+48 736-84-84-44

Przebudził mnie głośny warkot helikopterów. Zdezorientowana podbiegłam do okna. Przez szczeliny w żaluzjach dostrzegłam, wyłaniające się zza chmur, blade promienie słońca.

Podniosłam telefon, aby zadzwonić do rodziny i przyjaciół.

Ja żyję, żyję – powtarzałam radośnie, obracając się po pokoju w tanecznym kręgu.

Niestety telefon nie miał zasięgu, nie było też elektryczności. Zrozumiałam, że huragan odciął nas od świata. Wybiegłam przed dom, aby zobaczyć osiedle.

                  Na szczęście huragan przesuwał się nad Atlantyk, żegnając miasto gniewnym pomrukiem. Zostawił jednak po sobie przerażający widok. Nad zatoką krążyły helikoptery Narodowej Straży Przybrzeżnej. Wokoło rozbrzmiewały żałosne syreny karetek pogotowia oraz policyjnych patroli. Z domów wychodzili ludzie z sąsiedztwa. Podobnie jak ja zmęczeni, ale szczęśliwi. Pomimo ogromu zniszczeń, wzajemnie pocieszając się, powtarzali: Najważniejsze jest życie.

Brzeg zatoki rozszarpany potężnymi wirami wody, nadal pulsował napływającymi falami.

Przybrzeżne drzewa pływały po powierzchni wody, kurczowo trzymając się zatopionych łodzi. Inne leżały pokotem. Poddały się sile wiatru, osiągającego prędkość ponad dwieście kilometrów na godzinę. Spod ich konarów i korzeni wystawały zastygłe w strachu dzikie zwierzęta. Jakże błędnie zaufały instynktowi przetrwania, a może nie miały się gdzie schronić? Domy także straciły ufność w byciu bezpiecznym przyczółkiem dla człowieka. Przygniecione drzewami, żałośnie spoglądały pustymi okiennicami z resztkami potłuczonych szyb.

Podobny widok przedstawiały samochody pod olbrzymimi pniami drzew. Czapla w poszukiwaniu jedzenia wyciągnęła w moim kierunku szyję. Nie musiała długo szukać. Ryby wyrzucone na brzeg, spoglądały ogromnymi oczami, jakby chciały zatrzymać widok wody, która zaledwie parę godzin wcześniej była ich domem.

Na ulicy, przed jednym z supermarketów, ustawiały się kilometrowe kolejki pojazdów. Byłam mile zaskoczona, widząc otwarty sklep, który jeszcze poprzedniego dnia był zabezpieczony, przed huraganem, drewnianymi płytami i workami piasku.

Widok długiej kolejki i nieustający ryk karetek pogotowia kojarzyły mi się z konduktem pogrzebowym. Byłam głęboko poruszona. Kierowcy uchylali szyby i gestami przyjaźni pozdrawiali mnie. Ze wzruszeniem odwzajemniałam ich pozdrowienia. Oni  również ocierali łzy. Zrozumiałam, że dopiero w takich chwilach człowiek odnajduje bliskość drugiego człowieka.

Szłam przed siebie, przywołując w pamięci dni poprzedzające nadejście huraganu Milton.

Jeszcze wczoraj telefon nie nadążał z wybieraniem numerów.

       Widmo nadchodzącego żywiołu, przypomniało rodzinie i znajomym o moim istnieniu na dalekiej Florydzie. Poczułam się pewniej, wiedząc, że chociaż  na odległość,  to jednak są ze mną. W telewizji Huraganowe Centrum Pogody ponaglało do ewakuacji. Korki, na drodze ewakuacyjnej z wielogodzinnym zastojem, nie napawały optymizmem. Tam byli szczęściarze, którzy zorientowali się wcześniej, że trzeba uciekać, by ujść z życiem. Dla mnie było już za późno. Po niedawnym przejściu huraganu Helena, Floryda wciąż borykała się jeszcze z naprawą zniszczeń, łącznie z nadrabianiem opóźnień w lotach samolotów.

Nie myślałam, że będzie aż tak źle, przecież media z reguły wyolbrzymiają, napędzając strachu, a jednak tym razem nie szukały sensacji.

 Nie miałam zapasu benzyny, a bak zatankowanego samochodu nie wystarczyłby na przejechanie setek mil zakorkowaną drogą. Stacje benzynowe z powodu braku paliwa stały się bezużyteczne.

Uczepiłam się jeszcze  myśli, że skoro mieszkam w bezpiecznym terenie?  i nie wszyscy stąd wyjeżdżają, to widocznie da się tu przeczekać. Myśl ta  pokrzepiła mnie jednak  tylko na  moment. Bo jeśli, zgodnie  z  przewidywaniami, poziom wody wzrośnie do kilku metrów, to znajdę się w szponach powodzi.

Huragan, który miał nadejść, osiągnął status kategorii piątej, więc nie było złudzeń na przeżycie. Jeśli zostaniesz, będzie to jak trumna – ostrzegała burmistrz miasta, podkreślając zagrożenie dla życia.

Mimo wszystko zdecydowałam, że zostaję. Jeśli rzeczywiście będzie tak tragicznie, to wolę ostatnie chwile spędzić we własnym domu, niż zostać porwaną przez żywioł gdzieś na nieznanej mi drodze. Zresztą, nie miałam już innej opcji, aby wyrwać się z tej pułapki.

       Wieczorem huragan tak, jak zapowiadano, niemal co do minuty nadszedł o 20.30. Przemieszczał się z zachodu przez Zatokę Meksykańską w kierunku mojego miasta, które jest położone pomiędzy dwoma zatokami.

Jeszcze syn, mieszkający w drugiej części Ameryki, zdążył łamiącym się głosem pocieszyć mnie, że główne oko cyklonu przesunęło się trochę na południe i  słabnie. Po czym dodał: Mamo, tam też żyją ludzie.

Nagle głos mojego syna zamilkł, połączenie zostało przerwane. Zgasło światło i rozpętało się piekło. Myślałam o tych, na których zostało skierowane to najgorsze uderzenie, być może ratujące moje życie. Czego wtedy jeszcze nie byłam pewna. Modląc się, przycupnęłam w miejscu najbardziej oddalonym od okien. Jeszcze parę minut po nadejściu huraganu, widziałam, jak wicher bawi się konarami drzew niczym zabawkami.

Nad osiedlem paliły się transformatory, a kable nad dachami budynków przypominały fajerwerki. Za oknem była jedna ściana wody, która zasłoniła nocny koszmar. Jęki rozjuszonej bestii nie dawały chwili na spokojniejszy oddech, byłam przerażona. Słyszałam głuche uderzenia wyrywanych drzew. Szybkość wiatru nasilała się, a szyby w oknach drżały, gotowe siłą żywiołu wyssać mnie na zewnątrz. Nie wiedziałam, ile wody wypływa z zatoki, kontakt ze światem zerwał się zupełnie, zostałam sama. Nadchodził świt, a ja skulona na kanapie, czekałam na koniec tej koszmarnej nocy.

Chciałam, jak najszybciej zadzwonić do rodziny, pocieszyć ich, że żyję i jestem względnie bezpieczna. Myślałam też o tych, którzy tej nocy walczyli o przetrwanie, póki nie ogarnął mnie sen.

       Po tygodniu odzyskałam kontakt ze światem.

Zaledwie kilkanaście mil dalej, tam, gdzie przemieściło się główne oko cyklonu, ludność walczyła o przetrwanie. I niestety nie wszyscy tę walkę ze śmiercionośnym żywiołem wygrali.

Przejdź do treści