoś siedzący w moim zawodzie. Że czekająca na nocnym stoliku poezja nie może się mierzyć z tym, co przyjdzie mi przełożyć rano.

 For there is nothing on this land that shall not found it’s shiny purpose.

For there is nothing on this land that shall not found it’s shiny purpose.

Zaczęłam płakać, a gwiazdy w mojej głowie obracały się po okręgach, jak na ujęciach tych samych gwiazdozbiorów w różnych porach roku, które widziałam w jakiejś gazecie na lotnisku. Wieki temu. Rozpędzone jasne kropki, rozmyte, mieszające się ze sobą. Bez znaczenia i sensu.

– Już spokojnie, zaraz podamy pani coś na uspokojenie – powiedziała, ta nachylona nad moją twarzą, pani doktor. – Klara, zmierz gorączkę.

Co ja mam mu powiedzieć, żeby zrozumiał?  C o  m a m  p o w i e d z i e ć ? 

Przypomniałam sobie twarz Maćka, tym razem po udarze. Jego zwyczajne kiwanie głową. Drżenie rąk, którym pokazywał mi, jak głęboko wszystko czuje. Jak zmusza palce, próbujące się wyrwać dłoniom, do składania najmniejszych elementów w piękną całość. To co chce mi przekazać. Żywe obrazy świata.

Dzięki tobie mam wszystko, czego mi trzeba.

On rozumie. Teraz płakałam już prawie na pewno.

For there is nothing on this land that shall not found it’s shiny purpose.

– Jest jak jest i tyle – wymamrotałam. – Jest jak jest i tyle. Po prostu. Tak mu powiem – bełkotałam. – Zrozumie.

– Klara pospiesz się! – lekarka zmieniła ton na ostrzejszy. – I przygotuj więcej przeciwbólowych do pompy.

Na zewnątrz lub w moich oczach powoli się przejaśniało.

*

Dworzec główny w Krakowie był w nieustannym remoncie. Chyba każdy, nawet władze miasta, stracił już nadzieję, że kiedykolwiek się to zmieni. Jedne roboty przekształcały się płynnie w drugie, falowały, przypływ i odpływ, dźwięki młotów pneumatycznych i betoniarki, a zaraz potem zaledwie furkot czerwono-białych taśm bezpieczeństwa, przywiązanych i zostawionych samym sobie, jak psy przed supermarketem.

Teraz był sierpień i wszyscy robotnicy pochowali się w odłamkach cienia, porozrzucanych po całym dworcu. Albo nie było ich tam wcale. Został tylko porzucony pod folią zegar, który wciąż czekał na renowację. Ciepło. Upał rozgrzewał, szedł do głowy i tam palił. Woda skończyła mi się już jakiś czas temu, a pusta zgnieciona butelka uwierała w kieszeni.

Z tym zegarem to było mi bardzo nie na rękę. Własnego na ręce nie miałem. Jak wychodziłem z galerii było pięć po piętnastej. Ile teraz mogło być? Za pięć czwarta? Może już po. Megafony mruczały w ogólnej zmowie milczenia, czasem przerywanego niezrozumiałym piskiem. Gorąco. Musiałem oprzeć się o jeden ze słupów podtrzymujących strop i otrzeć czoło chusteczką, którą zwędziłem z maka. Koszula zlepiła się z moimi plecami w jednej, nierozerwalnej komunii. Komunii? Kto tak mówi? Chyba za dużo naczytałem się tych tłumaczeń Magdy i teraz dziwne słowa cisną mi się do głowy. Miała przyjechać za kwadrans szesnasta. Nie mówią nic o opóźnieniu.

Kilka dni po naszej ostatniej kłótni dostała propozycję wyjazdu na jakieś sympozjum tłumaczy. Coś nowego i wyjątkowego. Koperta zaadresowana właśnie do niej, czerwonym atramentem, bez ani jednego kleksa. Zauważyli mnie, Maciek. Dostrzegli! Właśnie mnie!

Wciąż byłem trochę zły. Bo odrzuciła moją propozycję wakacji, a wystarczył jakiś głupi list z Warszawy, od obcego faceta i jeszcze tego samego dnia musiałem szukać w piwnicy walizki. Tam po ciemku, w zapachu wilgoci i pajęczyn gniew zaczął narastać. Nie mogłem jej znaleźć. Zawsze rzuci gdzieś i nie pomyśli. Złość stawała się wyrachowana, chłodna, jak woda w wannie. W zupełnej ciszy piwnicy przyłożyłem do niej ucho tak, jak kowboje robili to z szynami w westernach, które oglądałem z ojcem. Usłyszałem drżenie. Wibrowały słowa.

T o   s z a n s a   j a k   j e d e n   n a   t y s i ą c,   M a c i e k  !

Pomagałem jej w przygotowaniach do wyjazdu. Prasowałem koszulę, gdy pisała sobie tekst na ewentualną przemowę. O co mogą mnie zapytać, Maciek? No, wysil trochę głowę i pomóż mi…

Stukpukszurpuk – żelazko wygładzało kolejne zagięcia na koszuli. Nie wiem, Madzia. Nigdy tych artystów do końca nie rozumiałem.

Zrobiłem kanapki na drogę w wieczór przed jej odjazdem, a później wstałem o czwartej i pomimo paskudnego bólu głowy odwiozłem ją na stację. Wszystko bez słowa sprzeciwu, bo widziałem, jak wiele radości daje jej ten wyjazd. Dostrzegłem w jej rozdygotanych ruchach tego chłopca, stojącego pośrodku sklepu modelarskiego. Znajomego sprzed wieków.

Pierwszy raz od bardzo dawna wróciłem do pustego mieszkania, nad które nadciągała noc. Dosyć niepostrzeżenie sypialnia zamieniła się w piwnicę, a stare uczucie powróciło ze zdwojoną mocą. Oplotło się wokół mojej szyi, wycisnęło powietrze. Duszno. Dlaczego właściwie miałbym do niej jutro nie zadzwonić? Nie powiedzieć, jak bardzo się na niej zawiodłem. Że chyba nie potrzebuje mnie już tak, jak kiedyś. Paliło. Może woli spędzać sobie czas sama? Może jej nie jestem potrzebny? Gorąco. Musiałem wyjść na zewnątrz. Ochłonąć.

Może się mnie wstydzi?

Nad osiedlem rozpięły się złote plamki, jakby ktoś nierozważnie zalał patelnię po plackach ziemniaczanych wodą i rozwścieczony tłuszcz postanowił poznaczyć cały blat rozgrzanymi kropelkami. Dostrzegałem w nich kropki i przecinki. Po zmroku wszystko widać wyraźniej. Uśmiechały się do mnie, tak pięknie, tak jak ona, w pociągu, za pierwszym razem. A później jeszcze wiele razy. Tak… Kropki i przecinki. Położyłem się na wilgotnej trawie przed blokiem. Wdech, wydech. To był dobry dzień. Trudny czas dla nas, ale jednak dobre dni.

Świerszcze wprawiały powietrze w przyjemne falowanie. Spokojnie.

 Uśmiechnąłem się, choć może nie tak ładnie, jak ona. Zrozumiałem, że nie miała racji. To wcale nie jest śmieszne, że w języku programowania kropka postawiona w złym miejscu może zepsuć całą formułę. I że trzeba wiedzieć, gdzie wstawić średnik.

Rano dostałem esemesa. Wracała we wtorek, za piętnaście szesnastka, pociąg przyspieszony, kocham i całuję. Wyjechałem wcześniej, żeby kupić kwiaty. Wiedziałem, jak nie lubi tego wyświechtanego gestu starych romantyków, ale na taką uszczypliwość mogłem sobie pozwolić.

Kolejny pociąg bez niej przyjechał na sąsiedni tor. Odgłosy ludzi. Rozmowy, krzyki, piski i śmiech. Stałem bez ruchu pośrodku pędzącego w swoją stronę dworca, a ona się spóźniała.

– To nie jej wina – wybełkotałem. Jezu, ale duszno. Strasznie pali. – Zaraz będzie.

Poczułem, że jestem sam.

Powietrze rozpalało ogień w mojej głowie, dorzucało do pieca. Mimowolnie osunąłem się po filarze i usiadłem na kwiatkach. Łodyżki chrupnęły w cichym sprzeciwie.

– Cholera, cholera… – Słowa zapętlały się jak znajome stuk stuk pod kołami pociągu. Najpierw wolno, później coraz szybciej.

Dworzec zaczął wibrować i czułem, że zbliża się coś wielkiego, żelaznego, rozgrzanego. Pędzi i nie będę w stanie go zatrzymać. Ktoś podszedł i spróbował chwycić mnie za ramię. Zabolało. Jakbym włożył rozgrzaną od słońca głowę do wanny z chłodną wodą. Drżenie. Teraz zimno. Wydałem z siebie dźwięk i z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że go nie rozumiem. Jezu, jaki wstyd. Chciałem krzyknąć, żeby mnie zostawili, że zaraz przyjedzie, nie może przecież spóźnić się jakoś bardzo długo. Coś nadjeżdżało. Było już blisko. Ale to nie ona.

To tylko kilka minut, proszę – nic nie wychodziło z gardła.

Tylko kilka minut, proszę

Tylko kilka minut, proszę.

*

Wrócił, jak po jednej z wielu naszych kłótni, tych mówionych lub napędzanych gestami oraz mimiką. Płaszcz pośliniony miał mżawką, a na kolanach tobołek zawinięty w szeleszczącą siatkę po zakupach. Tobołek? Czy współczesny czytelnik zrozumiałby to słowo? Szczerze mówiąc chyba pierwszy raz miałam to głęboko w dupie. Bo to był tobołek i tyle.

– Cześć. Jak tam kawalerskie życie? – spróbowałam uśmiechnąć się delikatnie, ale usta miałam wysuszone, jak liść zagubiony między kartkami notatnika. – Nareszcie chata cała na własność, co?

Chyba i on próbował ułożyć wargi w niewielki łuk, ale powstrzymywało go coś podobnego. Suchość. Brak śliny w ustach, by zacząć tę rozmowę, której echo rezonowało w mojej głowie od wczoraj. Spojrzałam na niego. Nie znać żadnych słów i sensu, nawet tego najcięższego… To musiałoby być piękne i jakże wygodne. Pieprzony farciarz.

– Prezent? – wymamrotałam.

Głowa w dół i na górę.

To całkiem ciekawe…

– Przyniosłeś mi coś do jedzenia? – zapytałam, odwlekając ten nieubłagany moment jak najdalej w czasie. – Coś dobrego?

Ruch głową na nie.

– Może ubrania? – zgadywałam. – Przydadzą się – przyznałam otwarcie. – Muszę śmierdzieć jak mops…

Znów nie.

– Tylko nie mów, że to kwiaty.

Spojrzałam z ukosa na jego drżące ręce, później na twarz z lewą powieką zawieszoną nieco wyżej od prawej, jak świecące plamy na nierównym niebie.

– Wiesz dobrze, jak nienawidzę kwiatów.

Wiedział. Zaskakująco pewnym ruchem, jakby chciał mi powiedzieć, że pojmuje o wiele więcej niż mi się zdaje, zdarł plastikowy worek z zawiniątka, a później dla przełamania wrażenia delikatnie rozłożył kuchenną ściereczkę, która przykrywała tobołek z wierzchu. Chrząknął. Dłonie nie drżały mu teraz ani trochę.

Zobaczyłam szyny, cieniutkie jak słone paluszki, ułożone równo wzdłuż peronu z ruchomymi schodami. Niewielki silniczek musiał napędzać taśmę wyciętą z czegoś, co pewnie przypominało flaka przebitej opony. Zasłonięty przez kubrak z niebieskiej folii i taśmy klejącej zegar, górujący nad wszystkimi. Mój wzrok przeskakiwał pomiędzy kolejnymi elementami ociężały od podziwu. Rozgrzana maszyna w kolorze gołębich piór umościła się wygodnie, jak kura na grzędzie. Na kamiennych kafelkach wielkości kostki czekolady mrowili się plastikowi ludzie. Ktoś sprzedawał obwarzanki, ktoś próbował kupić bilet od podejrzanego jegomościa w płaszczu koloru smoły piekielnej. Nie… Po prostu czarnym. Świat opisywać trzeba prosto – pomyślałam.

Jakiś chudzielec czekał na uboczu na kogoś, kto miał przyjechać pociągiem. Znajomy obraz. Zrozumiałam, co Maciek chciał mi pokazać. Pamiętałam ten dzień. To był dzień trudny, ale dobry i warty zapamiętania. Pociągnięciem nosa zdołałam wepchnąć łzę z powrotem do oka.

Wskazał palcem na mężczyznę, a czubek jego paznokcia dotknął plastikowego przedramienia. Zegarek na rękę. Błyszczący, ze złota. Wielkości mrówki. Nie sądziłam, że robi się aż takie detale, ale to właśnie w nich tkwił sekret. Potem chwycił drżącą ręką za przegub własnej, lewej ręki i nie natrafił na przeszkodę. Kiwnęłam głową na tak, bo zrozumiałam od razu. Maciek przecież nigdy nie nosił zegarków.

Mimo wszystko dał mi chwilę, żebym pojęła, co chce powiedzieć, a później położył się obok mnie, na łóżku, w butach i swoim brudnym płaszczyku. Miałam krzyk na końcu języka, tak z przyzwyczajenia, ale tym razem się powstrzymałam. Prześcieradło do wymiany. Głupek. Przysunął makietę tuż pod mój nos, abym mogła spojrzeć przez okno pociągu tak, jak patrzyłam ubiegłej nocy przez szybę tego szpitalnego. Wewnątrz panował zwyczajny ruch po przyjeździe. Walizki zeskakiwały z wysokich gniazd, ktoś przepychał się w korytarzu, ktoś dopiero budził z niespokojnego snu przerwanego ostatecznie stacją końcową. Była też ta dwójka ludzi, siedząca obok siebie w pustym przedziale. Nie robili nic niezwykłego. Nie udawali, że robią. Po prostu byli, rozmawiali, uśmiechali się i tyle. Poznałam ich.

Przytuliłam się do niego mocno swoim słabym ciałem. Jęknął, jakbym wbiła mu łokieć w sam środek brzucha.

Przejdź do treści