Spotkamy się przy Bachusie − napisał. Odchyliłam głowę. Pociąg ruszył gwałtownie, a ja niemal natychmiast zasnęłam i zobaczyłam pod powiekami trzy rudowłose kobiety. Tańczyły i śpiewały wokół fontanny. Na głowach miały wianki. Obudziło mnie kolejne szarpnięcie, krótki przystanek w Nowej Soli. Postanowiłam być czujna, choć sen o rudowłosych kobietach prześladował mnie przez całą drogę. Wysiadłam na dworcu w Zielonej Górze i ruszyłam w stronę Starego Rynku. Słońce przelewało się przez chmury. Rozgrzany upałem asfalt, lśnił jak brokat. Gdy szłam aleją Niepodległości, patrzyłam na budynki, które były moim punktem odniesienia w drodze na spotkanie w umówionym miejscu.
Nie ma go przy pomniku Bachusa… Niemożliwe, przecież miał być. Nie ma go. Jest za to czarny kot. Pochylam się, żeby go pogłaskać. Pręży się i mruczy.
Upał mnie obezwładnia. Przymykam powieki i widzę pod nimi trzy nagie rudowłose kobiety. Wirują wokół własnej osi. Otwieram oczy. Wodzę nieprzytomnym wzrokiem po placu. Nigdzie go nie widać, a ja muszę usiąść w cieniu i napić się czegoś zimnego, zanim dostanę udaru. Ruszyłam w stronę kawiarni, których jest tutaj pod dostatkiem. Kot szedł przede mną, jakby mnie prowadził. Zamówiłam mrożoną herbatę. Kot siedział pod daszkiem i obserwował mnie przez szybę.
Orzeźwiający napój podała mi rudowłosa kobieta. Na ścianie przy stoliku zauważyłam obraz: trzy rudowłose kobiety wokół ogniska. Pomyślałam, że to efekt upału. Że wszystko mi się pomieszało. A obrazy ze snu nałożyły się na rzeczywistość. Kiedy wyszłam z kawiarni, zrobiło się jakoś ciemno. Niebo zasnuły ciemne chmury. Wydało mi się to bardzo dziwne. Czarny kot szedł przede mną, prowadząc mnie wąskimi uliczkami. Postanowiłam pospacerować, zanim zadzwonię do Arka, który mnie wystawił. Łudziłam się, że jednak gdzieś tu jest i czeka na mnie.
Zerwał się wiatr tak silny, że czułam, jakby mnie wciągał w wir. Wszystko wokół stało się niewyraźne. Poczułam, że wbrew woli kręcę się wokół własnej osi. Upadłam na coś miękkiego. Leżałam na trawie. Rozejrzałam się zdezorientowana. Wokół panowała ciemność. W oddali jaśniało ognisko. Kręciło mi się w głowie. Wstałam ostrożnie. Przed chwilą stałam w przejściu uroczej wąskiej uliczki. Teraz jej nie ma. Jest polana, rozległa porosła gęstą trawą. Próbuję się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Odtwarzam w głowie plan miasta, jak gdyby miało mi to pomóc. Chyba łudzę się, że wszystko tutaj jest takie samo, choć zamiast pięknych starych kamienic ulicy Masarskiej stoi jedna mała drewniana chałupka. Podchodzę do niej. Drzwi są spróchniałe. Niemal sypią się w dłoniach, gdy je popycham. Otwierają się do środka. Z trudem. Zawiasy są poluzowane. Domek lekko pochylony w lewo, jak gdyby szykował się do odejścia w inną stronę. Wewnątrz jest ciepło. Nad paleniskiem duży kocioł. Unosi się z niego chmura dziwnego zapachu. Idę po klepisku i zaglądam w każdy kąt, ale chatka jest pusta. Zbliżam się do ognia, nad którym bulgocze dziwna potrawa i ogrzewam zmarznięte dłonie. Powietrze jest tutaj zatęchłe jak w starej piwnicy. Takiej, jaką ma moja babcia. Sięgam do torebki po telefon. Jest, ale zupełnie rozładowany, choć przecież miałam pełną baterię. Wychodzę z pustego i mimo wszystko, na swój unikalny sposób, przytulnego domku i idę polaną w stronę płonącego w oddali ogniska. Słychać tam śpiewy i śmiech dziewcząt. Wcale się już nie dziwię, gdy obok mnie podąża czarny kot. Dostrzegam przed sobą kilka nagich rudych kobiet. Zupełnie jakbym patrzyła na scenę z obrazu, który wisiał w kawiarni. Albo jakbym się przeniosła do swojego snu.
− Jesteś wreszcie − zwraca się do mnie jedna z dziewcząt. Podaje mi rękę i prowadzi bliżej wielkiego ogniska, gdzie z zażenowaniem odkrywam, że jestem naga. A moje blond włosy, które wcześniej sięgały mi do ramion, teraz spływają długimi falami do pasa.
− Wypij – zachęca, podając mi gliniany kubek z ciepłym płynem. Pachnie, jak ten gotujący się w kotle drewnianej chatki.
Zaintrygowana upijam łyk i z przerażeniem dostrzegam, że dotąd niebieskie oczy rudowłosej zmieniają barwę na czarne. Tak czarne, że nie widać gdzie kończy się źrenica, a zaczyna tęczówka. Strach odbiera mi mowę i zdolność racjonalnego myślenia. Wszystko wokół wiruje. I ja wiruję wokół tego wielkiego buchającego ogniem kręgu. Z obu stron trzymają mnie za ręce. Przyspieszają kroku. A ja biegnę z nimi po kole. Coraz szybciej i szybciej aż upadam na trawę, a moja spocona dłoń wyślizguje się z dotyku jednej z kobiet.
− Wszystko w porządku? − pyta mnie jakaś starsza kobieta, pochylając się nade mną troskliwie.
Znów jestem w Zielonej Górze. Na tej samej uroczej uliczce.
− Tak. W porządku − odpowiadam z ulgą, wstając z chodnika, na który, jak się okazało, upadłam.
− Chodź − mówi ta kobieta, a ja dostrzegam, jak kolor jej oczu zmienia się z niebieskich na czarne, smoliste i matowe. Ciągnie mnie w stronę jednej z tych kamieniczek, które oglądałam z zachwytem. Wchodzimy po schodach na piętro. Otwiera drzwi mieszkania, urządzonego w starym przedwojennym stylu. Spoglądam na kanapę obitą zielonym pluszem. Wyleguje się na niej i pomrukuje czarny kot. Jestem pewna, że to ten sam kot. Na ścianie − a jakże! − wisi obraz, przedstawiający trzy nagie rudowłose kobiety, tańczące wokół ogniska.
− Wierzysz w magię? − pyta mnie ta stara kobieta o czarnych oczach.
− Nie − odpowiadam stanowczo i próbuję ruszyć w stronę drzwi. Uciec od tego dziwnego miejsca, ale coś mnie powstrzymuje. Jakbym się przykleiła do podłogi.
− Boisz się, a więc wierzysz − stwierdza z zadowoleniem kobieta.
− Nie boję się! − odpowiadam zbuntowana, lecz wciąż nie mogę się ruszyć.
− Wierzysz w magię, bo boisz się tego, czego nie widać. Spójrz na mnie − prosi. − I powiedz mi, co widzisz?
Stara kobieta zmienia się na moich oczach w młodą rudowłosą dziewczynę. Śmieje się z satysfakcją.
− Widzisz? To działa właśnie tak – mówi, jakby miało mi to cokolwiek wyjaśnić.
− A teraz wyjrzyj przez okno na ulicę − mówi władczo i pewnie.
Zbliżam się do okna i za przybrudzoną szybą dostrzegam Arka. Otwieram okno i wołam go, ale jego już nie ma. Zamiast niego na chodniku stoi rudowłosa dziewczynka z lizakiem i śmieje się beztrosko. Odwracam się za siebie. Dziewczynka jest tuż za mną. Biegnie do przedpokoju i chowa się w jakimś pokoju. Stara kobieta podchodzi do mnie i zanim zdążę zrobić cokolwiek, wbija we mnie nóż. Wszystko wiruje. Czarna chmura wciąga mnie w siebie.
Otwieram oczy. Wypluwam coś ciepłego, myśląc że to krew, ale to woda. Ciepła woda z dodatkiem jakichś ziół. Nic mnie nie boli. Nie ma żadnego noża. Nie ma miasta. Jest polana i ognisko. Jęczę zdezorientowana i zniechęcona.
− Anno − ktoś woła moje imię. Rozglądam się. To Arek. Tylko dlaczego zwraca się do mnie tak oficjalnie? Łapie mnie za rękę i ciągnie w stronę niewielkiej mrocznej wioski.
Wciąż ktoś mnie dzisiaj ciągnie − uświadamiam sobie z błyskiem czarnego humoru.
− Arek, co jest grane? − pytam.
− Nie teraz − odpowiada zdyszany. Otwiera ciężkie drzwi stodoły. Prowadzi po drabinie na górę. Przykrywa mnie i siebie sianem. Na zewnątrz słychać podniesione głosy, ciężkie kroki. Szukają kogoś. Czyżby nas? Próbuję coś powiedzieć, ale Arek przykłada palec do ust, nakazując ciszę. Wszystko tutaj jest jakieś inne. Arek jakby doroślejszy niż na te swoje świeże osiemnaście lat. Ubrany w jakieś lniane łachmany, nie traci nic ze swego uroku. Dźwięk otwieranych drzwi stodoły, uświadamia mi, że to nie jest dobry czas na tego typu przemyślenia. Arek zakrywa mi usta otwartą dłonią, jakby się bał, że nas zdradzę. Kiedy ciężkie kroki zbliżają się do nas, wyrywa mi się jakiś jęk, stłumiony przez rękę mojego kolegi. Kroki ustają. Przez gęste suche źdźbła słyszę głosy mężczyzn.
− Przeszukajcie siano. Ona musi gdzieś tutaj być.
Serce podchodzi mi do gardła, gdy szelest przegarnianego siana jest coraz bliższy. Jeszcze chwila, a jakaś ciężka łapa jednego z mężczyzn dosięgnie i mnie. Leżę nieruchomo, próbując spłycić oddech. Czuję, jak coś muska moje włosy. Ruch powietrza. Wielka dłoń zatrzymuje się kilka milimetrów nade mną.
− Coś znalazłem! − krzyczy ktoś z drugiego końca obszernego pomieszczenia i ręka cofa się ode mnie na bezpieczną odległość.
− Fałszywy alarm. To tylko pęk włosów jednej z tych wiedźm − oznajmia męski głos z rezygnacją.
− Nie dotykaj tego! Spluń przez ramię, bo cię opętają te czarownice − krzyczy kolejny głos. − Chodźmy stąd. Tu jej nie ma.
Kroki oddalają się. Słyszę ciężkie łupnięcie drzwi. Arek dopiero teraz cofa swoją dłoń.
− Muszę przyznać, że zupełnie inaczej wyobrażałam sobie nasze dzisiejsze spotkanie. Mieliśmy świętować twoją osiemnastkę, a tymczasem prześladują nas jakieś pechowe wydarzenia, związane z trzynastym dniem miesiąca.
− Trzynastka to magiczna liczba! Ochronna. Zapewne dzięki niej panienka żyje.
− Czy tamci mężczyźni chcieli mnie zabić? − pytam, choć dziwi mnie zwrot panienka. Pewnie Arek jak zwykle się wygłupia.
− Panienka dzisiaj jakby nieobecna jakaś… − przygląda mi się z troską. Czy, aby ciotki panienki nie przesadziły z ilością rytuałów ochronnych na dziś?
− Moje ciotki? Te kobiety przy ognisku to moje ciotki?
− Niech panienka weźmie − podaje mi jakieś śmierdzące zioło. – Pomoże panience.
− O rany! Arek! No co ty z tą panienką. Jak słowo daję! Dałbyś już spokój.
− Nie jestem Arek − oburza się. − Nie znam takiego. Jestem Arkadiusz.
− Wielka mi różnica. Naprawdę − mamroczę. − Co mam zrobić z tym zielskiem?
− Wystarczy rozgryźć.
− Czy to legalne? − pytam odruchowo, lecz zaraz uświadamiam sobie, że w świecie, w którym faceci polują na mnie jak na zwierzynę, a stara kobieta, która jest prawdopodobnie moją ciotką, wbija we mnie nóż, nic nie jest nielegalne.
Zrywa się wiatr. Pojedyncze źdźbła wirują nad nami. Pachnie trawą i kurzem. Zaraz po tym przez szpary w dachu widać błyski. Pomruk zbliżającej się burzy, rozciąga się nad nami.
W dziurawym dachu widać ruch, coś kolorowego przemyka nad nami. To pewnie ptak. To na pewno ptak − wmawiam sobie, próbując zgasić niepokój. Co innego mogłoby się przydarzyć w tym świecie.
Słychać przerażający jęk, krzyk, zawodzenie… Trudno nazwać ten dźwięk.
− Powiedz, że to tylko wichura − zwracam się z nadzieją do Arka.
− To Latawiec − odpowiada z przerażeniem.
− Co takiego? − pytam, lecz nie doczekuję się odpowiedzi. Arek krzyczy, że musimy uciekać, zanim piorun uderzy w dach. I już po chwili słychać ogłuszający huk, który porusza ziemią, wprowadza wszystko w drganie i sprawia, że przez dłuższą chwilę oboje nie możemy dojść do siebie, jakbyśmy byli w środku jakiegoś wybuchu. Chyba tak właśnie jest, bo dach zaczyna płonąć, gęsty dym zalega nasze płuca. A ja przez te opary uświadamiam sobie, że za chwilę ogień sięgnie słomy, którą jesteśmy przykryci. Ogień bucha dymem i gorącem. Czuję się tak, jakbyśmy byli wewnątrz ogromnego pieca. Biegniemy w stronę drabiny, po której weszliśmy, lecz ta jest przewrócona. Leży pod nami zupełnie nieosiągalna. Dławimy się dymem, parujemy od wrzącego powietrza z drobinkami drewna.
− Użyj magii! − krzyczy do mnie Arek.
− Co?! Niby jak mam jej użyć – zastanawiam się. Sięgnąć po czarodziejską różdżkę, odpalić miotłę?
− Wiem, że to wbrew zasadom, ale użyj jej! Błagam cię!
Płonąca belka odrywa się od dachu i spada pomiędzy nas. Ogień odcina nam drogę ucieczki. Zatacza kręgi. Za chwilę nas pochłonie. Żar jest nie do opisania. Czuję, że nas przypieka, choć ogień fizycznie nas jeszcze nie dosięga.
− Użyj tej przeklętej magii! − powtarza desperacko Arek, krztusząc się smolistym dymem. Po jego twarzy spływa pot. Już po nas − myślę. Ogień niemal pali nogawki moich spodni. Za chwilę zostanie po mnie jedynie kupka popiołu.
− Latawiec musi zginąć! − krzyczy Arek.
− Latawiec musi zginąć − powtarzam, nie wiedząc właściwie, dlaczego to robię, ale te słowa wydają mi się kluczowe.
Obejmuję się ramionami i przymykam powieki. Otwieram oczy. Zauważam ze zdumieniem, że ogień cofa się, tworząc wokół nas wolną przestrzeń, niemalże chłodną. Głuchy jęk czegoś, co latało nad nami, jest jednocześnie blisko i daleko. Arek chwyta moją dłoń i bez ostrzeżenia skacze z wysokości. Przerażona krzyczę, lecz z mojego gardła wydobywa się jedynie ciemny kłąb. Spadamy ciężko w dół, po czym odbijamy się miękko od podłoża i wzbijamy w powietrze, przebijając dach.
− Ale z ciebie supermen − odzywam się po chwili, trzymając się kurczowo dłoni mojego przyjaciela. A on krzyczy, żebym uważała na latawca.
− Co to jest, u licha, ten Latawiec? – dopytuję, myśląc jednocześnie o klasycznym latawcu, jakiego puszczałyśmy z mamą w dzieciństwie. Choć podejrzewam, że tutaj nie chodzi o przedmiot.
− Latawiec to demon, który kiedyś był człowiekiem. Zmienia się w demona po śmierci. Podczas burzy staje się niebezpieczny, bo przekierowuje ogień na budynki, próbując ocalić siebie. A Licho… Obyśmy nigdy nie spotkali Licha, o którym panienka wspomina. Straszny z niego szkodnik.
Patrzę na niego oszołomiona. Czyżbym znalazła się nagle w samym środku ludowych wierzeń? Co to za słowiańska mitologia?! Nie mam czasu się jednak nad tym zastanawiać, bo tuż obok mnie z głuchym jękiem przemyka stwór o świecących oczodołach, wypełnionych jak gdyby dwiema kulami ognia. Jest potworny. Kościotrup obleczony, klejącą się jak ciasto, skórą. A raczej jej resztkami. W dodatku śmierdzi, jak moja kanapka pozostawiona w torbie na całe wakacje… Zielonkawy odcień skóry też się zgadza z kolorem pleśni. Zanim zdąży mnie przerazić ten widok, Latawiec ginie, uderzony przez kolejną błyskawicę. Lecimy w gęstwinę nocy, ponad dachami kamieniczek, co kojarzy mi się z obrazem Chagalla ,,Nad miastem”.
− Niemożliwe, że to się dzieje naprawdę − nieopatrznie wypowiadam na głos moje myśli. − To przecież nie jest możliwe.
I nagle czuję, że spadamy z dużą prędkością.
− Wierzę! − powtarzam w desperacji. I szalony lot w dół zatrzymuje nas tuż nad ziemią, a następnie na powrót unosi w górę.
Czy tak działa ten świat? Wystarczy powiedzieć: wierzę? Wystarczy uwierzyć, żeby wszystko co nierealne trwało? Może jest tak jak w normalnym świecie. Dzieją się te rzeczy, w które jesteśmy w stanie uwierzyć, a tym samym nadać im jakiś kierunek, moc działania – tworzenia świata.
− Powinnam zostać coachem − chichoczę.
− Kim? −Arek patrzy na mnie zdumiony. − O czym panienka mówi?
− O! Wracasz do formy, jak widzę, skoro nazywasz mnie panienką. W moim świecie to określenie nie jest tak szlachetne. Przypominam sobie chłopaków z klasy, przechwalających się swoimi panienkami.
− Przepraszam panienkę. Oczywiście mogę mówić inaczej.
− Mów mi po prostu Ania.
− A czy to tak wypada?
− Tak! − ucinam. − Nie wiem, co nas łączy w tym świecie, ale w moim życiu jesteśmy bliskimi przyjaciółmi.
− Przyjaciółmi?! − dziwi się. − Przecież ty jesteś wiedźmą! Nie wypada nawet, żebym ja… Nie ośmieliłbym się nawet tego panience, to znaczy tobie… proponować. To nie uchodzi.
− Kim ja jestem?! Wiedźmą? Taką z wielkim nochalem i ogromnym pryszczem na twarzy?! − przypominam sobie wszystkie bajki, jakimi karmiono mnie w dzieciństwie.
− Ależ! Wiedźmy są niezwykle mądre! Przewidujące. Widzą więcej niż inni!
− To nie ja − odpowiadam krytycznie. − Ja nie widzę niczego dalej niż czubek własnego nosa. To jest tenisówki, albo moich brudnych trampek. Nie widzę nic więcej, jak tylko to, co tuż przede mną. Jestem krótkowidzem, więc jeśli widzę cokolwiek dalej, to tylko dzięki soczewkom. Choć niektórzy twierdzą, że zadzieram nosa i jestem zapatrzona w siebie, to nieprawda. Jeśli kogoś nie widzę, to tylko dlatego, że zapomniałam moich patrzałek.
− Czego? − Arek wydaje się być zagubiony w moim słowotoku.
− No. Sam je tak nazwałeś – te moje szkła kontaktowe – patrzałki. Nie pamiętasz? Ach! No tak. To musiało być w tamtym życiu. Swoją drogą cieszę się, że tym razem przeniosło mnie w ubraniach. Ostatnim razem byłam naga. Dasz wiarę?
Arek nie odpowiada, ale na jego twarzy płonie rumieniec.
Płyniemy nad miastem, które otacza gęsta sieć nocy. Niewiele widać. Musimy zniżyć lot, by dostrzec wierzchołki dachów.
− Niczego nie widać. Skąd będziemy wiedzieli, gdzie się zatrzymać? − pytam.
− Trzeba poprosić o pomoc Świetle.
− Świetle? − dopytuję zaintrygowana.
− Tak. Pomagają zagubionym w ciemnościach. Wyobraź je sobie. Wtedy przybędą na pomoc.
− Hmm − odpowiadam sceptycznie. Po czym jednak zamykam oczy i usilnie staram się wyobrazić sobie, jak bezpiecznie lądujemy.
Chwilę później dostrzegam kule światła, które prowadzą nas poprzez niebieskawą ciemność.
− Udało się! − krzyczę zafascynowana, gdy Świetle sprowadzają nas bezpiecznie w dół do gęstego lasu. W lesie pohukują sowy. Pękają pod nogami patyki i suche liście, igliwie porzucone w mchu pod drzewami. Świetle prowadzą nas świetlistą ścieżką w stronę niewielkiego jeziorka, otoczonego piaszczystą wysepką.
– Odpocznijmy chwilę. Napijmy się wody, a potem wyruszymy na polanę. W poszukiwaniu bylicy. Na razie jesteśmy tutaj bezpieczni.
− A ci mężczyźni, którzy na mnie polują?
− Pewnie już śpią. Jutro zaczną szukać ciebie i twoich ciotek. Kiedy jesteście osobno, trudniej was złapać i zatrzymać.
Dopóki nie nabierzesz odpowiedniej mocy i nie nauczysz się korzystać z niej tak doskonale jak twoje ciotki, bardziej bezpieczna będziesz z dala od nich. Zwłaszcza po tym ich rytuale ochronnym. W razie zbyt dużego zagrożenia ciotki odeślą cię do domu, ale to nie załatwi sprawy. Panienka jest potrzebna tutaj. To znaczy… ty − poprawia się. − Jesteś potrzebna tutaj – powtarza. Ze mną jesteś bezpieczna, bo choć nie mam mocy wiedźm, to jednak jestem mężczyzną.
Uśmiecham się. W normalnym życiu pewnie bym go wyśmiała za taki tekst, ale teraz kiedy zdejmuje z siebie tę długą, lnianą koszulę i kładzie na ziemi, przyglądam się raczej jego muskułom. Arek w tym świecie jest zdecydowanie bardziej męski niż jego rzeczywisty odpowiednik.
− Połóż się i prześpij chwilę − wskazuje na koszulę, którą zdjął i ułożył na ziemi.
− Chyba się w tobie zakocham, Arku z innego świata − mruczę sennie, układając się na jego koszuli. Przez zmrużone powieki i firankę rzęs dostrzegam jeszcze jego uroczy, nieśmiały uśmiech i zapadam się w ciemność snu.
Budzi mnie jakiś szelest. Bronię się przed nim, nie dopuszczam do głębin snu. Odpycham od siebie jak natrętny odgłos budzika.
W roku szkolnym budzi mnie tradycyjny stary budzik, który nie daje się wyłączyć tak łatwo, jak ten w telefonie. Przypominam sobie nasze małe mieszkanko − moje i mamy i zaczynam za nim tęsknić, jakbym była wiele, wiele kilometrów od domu. Od Głogowa. I może tak jest. W sumie nawet nie wiem, gdzie jestem. Powoli wraca mi świadomość, choć powieki nadal mam bardzo ciężkie i rozwieram je z trudem. A gdy otworzę, zamykają się znowu. W końcu otwieram je na dobre. Odgarniam włosy z twarzy. Nie mając jeszcze siły wstać, podpieram głowę ręką. To, co widzę, wydaje mi się być dalszą częścią snu. Sześć kobiet, a może raczej młodych dziewcząt zgromadzonych w kręgu, ubranych w jasne, niemal przezroczyste sukienki, tańczy szaleńczo, trzymając się za ręce, podczas gdy ich stopy niemal nie dotykają ziemi. Przyglądam się im z fascynacją. Mają niezwykłe zielone włosy, jak gdyby wynurzyły się z jeziora. Fosforyzują w ciemności. To światło wyławia uśpiony las, zapach jeziora i mchu, rozkołysane wiatrem drzewa i szyszki opadające jak jabłka w sadzie. Zbliżam się do tych dziewcząt, a one wchłaniają mnie w swój krąg. Śmieją się i wirują wokół mnie z niezwykłą prędkością.
− Nie! − słyszę gdzieś w oddali stłumiony krzyk Arka. Wszystko się rozmywa, krąży po kole razem z kobietami, których twarze wykrzywiają się jak maski z plastiku. Jestem uwięziona w tym kole. To mnie przeraża, a jednocześnie fascynuje. Ziemia pode mną pulsuje ciepłem. Kładę się na niej, wsłuchuję w jej wibracje. Przymykam oczy. To jest przyjemne, choć niepokojące. Wrastam w ziemię. Czuję ją pod palcami, rozgarniam, jest taka miękka, taka jedwabista. Ach! Cudowne zespolenie z naturą.
− Ej!− słyszę nad sobą rzeczowy głos. − Wyłaź stąd. Zniszczyłaś nasz zamek − oznajmia jakieś dziecko.
Zdumiona otwieram powieki i dostrzegam nad sobą twarze kilkorga dzieci. Przyglądają mi się w skupieniu.
Słyszę kroki, a następnie głos młodego mężczyzny.
Z trudem podnoszę się na łokciach, czując pod palcami drobinki piasku. Rozglądam się zdezorientowana. I przez szum w głowie dociera do mnie ospała myśl, że leżę w piaskownicy. Na czyimś prywatnym podwórku. Jęczę, próbując się podnieść i wstać. Jakiś chłopak podaje mi rękę.
− Gdzie ja jestem? − pytam cierpko, próbując zachować resztki godności.
− Na moim podwórku. Jacek jestem – odpowiada.
I prowadzi mnie ostrożnie przez ganek do jakiegoś pokoju naprzeciwko drewnianych schodów. Jest czysto, pachnie pastą do podłóg i starymi książkami, które wypełniają całą ścianę. Usadawiam się na kanapie. Przy stole ze staroświeckim obrusem, który Arek z pewnością nazwałby babcinym. Jest przytulnie. Kiedy dostaję szklankę wody, wypijam ją duszkiem i pytam:
− Jaka tu jest ulica?
− Zakręt.
− Czyli jesteśmy w Zielonej Górze? − upewniam się.
− Ale cię poniosło… Skoro nawet miasta nie jesteś pewna.
− Cicho! − krzyczę zniecierpliwiona. − Zaraz ci wszystko opowiem, a ty postaraj się mi uwierzyć i jakoś pomóc, jasne?!
Chłopak, zdziwiony moją stanowczością, kiwa twierdząco głową.
Opowiadam mu cały dzisiejszy dzień i wszystko, co mnie spotkało. Nie szczędząc mu żadnego szczegółu. Mało mnie w tej chwili obchodzi, czy uzna mnie za szaloną.
− Powinnam chyba wrócić do tamtego miejsca pełnego magii i dokończyć tę sprawę − zwierzam mu się. – Arek krzyczał: nie!, więc może to, iż znalazłam się na powrót w Zielonej Górze, nie było zgodne z planem.
− Słuchaj, wychowałem się na starych baśniach opowiadanych przez babcię. Mnie nic nie dziwi. Zresztą mama twierdzi, że jak na swoje siedemnaście lat jestem dość dziecinny, więc… sama rozumiesz.
− Czy to znaczy, że mi wierzysz?
− Nie do końca, ale potraktujmy to jako grę terenową.
Powinniśmy chyba pójść pod pomnik Bachusa. Z moich filmowych doświadczeń wynika, że wszelkie nieporozumienia: zamiany ciałami, zaginanie czasoprzestrzeni, podróże w czasie i wszelkie inne anomalie o jakich traktują filmy, zawsze mają związek z fontanną, albo jakimś starożytnym bożkiem. A skoro ty tam dzisiaj byłaś…
− Chodźmy zatem! − zarządzam.
Jacek chwyta mnie za dłonie, odchyla do tyłu i wprowadza nas w szybki wir. Jak przez mgłę słyszę niepewne zawodzenie, kolory tracą na ostrości i nagle wypadamy z tej karuzeli wprost do jeziora. Uderzenie jest tak silne, jakbym spadła z nieba. Ciężko jak kamień. Dobijam do dna. Przez zielony filtr wody nie dostrzegam nikogo, ale plusk był podwójny, więc gdzieś tu musi być. Dobrze pływam, ale nurkowanie to już coś znacznie trudniejszego. Wpadam w lekką panikę, próbując się wynurzyć. Ciąży mi ubranie – dżinsy i koszulka. A także torebka i niestety wewnątrz niej: komórka, portfel… Nagle ktoś chwyta mnie mocno i ciągnie w górę. Opór wody sprawia, że nie jest to łatwe. Dżinsy i tenisówki ciągną mnie w dół. Włosy zasłaniają mi twarz.
Wynurzamy się. Odgarniam włosy i dostrzegam, że moim wybawcą jest ten alternatywny Arek. Arkadiusz, jak kazał mi do siebie mówić.
− Co z Jackiem?! – krzyczę, unosząc się na wodzie.
− Jakim Jackiem? − denerwuje się on.
− Utonął! – histeryzuję. I zanim zdążę cokolwiek zrobić, Arek zanurza się w wodzie, pozostawiając na jej powierzchni bąbelki jak w jacuzzi.
Rozglądam się niespokojnie. Gdyby nie strach zapewne upajałabym się pięknem nocnego nieba z świetlistą mgiełką pełni księżyca. Dostrzegłabym wysokie drzewa wokół jeziora, wbite w czerń, srebrzyste pasmo księżycowego blasku i… niepokojące dźwięki lasu, który nigdy nie śpi. Zawsze jest w nim ruch. Jak gdyby trwała tam wieczna impreza.
−To straszne! − jęczę. Po czym przypominam sobie, że prawdopodobnie jestem jedyną trzeźwo myślącą osobą w tym towarzystwie i z pewnością moja wiedza na temat pierwszej pomocy jest większa niż umiejętności Arkadiusza. Ale znowu się mylę. Jacek odzyskuje świadomość i krztusi się wodą, która tryska z niego jak fontanna. Dopływamy do brzegu i dopiero teraz, po wyjściu z wody, czuję jak bardzo jest mi zimno. Razem z wodą spływa ze mnie cały strach i zapewne dlatego łkając wpadam w ramiona Arkadiusza, który idealnie przejmuje rolę opiekuna i przyciska moją głowę do klatki piersiowej, szepcząc coś uspokajającego. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jakieś magiczne zaklęcie. Siadamy przy ognisku. Jacek rozgląda się szeroko otwartymi oczami.
− Teraz mi wierzysz?
− No. Chyba tak − odpowiada niepewnie.
− Wiem, że jest wam zimno i nie zdążyliście jeszcze wyschnąć, ale nie mamy na to czasu. Musimy iść na łąkę i skompletować wszystkie zioła przed świtem. Swoją drogą, nie wiem jakim cudem go tu ściągnęłaś − alternatywny Arek wskazuje na Jacka. − Twoja moc jest chyba większa niż to oceniły wiedźmy.
− Wiedźmy? − dopytuje Jacek.
− Jej ciotki − odpowiada niecierpliwie Arkadiusz.
Czy mi się wydaje, czy jest zazdrosny o Jacka? Szybkim krokiem idziemy w stronę polany. Nagle tracę równowagę i upadam. Jacek chwyta mnie mocno i stawia w pionie.
− Jakoś mi tak dziwnie słabo − użalam się.
− Niedobrze. Tracisz moc. Trzeba się pospieszyć i domknąć krąg.
Kiedy docieramy na miejsce, uświadamiam sobie, że znalezienie ziół, będzie trudniejsze niż sądziłam i to nie tylko dlatego, że moja wiedza na ich temat jest praktycznie żadna…
− Co tu się stało?! − pytam, przyglądając się czarnej spalonej trawie.
− Byli tu − odpowiada ponuro Arek.
− Kto? −Jacek próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
− Strażnicy. To oni polują na Annę i jej ciotki. Chcą przejąć władzę.
−Ale czad! − ekscytuje się Jacek. − To jak współczesna walka o równouprawnienie.
− Nie mówiłbyś tak, gdyby to ciebie mieli spalić na stosie! − gromię go wzrokiem.
− Nie chcą was spalić, tylko utopić − Arkadiusz postanawia uzupełnić naszą wiedzę.
− Och! Doprawdy! Ulżyło mi.
− Jeśli rytuał się nie uda, zwiążą was, przewiążą oczy i wrzucą do jeziora − postanawia doprecyzować. − Kiedy moc którejkolwiek z was słabnie, tracą na tym także pozostałe wiedźmy. Jesteście ze sobą połączone.
− Czy nie można pozbierać tych ziół gdzie indziej? Gdzieś, gdzie łąka nie została doszczętnie spalona.
− Niestety. To niemożliwe. Bierzmy się do pracy − ucina zniecierpliwiony Arkadiusz.
Gdy wreszcie, jakimś tajemniczym sposobem, udaje się nam znaleźć większość potrzebnych ziół, przenosimy się na tę samą ogromną polanę, gdzie ciotki wiedźmy stały wokół ogniska, kiedy po raz pierwszy się tam przeniosłam.
Ognisko jest takie samo jak wtedy. Wiedźmy też.
Jacek jest zachwycony ich urodą i zawiedziony, że nie może stanąć z nimi w kręgu. Mogę to zrobić tylko ja. Ale w momencie, gdy zbliżam się do nich i próbuję chwycić dłoń wiedźmy po lewej stronie, pojawiają się zakapturzeni mężczyźni. Jeden z nich chwyta moją wyciągniętą rękę i ciągnie do siebie, żeby udaremnić mi wejście do kręgu. Jednocześnie wiedźmy z mojej prawej strony ciągną moją prawą dłoń do siebie. Czuję ból. Wzbiera we mnie gniew. Dosyć mam tej farsy i chcę już wracać do domu! Jestem głodna i zmęczona. Arek mnie wystawił, jakiś dziwny kot przeniósł w miejsce pełne magii i zła…
− Dosyć tego! − krzyczę wzburzona i czuję, jak mój krzyk rozbrzmiewa z niezwykłą siłą. Moje dłonie generują spięcia. Następuje wybuch. Eksplozja odrzuca w tył i powala na ziemię mężczyznę, który trzymał moją dłoń. Moje ręce są gorące, pełne jasnego zielonego światła. Nad ogniskiem unosi się różowy pył. Krąg wiedźm się domyka. Wiatr rozwiewa ich długie rude włosy, moje blond, dłuższe niż w normalnym świecie, łopoczą na wietrze. Ogień sięga niemal nieba. Stoimy w kręgu, a ja czuję niezwykłą moc, płynącą od moich ciotek. Rozpiera mnie energia. Jesteśmy połączone. To koniec. Nic złego nie może się już wydarzyć. Mężczyźni, którzy chcieli nas skrzywdzić i przejąć władzę, uciekają w popłochu.
− Jesteśmy z ciebie dumne, Anno − mówi jedna z ciotek. − Możesz już wracać do domu − zwalniają uścisk.
Siadają wokół ogniska. Częstują mnie i Jacka jakąś płynną potrawą, która jest zaskakująco smaczna. W tle stoi smutny i przygaszony Arkadiusz. Podchodzę do niego.
− Muszę już wracać − mówię.
− Wiem… − odpowiada ze smutkiem. − Wielka szkoda.
− W moim świecie czeka na mnie Arek, twój sobowtór, albo jakiś twój przodek. Może inne twoje wcielenie… − zastanawiam się głośno.
− Powiedz mu, że jest szczęściarzem.
− Dobrze − uśmiecham się. Zarzucam mu ręce na szyję i przytulam. Chwilę trwamy w tym uścisku. Następnie odchodzę w stronę ciotek i Jacka. Odwracam się za siebie. Zatrzymuję, patrząc w smutną twarz Arka. Podbiegam do niego i ponownie przytulam, a potem… potem po prostu go całuję. I jest to najcudowniejszy pocałunek.
− To był najdziwniejszy dzień w całym moim życiu − mówi Jacek, gdy lądujemy bezpiecznie w pokoju na górze, gdzie grupa dzieciaków wpatruje się w nas wielkimi, zdziwionymi oczami.
− Odprowadzisz mnie na dworzec? − pytam. Myśląc z rozczarowaniem, że Arek mnie wystawił… i wtedy dzwoni mój telefon…
− Zmiana planów − informuję Jacka. − Dzwonił Arek. Czeka na mnie pod pomnikiem Bachusa. Podobno sterczy tam już tak długo, że zaraz dostanie udaru. Najwyraźniej te podróże między światami wyeliminowały go z mojej rzeczywistości, ale teraz jest już w końcu normalnie.
− To może chodźmy po niego, a potem do mnie.
− Czemu nie. Byłoby świetnie – odpowiadam, czując, że dzisiejszego pełnego wrażeń dnia, Jacek stał mi się bliski jak przyjaciel. − Jeśli tylko Arek się zgodzi- dodaję.
Arek zgadza się chętnie, by w ten sposób uczcić dzień jego urodzin. Idziemy już w stronę domu Jacka, gdy nagle coś mi się przypomina. Odwracam się w stronę pomnika.
− Narozrabiałeś Bachusie − grożę mu palcem. Jestem pewna, że to twoja sprawka. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, co się dziś działo? Przecież wszystko zaczęło się od ciebie. Musiałeś maczać w tym palce…
Zaraz potem dostrzegam czarnego kota i dreszcz biegnie mi po plecach. Kot ociera się przymilnie o moje nogi, a następnie znika, jak wchłonięty w przestrzeń. Na chwilę przed tym błyskają jego czarne oczy.