Odtwarzając w pamięci ten kawał świata, jaki miałem okazję zwiedzić, pracując w Hucie Stalowa Wola, mając w oczach te obrazy począwszy od pierwszej delegacji do Wielkiej Brytanii przez Arizonę, Argentynę po Kazachstan i Rosję, wciąż słyszę w uszach melodię piosenki Ałły Pugaczowej pt. Stary zegar. Pierwszy raz usłyszałem ją na wystawie w Moskwie w 1985 roku. Słowa jej refrenu:
Życia nie da się cofnąć
i czasu zatrzymać nawet na chwilę
nieraz natrętnie nakazywały mi, zastanowić się nad sensem podjętej decyzji o wyprowadzce z Krakowa. Mam to szczęście, że zrobiliśmy to razem z moją żoną Grażyną. W czasie tych lat spędzonych w Stalowej Woli, nasze życie diametralnie się zmieniło. Tam założyliśmy nasz pierwszy wspólny dom i w tym czasie urodziły się nasze córki: Agnieszka i Paulinka. Zawodowo się opierzyłem i stamtąd wyruszyłem w świat, o którego możliwości poznawania marzyłem od dziecka. Tutaj przeżyłem największą przygodę swojego zawodowego życia, którą był projekt Pociągu Recyklingu Asfaltu, Martec. Z wiedzy tam zdobytej, będę nadal korzystał.
Zostawiamy w Stalowej naszą młodość, zostawiamy piękne sosnowe lasy. Zabieramy wspomnienia młodych lat, przesycone wielością przeżyć, zapachem sosnowych lasów i grzybów. Ja zabieram ze sobą do Katowic obrazy szczególne: Kilwateru wody za rufą deski windsurfingowej i wspomnienia lotów z lotnikiem Emilem Kukułą. Każdy z lotów dokładnie pamiętam. Od pierwszego lotu do Gdańska, przez wywożenie skoczków spadochronowych nad Kościół Świętego Floriana, po te niezwykłe nocne loty. Witam się z Emilem mówiąc: Kapitanie, bo dzięki niemu doznałem prawdziwej radości latania.

| Fot: M. Pietrzykowski Marek Pietrzykowski | Lotnik, instruktor Emil Kukuła. Za sterami Juniora JK |
Zabieram na Śląsk jeszcze jeden cudownie kolorowy film, na którym kadry przesuwają się w zwolnionym tempie. Tymi obrazami chcę zamknąć lata, spędzone w stalowym mieście w widłach Wisły i Sanu. Nie zdawałem sobie sprawy, że tak piękny świat istnieje i jest w zasięgu mojego widzenia.
Cofnę się nieco w czasie, aby zacząć projekcję filmu od początku.
Jest rok 1990, właśnie wróciliśmy z Iraku. Naszą dotychczasową działalność jubilerską w srebrze wzbogaciliśmy o nową. Założyliśmy z Grażyną Studio Reklamowe GRAM i mamy zamiar zacząć zajmować się reklamą. Nasi przyjaciele lekarze, Lila i Edek podpowiadają mi, że powinien się poznać z lekarzem radiologiem Witoldem Walawskim, który sprowadził do Stalowej Woli balony na ogrzane powietrze.

Fot: M. Pietrzykowski. Doktor Witold Walawski- lekarz radiolog, pilot samolotowy i balonowy.
Doktor Witold Walawski jest skoczkiem spadochronowym, pilotem samolotowym i balonowym oraz pierwszym w Polsce pilotem, który uzyskał lotniczą licencję zawodową na przewożenie ludzi balonem. Pracuje w Ambulatorium HSW, gdzie jest szefem pracowni roentgena, ma też własny gabinet, w którym zainstalował nowość. Jest nią panoramiczny roentgen stomatologiczny. Gdy o tym opowiada w charakterystycznym sobie stylu, zachrypniętym głosem, krótkimi niedopowiedzianymi zdaniami, patrzę na jego twarz. Z niej dopowiadam sobie resztę skrótowej, żołnierskiej opowieści i kulam się ze śmiechu. Moja wesołość wynika z faktu, że urząd skarbowy nie wiedząc, jak zaszeregować nowe działalności doktora, zaklasyfikował roentgen panoramiczny jako ksero, a balon jako wesołe miasteczko. Doktor ma specjalny dar przyciągania ludzi i potrafi sobie zjednać tych trudnych lub absolutnie niemożliwych do zjednania.
Jest wiosna, chyba 1991 roku i właśnie ma się odbyć w Stalowej Woli Międzynarodowy Zlot Balonowy. Mam być na niego oddelegowany przez HSW, do pomocy w jego organizacji. Huta tym zawodom patronuje i je sponsoruje. Jestem z tego bardzo dumny i nie mogę się doczekać ich rozpoczęcia. O mały włos, a nie uczestniczyłbym w tym zlocie. Mój szef Działu Szkolenia Serwisu HSW, inż. Henryk Myłek chcąc mnie zdopingować do przygotowania zaległego szkolenia, postawił wyraźny warunek, abym wcześniej przeprowadził szkolenie na ładowarkę 520. Zabierałem się do tego, jak pies do jeża, od kilku miesięcy. Jednak chęć przeżycia nowego, nieznanego, uruchamia we mnie pokłady energii, których istnienia w sobie absolutnie się nie spodziewałem. Trzy popołudnia i dwie noce spędzam w domu zakopany po uszy w dokumentacji technicznej i slajdach. Nasze córki: Agnieszka i Paulinka spoglądają od drzwi na dziwne przeźrocza, wyświetlane na ścianie.
– Nie przeszkadzajcie tacie, co chwilę upomina je mama. Zdaję egzamin przed szefem, którego jako pierwszego w ramach sprawdzianu szkolę, i dostaję urlop.
Jadę do Ulanowa, gdzie uczestnicy zawodów mają być zakwaterowani w Ośrodku Wypoczynkowymi HSW, to 25 km od Stalowej. Doktor przydzielił mi fuchę w recepcji zawodów, więc mam okazję każdą z załóg zobaczyć na własne oczy i chwilę porozmawiać. W sumie jest 26 załóg z Polski, Węgier, Czechosłowacji i Włoch. Witają się z Witkiem Walawskim, jak ze starym dobrym kumplem, którego dobry los pozwolił im znowu spotkać. Każda z załóg to mniej więcej cztery osoby + samochód z przyczepą na balon. Wszystkich należy rozlokować, a dla samochodów wskazać miejsce parkowania. Wliczając: meteorologów, komisję sędziowską i ludzi z obsługi zawodów, robi się ponad sto osób. Doktor przydziela mnie jako obserwatora do komisji sędziowskiej. Należę do jego ekipy balonowej i do moich zadań należeć będą loty z innymi załogami. Obserwator to przedstawiciel załogi balonowej, który ma za zadanie latać z innymi załogami i zwracać uwagę, czy przestrzegają zasad fair play i latają zgodnie z regulaminem sportowym zawodów.
Wieczorem tankowanie butli gazowych, mocowanie ich w koszach balonów, potem krótki przyspieszony sen. Coś w rodzaju polecenia pielęgniarki oddziałowej:
Śpijcie chłopcy szybko, bo poduszki potrzebne.
Odnośnie chłopców, to nie do końca zgodne z rzeczywistością, bo w zawodach uczestniczą również kobiety- pilotki i w dodatku niektóre z nich wyjątkowo piękne. Po szybkim śnie nastaje dzień, który wita zawodników o godz. 4 rano na briefingu. Mało jest ludzi, którzy sami z siebie pokochali wstawanie o świcie, stąd specjalne procedury zaproszenia na poranne spotkanie pilotów i załóg. Zasady są bardzo proste i do bólu przejrzyste. Kierownik lotów, komisja sędziowska i meteorolodzy czekają na zawodników w sali odpraw. Tam na głos włączone jest radio. Wraz z ostatnim piknięciem towarzyszącym sygnałowi czasu, drzwi do sali są zamykane na klucz i kierownik zawodów odczytuje listę zawodników. Na sali powinni być wtedy: kapitan załogi i jego obserwator. To nic, że stojący pod drzwiami, mało klamki nie urwą, regulamin zawodów mówi jasno, nieobecni dostają punkty karne.
Komisja sędziowska przedstawia założenia konkurencji. Dzisiaj jest to: Fly in. To znaczy, że piloci wybierają własne miejsce startu i starają się osiągnąć krzyż (cel), wyłożony w terenie przez komisję sędziowską. Należy zrzucić na cel marker (woreczek z piaskiem ze wstążką). Najmniejsza odległość od środka krzyża oznacza zwycięstwo w konkurencji. Dozwolony jest tylko jeden zrzut markera. Meteorolog przedstawia prognozę pogody, w niej bardzo ważna jest mapa kierunku wiatrów. Szybkie baloniarskie śniadanie, kubek gorącej mocnej kawy, drożdżówki w garść i biegiem do samochodów. Przed ośrodkiem w Ulanowie kotłuje się jak w ulu. Samochody startują z piskiem opon jak na odcinek specjalny rajdu. Peleton samochodów z przyczepami trzyma się razem.
W naszym samochodzie gorąca dyskusja z mapą w ręce.
Jakie miejsce startu wybrać- zastanawia się pilot z załogą naziemną. Przeżywam to, co widzę i słyszę z wielkimi emocjami. Koło mnie zaczyna się dziać spektakl, który urzeka mnie dynamiką, wróży emocje i bardzo nowe dla mnie przeżycia. Po kilkunastu kilometrach stajemy wraz z częścią jadących samochodów, niektóre jadą dalej.
Dlaczego i po co? Wstyd mi pytać, łowię każde słowo i obserwuję uważnie. Samochody, holujące przyczepy z balonami, zatrzymują się i wyskakują z nich ludzie. Niektórzy mają butle z helem. Napełniają baloniki gazem, puszczają w powietrze i śledzą wzrokiem kierunek, w którym odlatują. Sprawdzają go na kompasach i porównują z mapą.
– Nie, tutaj nie zostajemy – mówi pilot. Nie kumam dlaczego, znów wskakujemy do samochodów. Za kilka kilometrów znowu to samo, te same, dziwne szamańskie obrzędy. Zaczynam się domyślać, że na niektóre załogi, tych najlepszych, zwrócony jest wzrok pozostałych. Poznaję ich, bo rejestrowaliśmy w recepcji przyjazd wszystkich zawodników. Gdy się zatrzymujemy, guślarze zrywają źdźbła trawy i podrzucają je w górę. Te czary odprawiają dla określenia siły wiatru przy ziemi. Ponownie wskakujemy do samochodu i za kilka minut jesteśmy na polanie. Stąd będziemy startować. Kapitan balonu, do którego mnie przydzielił Witold Walawski, gorączkowo spogląda na mapę, sprawdzając dokładnie miejsce startu i kurs do celu. Słyszę urywkowe komendy, które załoga wykonuje, jak dobrze wyćwiczone czynności wykonywane w takt szant, pieśni pracy. Śpiewano je na żaglowcach dla zsynchronizowania rytmu pracy żeglarzy. Baloniarze pracują rytmicznie, ale dużo szybciej niż załogi żaglowców. Zdejmują z przyczepy kosz balonu, rozwijają powłokę i przypinają do niej spadochron. To rodzaj klapy zamykającej czaszę balonu Rzepami łączą spadochron w jedną szczelną całość z powłoką. Obserwuję i staram się wykonywać dokładnie wszystko, co robią oni i w tym samym tempie. Kolory materiału powłoki odcinają się od zieleni trawy. Faceci z załogi balonu przytrzymują otwór powłoki – wiatrochron i pilot zaczynają ją napełniać zimnym powietrzem, za pomocą wentylatora napędzanego silnikiem spalinowym. Kosz balonu leży, a czasza balonu jest z nim połączona stalowymi linkami, których karabinki są przypięte do ramy nad koszem. Powłoka zaczyna się wypełniać powietrzem, wygląda z boku jak kolorowe falujące morze. Wszystko od pobudki dzieje się tak szybko. Nie muszę walczyć ze snem, chociaż pora dla mnie jest nieludzka. Ta gonitwa samochodami, szybka jazda duktami leśnymi, podsycana jest adrenaliną akcji, którą chłonę z zapartym tchem, niepewnością i nadzieją, że polecę. Silnik wentylatora warczy i powłoka unosi się coraz wyżej. To bardzo ważne, żeby ją maksymalnie napełnić zimnym powietrzem. Powłoka balonu uszyta jest z tkaniny poliestrowej, a jedynie jej wiatrochron, wykonano z niepalnej tkaniny. Ten spektakl, nagłośniony warkotem silnika, zasilany krótkimi komendami pilota, urzeka mnie. Trzymam wiatrochron i czuję na twarzy wiatr, wyrzucany przez łopaty wentylatora. Tak bardzo mnie to wszystko wciągnęło, tak bardzo się bałem, żeby dobrze powtarzać, co robi załoga i czynnie w tym uczestniczyć, że dopiero teraz zauważam słońce, wyglądające zza koron drzew.
Wentylator milknie, przy koszu leżącym na ziemi przyklęka pilot, i za chwilę ciszę poranka przeszywa głośny huk palnika, ziejącego piekielnym ogniem. To bardzo ważny i niebezpieczny moment, w którym działania całej załogi muszą następować błyskawicznie w takt niewidzialnej pałeczki pilota dyrygenta. Z każdą chwilą powłoka, wstaje, wypełnia się gorącym powietrzem i cieszy oczy kolorami i blikami promieni odbitego słońca. Już załoga pomaga postawić kosz do pionu, a pilot operujący palnikiem, klęczący dotąd na trawie, siedzi już na burcie kosza, aby za chwilę w nim stanąć. Załoga przy koszu pilnuje, aby ten dalej pokornie dotykał ziemi. Pilot w koszu kontroluje mocowanie butli gazowych, sprawdza czy ma mapy, radio i zapasową zapalniczkę po czym mocnym pociągnięciem liny zrywa spadochron czaszy. Teraz dociskany on jest ciśnieniem wewnętrznym w balonie i może być uchylany dla upuszczenia gorącego powietrza z czaszy balonu i przez to zmniejszania wysokości jego lotu.
– Marek wskakuj – komenderuje pilot.
Czekałem na te słowa, zaklinając opatrzność i modląc się w duchu, żeby padły. Jesteśmy w koszu, czapka trochę łagodzi ciepło, bijące od palnika. Pilot grzeje powietrze, huk palnika, jego kolejne salwy walą po uszach. Czuję drgnięcie pod stopami. To pewnie tylko emocje; a jednak nie. Powoli zaczynamy się unosić. Głowy ludzi z załogi naziemnej stają się coraz mniejsze. Czuję, że moja radość z nowej przygody, dodaje siły nośnej balonowi. Nabieramy wysokości, początkowo prawie pionowo, dopóki drzewa i polany stanowią osłonę przed wiatrem. Pierwszy raz w życiu widzę z góry świat, który tak wolno zaczyna płynąć pode mną, majestatycznie jak film w zwolnionym tempie. Ta cisza, gdy nie pracuje palnik, upaja mnie, czuję się w niej zanurzony i chłonę wzrokiem widoki pod nami. W pamięci pojawia się szybowisko pod górą Żar i moment wsiadania do kabiny Bociana. Tam, jako dziewięcioletni chłopak, zostałem kopnięty kolanem przez brata Andrzeja. Dodał mi w ten sposób odwagi i zmusił, abym wziął udział w lotniczej zgaduj zgaduli. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, jak wspaniałe czekają mnie przeżycia. Ten lot balonem, od lotu Bocianem nad Żarem, odróżnia jego majestatyczność i wolno zmieniające się klatki filmu. Lecimy nad lasem, czasza balonu zostawia na nim obszar cienia, chwilowego zaćmienia słońca. Nagle widzę coś, co stanowi apogeum podniecenia, które towarzyszy mi od pierwszych przygotowań do startu.
– O! sarny, tam, ojej ile ich. Są też zające!- przekrzykuję huk palnika.
Widok jest surrealistyczny, zwierzaki biegają po kręgu, jaki wyznacza cień balonu, przesuwający się po leśnej przecince. Wygląda to tak, jakby sarny galopowały na odpustowej karuzeli. Pilot śmieje się do mnie, wyrzucam z siebie całą serię okrzyków zachwytu. Kapitan już przywykł do tego widoku, palnik jest głośny i wytwarza falę dźwiękową o niskiej częstotliwości. Zwierzęta tego dźwięku nie znają, są przyzwyczajone do hałasu traktorów i pił spalinowych w lesie, a to dziwne chwilowe zaćmienie słońca zmusza je do ucieczki. Wychodzimy znad lasu. Pilot w czasie lotu, jedną rękę cały czas trzyma na dźwigni zaworu palnika, podczas gdy w drugiej ma mapę. Wygląda jakby się trzymał rączki w autobusie, który hamuje. Naszym celem jest krzyż wyłożony w odległości kilkunastu kilometrów. Ma nad niego nadlecieć i rzucić marker jak najbliżej jego środka. Jest mi tak dobrze, że marzę, aby nasz dolot trwał jak najdłużej. Trwaj locie trwaj! Cudownie kąpię się w powietrzu i przestrzeni pod nami i wokół nas. Pilot dokładnie wypatruje śladów wiatru na ziemi, patrzy na dymy unoszące się z kominów, ruch gałęzi drzew, obserwuje kładącą się trawę. Dla mnie to czary, zaklęcia i gusła, odprawiane, aby nadlecieć balonem i trafić w wyznaczony punkt. Gdy musimy lecieć bardziej w prawo, wznosi się w górę, aby wykorzystać ruch wirowy Ziemi. Nie do wiary! Ci co wyznają jej płaskość i tak w to nie uwierzą. Jeżeli musimy lecieć w lewo, schodzi bardzo nisko tak, że muskamy koszem źdźbła traw. Gdy po drodze są linie wysokiego napięcia, przelatuje nad nimi nisko i dusząc pułap spływamy ku ziemi. Już wiem, że zakochałem się ponownie. Nieważne, że moim wybrankiem jest balon. Do krzyża coraz bliżej, nadlatujemy nad niego i pilot rzuca marker. Trafia kilka metrów od celu. Nie jest źle! Szukamy miejsca do lądowania, musi zapewnić dojazd samochodu z przyczepą. Radio skrzeczy i trzeszczy, kapitan rozmawia z załogą naziemną i uzgadnia miejsce lądowania. To ważny moment, gdy wylądujemy radiostacja straci zasięg, więc będziemy ślepi i głusi. GPS-u i komórek wówczas nie było, a te które były, służyły do przechowywania węgla.
Lądowanie balonem to ciekawe przeżycie, a bywa emocjonujące zwłaszcza, gdy jest wiatr i trudno zgasić powłokę. Wtedy kosz jest wleczony za spadochronem, jaki stanowi czasza balonu. Trzeba się bardzo mocno trzymać w koszu wleczonym po ziemi. Przed lądowaniem ostatnie sprawdzenie mocowania butli z gazem, luźne są zazwyczaj powodem wypadku. Pilot po raz kolejny ostrzega mnie, że nie wolno rąk wystawiać z kosza i próbować hamować. Takie działania kończą się przeważnie poważnymi złamaniami. Jestem przygotowany na kontakt z ziemią i czekam na przyziemienie, mocno zaparty w koszu. Lądujemy miękko. Targają mną skrajne uczucia: radość z lotu i żal, że lot już za mną. Znam to uczucie z czasów wspinaczki w Tatrach. Gdy wspinałem się na eksponowanej drodze, mając pod sobą luft przestrzeni i piarg w dole, wtedy był czas na strach i na panowanie nad nim. Po wspinaczce wracałem do schroniska i wieczorem odtwarzałam jej fragmenty w pamięci i rozkoszowałem się zrobioną drogą. Dopiero wtedy odczuwałem czystą radość z tego, co przeżyłem i frajdę panowania nad własnym strachem. To uczucie zawładnęło mną po lądowaniu. Nie miałem czasu go kontemplować, bo procedury narzucały swój rytm i harmonię. Powłoka balonu jest jeszcze ciepła, gdy rozciągamy ją starannie na trawie. Składamy i tarzamy się po niej jak po dywanie, aby usunąć z niej resztki powietrza. Dzisiejsze, pierwsze dla mnie, lądowanie jest komfortowe. Samochód z przyczepą podjechał tuż obok, więc nie trzeba balonu nosić. W przyszłości będą takie loty, po których będziemy harować, dźwigając kosz i powłokę przez zboże i zarośla. Pamiętam, jak podbiegł do nas chłop, chyba nie z chęci pomocy, ale z ciekawości i troski o swoje zboże. Żeby tak elegancko zagaić zapytał:
– Panowie, ciężki ten balon?
– Panie, jaki tam ciężki, przecież musi być lżejszy od powietrza, żeby latał- odpowiedział ktoś z załogi. Rolnik szarpnął za kosz i krzyknął.
– Panie, co pan pie…sz, aż mi w krzyżu strzeliło. Dalej kuśtyka koło nas, trzymając się za plecy, ale bacząc, żebyśmy nie zadeptywali zboża. Chęć pomocy minęła bezpowrotnie. Baloniarska brać jest niezwykle inteligentna, wesoła i wygadana. Stąd teksty rozmów z ludźmi, to prawdziwe perełki humoru, które pieszczą moje uszy. Wsłuchuję się w nie z uwagą i staram się je zapamiętać. Widok balonu nad wsiami wokół Stalowej Woli, to wówczas jeszcze widok rzadki, budzący sporą ciekawość mieszkańców. Gdy balon nadlatuje, jego zjawienie się, anonsuje głośne szczekanie psów, które omal nie pociągną bud na łańcuchach. Przed domami całe rodziny na podwórkach, w oknach i na balkonach. Lecimy bardzo nisko i wolno nad domem. Macha do nas rękami cała rodzina. Gospodyni jest szczególnie rozmowna i krzyczy:
– Panowie, lądujta u nas.
– A ładną córkę pani macie?- pyta pilot.
– A dyć mom dwie.
– Ładne?
– No przecie!
– Panny?
– Niii, mężatki, z dieckami.
– No to po co mam lądować, jak robota już dawno zrobiona.
– Lecimy dalej! Odkrzykuje pilot
Wróćmy do lądowań. Te następne będą różne, także wśród linii wysokiego napięcia połączone ze ślizgiem w koszu. Zbieramy się, czas wracać do Ulanowa, trzeba zjeść śniadanie koło południa i napić się piwa. Po południu następna konkurencja, która zakończy się już po zachodzie słońca. Balonem lata się wczesnym rankiem i późnym popołudniem, kiedy nie ma termiki. Trzeba balony zlokalizować i zwieźć je do ośrodka w Ulanowie. Potem tankowanie butli z gazem, późna kolacja i krótki sen, bo poduszki potrzebne. Witek Walawski jest świetnym organizatorem i ma wszystko z całą precyzją przemyślane, ale czasy są siermiężne i często są to działania na wariata, czy też mówiąc po krakowsku na fleta. Nie zadaję pytań dlaczego, jeżeli coś poleca robić, to wiem, że tak ma być, a czas pewnie wyjaśni, co i jak. Następnego dnia, w miejsce, gdzie ląduje wiele balonów, przejeżdża samochodem leśniczy. Wydziera się jak wściekły i pyta o organizatora. Wygląda, jakby się chmury gradowej nałykał. Biegnie do Witka i krzyczy:
– To wyście startowali o wpół do piątej z polany w lesie?! Kto wydał pozwolenie?!
Witek odpowiada z flegmą, charakterystycznymi szarpanymi zdaniami, dla których jego uśmiechy są przecinkami:
– Pan burmistrz Ulanowa pozwolił. Widzi go pan, o właśnie przechodzi chrzest balonowy po pierwszym locie. Chodźmy do niego.
– No dobrze, jak pan burmistrz pozwolił, to wszystko wyjaśnia.
To majstersztyk typowych działań Witka. Jakby chciał wszystko przewidzieć, wymyślić miejsce startu, uzyskać zgody itp., byłoby po zawodach, i to grubo przed ich rozpoczęciem.
Mam jechać do Dressta po pieniądze na opłacenie cysterny z gazem.
– Ciebie znają i nie dasz się spławić- to wszystko co Witek mi komunikuje, reszta należy do mnie. Pobieram w kasie pieniądze, wypycham gotówką kieszenie koszuli i kombinezonu, po czym zapinam je w niewidoczny sposób agrafkami. Jest tego na ówczesne pieniądze siedem milionów złotych. Nabrałem damskich kształtów i czułem się, jak dobrze wypchany bogaty sejf. Do czasu opłacenia cysterny będę za niego robił, bo boję się zostawić pieniądze.
Bardzo wcześnie rano i znów budzik wydziera się. Przysiągłem sobie solennie, że na czas zawodów poniecham starej procedury budzenia pod tytułem: jeszcze minutka. Możliwość latania, a prawdę mówiąc, wstyd wtopy i dania doopy przed Witkiem, wzmacniał samodyscyplinę.
Łazienka i znane już teksty pilotów, którzy przez zęby dręczone szczotkami, seplenią:
– Jaki ku..wa idiota wymyślił takie latanie o świcie. Co za kretyński sport.
Potem sygnał czasu z radia i briefing za zamkniętymi drzwiami. Sprawdzenie listy obecności i punkty karne dla tych co smacznie spali. Mamy wykonać nalot balonowy na Stalową Wolę. Głównym sponsorem zawodów jest Huta Stalowa Wola i zawody muszą być widoczne w mieście, co tłumaczy działania Witka, dyrygenta zawodów. Mamy startować wspólnie z wielkiego pola, to wzmocni efekt dla obserwujących z ziemi.

Fot: M. Pietrzykowski. Startujemy, pod nami wstają balony. To zdjęcie z innych sierpniowych zawodów.
Krzątanina ludzi, warkot silników wentylatorów, pęczniejące powłoki kłaniają się sobie. Niektóre z nich czule się dotykają, takie pieszczoty o świcie mają swoją wymowę. Skąd balony o tym wiedzą? Jeden z nich jest w kształcie butelki. Lata nim Papa Laszlo – Węgier, przyjaciel Witka. Syk palników, a potem ta radość unoszenia się w niebo. Lecimy szeroką formacją, w dole samochody stające na jezdni i zadarte, zapatrzone w niebo oczy kierowców. Lot jest szybki, wiatr znaczny, gdzieś tam w tyle głowy kołacze mi myśl, jakie będzie lądowanie. Znane mi miasto pierwszy raz widzę z góry w tak melancholijnym nastroju. Gdy latałem nad nim samolotem z Emilem Kukułą, towarzyszyły mi odmienne, ale zawsze żywe odczucia. Miasto za nami, po prawej zostawiamy za sobą wieżę lotniska w Turbii. Zniżamy lot i przygotowujemy się do lądowania w rejonie Zaleszan. Może być ostre, pomiędzy liniami wysokiego napięcia.
– Marek trzymaj się mocno – krzyczy pilot.
Zaparci w koszu, skuleni orzemy koszem pole, głowy odskakują, nogi i ręce zakleszczone na chwytach, abyśmy się wzajemnie nie poobijali. Balon zatrzymuje się, pilot wyskakuje z kosza jak z procy, krzyczy, że musimy zdusić powłokę, aby nie dotknęła linii energetycznej. Powłoka targana wiatrem, głośno łopoce, ale w końcu poddaje się naszym wysiłkom i flaczeje. Po dobrej chwili podbiega chłopiec z pobliskich zabudowań. Jest niezwykle zainteresowany i zna się na budowie balonu. Pyta więc pilota:
– Prosę pana, prosę pana! Pan wie, po co jest ta lina, która wisi z balonu?
– No nie wiem – udaje pilot.
– Jak balon pąknie, to można po niej zjechać na ziemię.
Pąkamy ze śmiechu. Za chwilę dojeżdża załoga naziemna i zaczynamy zwijać balon. Czas na śniadanie. Przerywane jest głośnymi relacjami z lotu. Kelnerka wnosi wazy z zupą mleczną. Do stolika, przy którym siedzi Jurek Śruba, pilot balonowy z Warszawy, startuje dwóch jego kolegów z innej załogi. Podrywają pokrywkę wazy i mówią:
– Pani chce zabić naszego kolegę?!
– O co panom chodzi?- pyta przestraszona kelnerka.
– To tłuste mleko, może zabić naszego kolegę emeryta.
To pokłosie artykułu, o zawodach balonowych, jaki ukazał się w gazecie. Jakiś dziennikarz opisał Jurka – w cywilu kapitana i instruktora LOT- u, latającego na Boeingach, robiąc z niego, niezgodnie z prawdą, emeryta. Śruba bardzo boleśnie to przeżywał i komentował, co zaowocowało troską kolegów o jego zdrowie.
Jest cudownie, jest fantastycznie, jest niezwykle jajecznie. Dla takich chwil warto żyć, z takimi ludźmi obcować, to raj na Ziemi. Zawody wchodzą w fazę końcową. fazę. W sobotę, gdy tradycyjny targ gromadzi ludzi, wisimy nad miastem. Powietrze stoi w miejscu, a wraz z nim dwadzieścia kilka balonów stoi nieruchomo jak lampiony, które płomieniem i hukiem palników przyciągają wzrok. Nad targiem balon Szalony Narciarz z Doliny Aosty robi za żyrandol. Będą też inne reperkusje tego pokazu, odnotowane przez Komendę Miejską Policji w Stalowej Woli. Sprzedający i kupujący zapatrzeni w niebo, a złodzieje i kieszonkowcy skupiają swój wzrok bardziej przyziemnie. Też mam okazję pożyrandolić nad miastem. Z pilotem balonu z Leszna wisimy nad transformatorem energetycznym, trwa to już dobrą godzinę a my jak zaklęci, nieruchomi z pespektywą przysmażenia. Robi się nieciekawie, bo gazu w butlach potrzebnego do lądowania coraz mniej. Mini wietrzyk sprawia, że nie tkwimy już nieruchomo, ale kręcimy się jak gówno w przerębli. Przemieszczamy się cichutko wzdłuż bloków, płosząc panie w koszulach nocnych, które zaskoczone zasłaniają się firankami, zza których wystają im tylko głowy. Powoli lecimy w kierunku huty, pilot cały czas rozmawia przez radio z załogą naziemną, widzimy ich z wysokości dwudziestu kilku metrów. Pilot planuje siadać na ulicy Orzeszkowej, zrzucając z balonu linę, bo gazu jak na lekarstwo. Chwilowy, nieoczekiwany powiew wiatru znosi nas nad parking rowerowy huty. Mało przestrzeni pomiędzy daszkami stojaków na rowery. Nie ma czasu na rozważania, gaz się skończył i pozostały sekundy na podjęcie decyzji. Pilot ciągnie za linę spadochronu czaszy, który otwarty, gwałtownie upuszcza gorące powietrze. Spływamy na parking z szybkością lądującego spadochroniarza i na ugiętych kolanach walimy koszem w asfalt. Tę pobożność sylwetek wymusza brak gazu, pozwalającego na spowolnienie opadania. Nie ma ani krztyny wiatru, stąd gaszenie powłoki jest bardzo spokojne.
Przed nami ciekawie zapowiadający się wieczór, ogłoszenie wyników zawodów, rozdanie pucharów, a po nim bal.
Bo to życie, to bal jest nad bale! Niech żyje bal!
Drugi raz nie zaproszą nas wcale!
Orkiestra gra! Jeszcze tańczą i drzwi są otwarte![1]
Tego wieczoru nikt nie zamyka drzwi. Trwa prawdziwy wspaniały bal, nie jakaś tam potańcówka przy magnetofonie. Jest obecny Dyrektor Naczelny Huty i zaproszeni goście. Witek Walawski ciągle na posterunku, tym razem przy mikrofonie. To ważny, bardzo dyplomatyczny moment, aby podziękować komu trzeba i sprawić, że następne zawody odbędą się w Stalowej Woli. Witek umie mówić. Podsumowuje:
– Zawody zakończyły się szczęśliwie i w dodatku w czasie ich trwania, wydarzył się cud w Klasztorze Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów w Rozwadowie.
Na obliczach vip-ów pojawia się grymas zdziwienia. To czas, gdy oficjele nie afiszowali się jeszcze w kościołach, a raczej starannie ich unikali. Witek ścisza głos i mówi dalej:
– Na dziedzińcu męskiego klasztoru objętego ścisłą klauzurą objawiła się kobieta… I cisza.
– ….Była nią Jana – pilotka z Czechosłowacji. Na twarzach zaproszonych gości napięcie minęło i organizator zawodów otrzymał huragan braw.
W sobotę, gdy my na pokładzie balonu z Leszna wisieliśmy nad transformatorem, Janie Pan Bóg wskazał ciekawsze miejsce lądowania.
Zagraniczni piloci zaskoczeni i szczęśliwi. To nie ogłoszenie wyników z kieliszkiem szampana i krakersem w ręce. Stoły uginają się od jedzenia, orkiestra hutnicza gra, rozdane puchary napełniają się trunkami.
Na parkiecie tłum spleciony gęsto[2]
Niech żyje bal*.
Niech żyje młodość.
Wciąż mam w pamięci żywe wspomnienie pierwszego lotu z Emilem Kukułą do Gdańska i wszystkich następnych. Pamiętam jak dziś nasze rozmowy w czasie lotów, gdy miałem zdwojone odczucia: radości z lotu oraz smakowania gracji i elegancji stylu latania Kapitana. Wciąż widzę naftowe latarnie, wyłożone na lotnisku w Turbii, które przenosiły mnie w czas Nocnego Lotu, Antoine de Saint-Exupérego.
Mój film uzupełniły nowe klatki: łanów zbóż falujących pod koszem balonu, sosnowych lasów przesuwających się w zwolnionym tempie i karuzeli zwierząt biegających po okręgu cienia, jaki zaznaczył na ziemi balon, chwilowo zasłaniając słońce. Ten nowy, poklatkowy bardzo piękny film nakręciłem dzięki Kapitanowi Witkowi Walawskiemu.
To wszystko jest absolutnie moje, własne. Nikt nigdy nie jest w stanie mi tego odebrać.
Dziękuję Wam Kapitanowie!
Dziękuję Ci Emilu!
Dziękuję Ci Witku!
[1] *Niech żyje bal, tekst Agnieszka Osiecka, muzyka Seweryn Krajewski, wykonawca Maryla Rodowicz
[2] Jesteśmy na wczasach, tekst i wykonanie Wojciech Młynarski