rozdział IV
Niewygodnie było trzymać dwie kromki, bo nie miał wolnej ręki na pierścionek, więc złożył je masłem do środka i sięgnął do kieszeni. Przyjrzał się swojemu skarbowi.
Był niewielki, łatwo mieścił się w jego małej dłoni. Srebro było poczerniałe ze starości i po pobycie w ziemi. Pierścionek nie miał jakichś wymyślnych kształtów jak te w kasetce mamy. Ona miała ich kilka. Przeważnie przed wyjściem grzebała w metalowej szkatułce i przymierzała jeden po drugim, czy pasują do sukienki, garsonki czy swetra. Szkiełko było czerwone,
a pomiędzy nim a srebrną oprawą zagnieździł się brud. Trzeba go będzie wyczyścić – pomyślał, ale tę robotę postanowił zrobić później.
Zacisnął palce na pierścionku i zamknął oczy. To się sprawdzało.
Znowu znalazł się w korytarzu, w którym pachniało cynamonem. Pociągnął nosem. Ten zapach tkwił jeszcze gdzieś w zakamarkach ścian i mebli, ale najwięcej było go
w pobliżu kuchennych drzwi, gdzie mieszał się z innymi nieznanymi mu dotąd, a równie drażniącymi nos i podniebienie. Był to jednak jedyny bodziec, jaki dochodził do Kubusiowych zmysłów. W przedpokoju było ciemno jak w nocy. Podobno w ciemnościach wszystkie zmysły się wyostrzają, więc wytężył słuch i zaczął nasłuchiwać. Po chwili dobiegły go jakieś przytłumione głosy z pokoju. Ostrożnie, z wyciągniętą do przodu ręką, poszedł w tamtym kierunku. Głosy były coraz wyraźniejsze. W drzwiach spotkał Szymona. Ten akurat wyszedł ze świecą do przedpokoju. Uśmiechnął się na widok Kuby i zamknął za sobą drzwi.
– Nie macie światła?
– Dzisiaj jest szabas i nie używamy światła elektrycznego, nie możemy, poza tym lepiej nie drażnić Niemców, znowu przyjdą i zrobią bałagan.
– Niemców?
– Coś taki zdziwiony? Z księżyca spadłeś? Przecież jest wojna.
Kuba nie wiedział co odpowiedzieć, więc tylko wyciągnął rękę z kromkami chleba z masłem.
– Ostatnio o nie pytałeś, więc przyniosłem.
Reakcja Szymona była zaskakująca. Położył świecznik na ziemi, wziął chleb i zaczął wpychać w siebie obie kromki, jakby się bał, że nagle wszystko zniknie jak piękny sen. Chleb w błyskawicznym tempie zniknął w jego ustach i przyszła kolej na dokładne oblizywanie każdego palca osobno. Po wykonaniu tej czynności, uśmiechnął się do Kuby.
– Nie pamiętam, kiedy jadłem tak coś pysznego.
– To nie macie chleba?
– Mamy kartki, ale nie wystarczają na długo, a oni chcą, by człowiek wyżył z kartek. Dają dwa chleby na cztery osoby… na tydzień! Dwadzieścia deka chleba dziennie, dwadzieścia deka cukru miesięcznie, pięćdziesiąt deka marmolady miesięcznie, musimy sobie jakoś radzić.
– Przecież to tylko chleb z masłem.
– Dawno nie jadłem tak pysznego chleba z masłem – poprawił się i wybuchnął śmiechem. -Jak znów tu przyjdziesz, to możesz jeszcze przynieść.
– Zagramy?
– Jasne, tylko nie rzucajmy drejdlem za daleko, bo go w tych ciemnościach nie znajdziemy.
Usiedli na podłodze, świecę położyli z boku między sobą.
Z kieszeni Kuby wypadły dwa autka, którymi bawił się ostatnio.
– Co to jest? – zainteresował się Szymon.
– Samochód.
– Takiego to jeszcze nie widziałem – obracał model we wszystkie strony.
– Mam w domu jeszcze kilka, dziadek mi czasami kupuje – pochwalił się. – A jakie widziałeś?
– Takie duże czarne ciężarówki. Gdy mieszkałem na Józefa, to widziałem, jak Niemcy podjeżdżali nimi na ulicę i ładowali na nie ludzi. Gdzieś z nimi jechali. A potem słyszałem, jak tate rozmawiał z panem Kohenem, który u nas mieszka, że już nie wrócą. Pan Kohen to rabin, jego żonę zabili esesmani i został sam jak palec, w nocy śpi tutaj, rozkładamy mu łózko w przedpokoju. Wskazał palcem na opartą o ścianę żelazną konstrukcję z wystającymi sprężynami.
Nagle podniósł palec do góry.
– Widziałem też o wiele mniejszy, taki na cztery osoby. Jak jechał ulicą, to wszyscy uciekaliśmy do bram, bo jeden z Niemców pokazywał palcem na niektórych i wtedy żołnierze z karabinami kazali im stać pod murem. Potem przyjeżdżał większy i też ich zabierał.
Zaczęli się bawić samochodami. Wykorzystali deski podłogi i wzór na zniszczonym chodniku. Zorganizowali wyścigi. Proste deski były torami wyścigowymi. Autka wpadały w poślizg, obijały się o ściany i meble, ale to nie było ważne. Najważniejsze dla obu chłopców było to, że mogli bawić się razem. Ale każda dobra zabawa musi się kiedyś skończyć i przeważnie kończy się o wiele za wcześnie i w najlepszym momencie. Tak stało się i tym razem.
Z kuchni wyszły trzy kobiety. Jedna niosła wazę, z której dochodził zapach nieznanej Kubie zupy, a dwie pozostałe niosły talerze i sztućce.
– Szymon chodź na kolację, już czas – powiedziała jedna z nich i weszła do pokoju.
Szymek położył palec na ustach, a Kubuś ze zrozumieniem pokiwał głową.
– Co to jest szabas? – spytał niespodziewanie.
– Jak to? Nie wiesz?
– Skąd mam wiedzieć? Nikt mi tego nie powiedział – wzruszył ramionami.
– To najważniejszy dzień tygodnia. Jak Bóg stworzył świat w sześć dni, to siódmego odpoczywał i to był szabas. Na pamiątkę stworzenia, my też odpoczywamy, a wieczorem jemy kolację – tłumaczył tonem nauczyciela. – U was jest inaczej, bo święto macie w niedzielę. Umilkł ze smutną miną.
– Pamiętam jeszcze smak czulentu, mama zawsze robiła go na szabas – dodał i westchnął cicho na samo wspomnienie. – Może jak wojna się skończy, znowu go zrobi, ale teraz musimy zadowolić się zupą z ziemniaków.
– Co to jest czulent? – Kuba był niezmordowany w zadawaniu pytań.
– Nigdy nie jadłeś czulentu?
– Moja babcia robi inne pyszne rzeczy, na przykład omlet albo pierogi – odpowiedział wymijająco.
– Muszę cię kiedyś zaprosić na czulent. To bardzo pyszne jedzenie. Zawsze najadałem się do syta, gdy mama robiła czulent – westchnął głęboko.
– Szymek, kolacja!
– Muszę iść, może jeszcze będziesz jak zjem, a teraz możesz popatrzeć przez drzwi, tylko cicho.
Szymek zniknął w ciemności.
Kuba odczekał chwilę, a potem ostrożnie i po cichu wsunął głowę za próg. Przy oświetlonym dwiema świecami stole, siedziało sześć osób. Wysokiego brodatego mężczyznę i Szymona już znał. Domyślił się, że siedząca z nimi kobieta to mama Szymona. Obok siedziały jeszcze dwie kobiety i mężczyzna. Kubie wydawało się, że była to kopia taty Szymka, ten sam ubiór i długa siwa broda, a na nosie druciane okulary.
Wszyscy siedzieli w ciszy i skupieniu. Światło świec oświetlało jedynie ich twarze. Kuba nie wiedział, co leży na białym obrusie, bo był za mały. Tylko dwie zapalone świece wystawały ponad blat stołu.
Zauważył za to stojący w kącie, koło okna, wysoki zegar. Taki sam stał w korytarzu na strychu, ale ten był pięknie wypolerowany, a w szybkach widać było refleksy światła świec. Po lewej wisiała półka pełna książek, a obok na małym stoliku stał siedmioramienny świecznik.
Po chwili tata Szymona poruszył się, sięgnął ręką po grubą księgę. Otworzył ją, na nos włożył druciane okulary, wstał i wziął do ręki niewielki kielich.
– Niestety nie mamy szabasowego wina i wykwintnych potraw, ale żeby świętować ten dzień, nie jest nam to potrzebne. Wystarczy woda zamiast wina, chleb i cynamonowe ciasteczka, które przygotowała mama.
Popatrzył na kobietę.
– Możesz zaczynać Estero.
Mama Szymona wstała, zasłoniła twarz dłońmi i zaczęła mówić modlitwę:
– Błogosławiony jesteś Ty, Haszem, Bóg nasz, Król Świata, który uświęcił nas swoimi przykazaniami i nakazał nam zapalić świece w szabat.
Kuba słyszał stłumione i ciche słowa.
Ojciec Szymona położył mu obie ręce na głowie i zamruczał:
– Oby Bóg uczynił cię takim jak Efraim i Menasze. Oby Haszem cię błogosławił
i strzegł. Oby Haszem rozświetlił dla ciebie swoje oblicze i okazał ci łaskę. Oby Haszem zwrócił ku tobie swoje oblicze i zesłał ci pokój.
Cofnął ręce z głowy Szymona i zaczął śpiewać jakąś pieśń w niezrozumiałym dla Kuby języku. Pieśń była równie piękna, co smutna.
Kuba wycofał się po cichu. Po omacku pozbierał samochody i wyciągnął z kieszeni pierścień.
Jego wzrok padł na zamknięte drzwi wyjściowe. Patrzył na nie przez chwilę i zastanawiał się, co jest za nimi. Bo coś przecież musi tam być. Schody, mieszkanie pani Staweckiej i Gomółkowej, wyjście na podwórko. Jeżeli zamiast strychu było mieszkanie, w którym mieszkał Szymon, to może podwórko też było inne?
Postanowił tylko wyjrzeć za drzwi i zaraz wrócić. Za chwilę.
Sięgnął do klamki. Drzwi otworzyły się zaskakująco lekko. Było ciemno, gdyż nie świeciła się żadna żarówka.
Szabas w całej kamienicy? – pomyślał.
Wyszedł na schody, które zaskrzypiały jak zawsze. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Okno na półpiętrze było zamknięte, zauważył, że zamiast zwykłej szyby były tam kolorowe szkiełka. Bardzo podobne do tych w pewnym kościele, do którego zaprowadził go dziadek. Pamiętał, że było to latem, bowiem promyki słońca przechodziły przez kolorowe szkiełka i zabarwiały szarą, kamienną podłogę wszystkimi kolory tęczy.
Okno w korytarzu oświetlone było tylko przez jedną słabo świecącą gdzieś na zewnątrz latarnię.
W całej kamienicy panowała niczym niezmącona cisza. To go trochę onieśmielało, ale trzymał się drewnianej balustrady i schodząc dalej, wyjrzał nawet w pewnym momencie na podwórko. Na zewnątrz zapadał już zmrok, ale mimo to Kuba zauważył kilka szczegółów. Przede wszystkim spojrzał w kierunku swojego domu. Wzdłuż całej ściany stały stajnie. Ich drewniane drzwi były jednak zamknięte, więc nie wiadomo było, co jest w środku. Dalej, tam, gdzie znajdowały się garaże, stały też jakieś szopy, których drewniane dachy sięgały aż do skarpy Krzemionek. Wyżej, nad garażami, tam gdzie biegła ulica Potebni, stały te same wysokie kamienice, a we wszystkich oknach paliło się światło. Od strony ulicy usłyszał jakieś głośne rozmowy w nieznanym mu, szorstkim języku, a potem głośne śmiechy. Po chwili, od strony Rękawki, pojawiła się grupka ubranych w mundury i oficerki mężczyzn oraz kilka wystrojonych w długie suknie kobiet. Szli ścieżką obok kamienicy w stronę wysokiej oświetlonej kamienicy. Nie pasowali do cichego i ciemnego Kubusiowego podwórka.
Zrobiło mu się nieswojo. Popatrzył jeszcze raz na ciemne podwórze, ścisnął w dłoni pierścionek i zamknął oczy.
– Już zjadłeś? – babcia wyszła z mieszkania i popatrzyła ze zdziwieniem na Kubę.
– Zjadłem babciu – skłamał gładko. – I jeszcze jestem głodny.
Uśmiechnął się szeroko.
rozdział V
Niedziela, dzień szczególny z różnych względów. Wszystko tego dnia toczyło się wolniej. Babcia nie szła na zakupy, mama nie poszła do pracy, a Kuba miał wreszcie wszystkich koło siebie. Kiedy się obudził, obie kobiety krzątały się już po mieszkaniu. Trochę się zdziwił, że w taki dzień wstały równie wcześnie co zwykle. Sam nie miał na to wielkiej ochoty. Jak niedziela to niedziela. Zresztą do południa podwórko i tak było puste, bo wszyscy gdzieś szli. Nie poznawał ich, bo byli jakoś inaczej ubrani i bardzo grzecznie maszerowali obok rodziców. Tylko raz w tygodniu takich ich widział.
Babcia też wyciągała z szafy swoją najlepszą garsonkę, która pewnie pamiętała jeszcze czasy, o których słuchał w jej opowieściach, i także gdzieś szła. Tylko mama zostawała w domu.
– Kubuś wstań, dzisiaj przyjeżdża po ciebie dziadek.
Dziadek Włodek był jedną z najważniejszych postaci w jego życiu. Przychodził na podwórko, ale nigdy nie wchodził do mieszkania. Był przygarbiony, miał siwe, rzednące włosy i zawsze ubrany w tę samą, pamiętającą stare czasy, marynarkę i krawat. Kuba pomyślał, że garsonka babci i marynarka dziadka musiały być za pewne rówieśniczkami. Koszula, niegdyś biała, teraz nie miała już koloru.
Mama ubrała Kubusia odświętnie, w krótkie spodenki i białe buciki, których nie cierpiał. Uważał, że w białych chodzą tylko dziewczyny.
Kiedy wyszedł z domku, dziadek stał już koło kamienicy i uśmiechał się z daleka.
– Niech go tatuś przyprowadzi na obiad – padała utarta formułka mamy.
Dziadek Włodek tylko kiwnął głową, po czym wziął Kubusia za rękę i wyszli razem na ulicę. Kuba uwielbiał, jak dziadek trzymał go za rękę. Nikt nie miał tak ciepłego i miękkiego dotyku dłoni.
Pogoda była piękna i zapowiadał się ciepły, wiosenny dzień. Poszli spacerkiem w stronę Rynku Podgórskiego. Tu zaczynał się świat, do którego Kuba wchodził rzadko i tylko w towarzystwie dorosłych. Był skazany na ich opiekę, a oni nie zawsze mieli na to czas. Na rynku, na ławkach, siedziało kilka osób i karmiło gołębie. Jakaś starsza pani trzymała okruchy bułki na wyciągniętej dłoni, a gołębie siadały jej na ręce i ramieniu, trzepotały skrzydłami i starały się przecisnąć do pożywienia przez tłum swoich braci. Nie bały się ludzi, były oswojone.
Na rynku, u zbiegu Tatrzańskiej, Pocztowej i Rękawki, stał kościół, którego wieże Kuba codziennie widział ze swojego okna. Minęli rynek i poszli na przystanek tramwajowy koło Korony. Niebieskie tramwaje z charakterystycznym łoskotem jeździły do Łagiewnik albo w drugą stronę do Prokocimia. Stanęli na przystanku.
– Musimy poczekać na nasz tramwaj, zaraz powinien być – uśmiechnął się ciepło dziadek.– Dzisiaj wysiądziemy dwa przystanki wcześniej, koło Wawelu, i pójdziemy do kościoła. Chcę ci coś pokazać.
Kubuś cierpliwie czekał, patrzył w lewo na ulicę, aż zza zakrętu ukaże się niebieska sylwetka tramwaju.
Wcześniej przyjechały dwa.
– To nie nasze – tłumaczył cierpliwie dziadek. – One jadą gdzie indziej.
Kilka samochodów przejechało obok przystanku. Kuba przypomniał sobie rozmowę
z Szymonem o dużych czarnych autach, do których wsiadali ludzie i byli gdzieś wywożeni. Podświadomie czekał, że taki pojawi się na ulicy i sam będzie mógł zobaczyć, jak wygląda, ale mijały ich tylko kolorowe warszawy, wołgi, multiple i fiaty 600. Postanowił, że przy okazji spyta dziadka o te czarne samochody.
Wreszcie tramwaj przyjechał, witając się z czekającymi pasażerami zgrzytem metalowych kół i stanął na przystanku. Wysiadło klika osób.
– To nasz – dziadek wziął Kubę za rękę i podprowadził pod rozsuwane drzwi.
Usiedli przy oknie. Z kolan dziadka mógł obserwować przesuwający się za oknem świat. Motorniczy pociągnął za sznurek, uruchamiając w ten sposób dzwonek, oznajmiający, że ruszają.
Tramwaj skręcił w lewo na Krakowską i wjechał na most. W dole płynęła Wisła.
W tym miejscu tramwaj jechał szybko, ale Kuba lubił patrzeć jak metalowe przęsła mostu uciekają do tyłu, a dołem płyną statki i barki.
Wjechali w Krakowską. Po obu jej stronach stały wysokie szare kamienice. Tramwaj zatrzymywał się na przystankach, a Kuba obserwował wchodzących i wychodzących ludzi. Zauważył, że był jedynym dzieckiem w całym wagonie. No i miał dziadka koło siebie.
– Na następnym wysiadamy, musimy iść do drzwi. Trzymaj się mnie, żebyś nie upadł na zakrętach.
Nie było zakrętów, dopiero pod Wawelem szyny skręcały w ulicę Gertrudy, ale formułka musiała być tak na wszelki wypadek. Wysiedli na przystanku wraz z grupą innych pasażerów tramwaju numer 11.
– Pójdziemy do kościoła, chcę ci coś pokazać.
Dziadek poprowadził chłopca do kościoła św. Bernardyna z Sieny. Weszli do środka i stanęli przy nawie głównej. Kościół jak kościół, kolorowy, pełen złotych ozdób, ale i zimny. Światło słoneczne wpadało do wnętrza jedynie przez kolorowe szyby w oknach, oświetlając przy tym ołtarz i wiszące na ścianach obrazy feerią barw. Pachniało jakoś tak dziwnie, a dziadek powiedział, że to zapach kadzidła.
Stały dwa rzędy ławek, a w nich kilka modlących się w skupieniu osób.
– Mamy szczęście, że trafiliśmy pomiędzy nabożeństwami – szepnął dziadek. – Spójrz tam, na sufit. O! teraz.
Kuba zadarł głowę.
Od ołtarza wyleciał aniołek i frunął przez całą długość nawy, aż doleciał do umieszczonego nad głównym wejściem chóru. Po chwili w jego ślady poleciał następny.
– To gołębie tu latają? – spytał zdziwiony malec.
– Nie gołębie tylko aniołki – uśmiechnął się dziadek. – W święta wielkanocne zawsze tu latają.
– Prawdziwe anioły? – dziwił się chłopiec. – Babcia mówiła mi kiedyś, że anioły żyją w niebie.
Dziadek chyba nie chciał rozwijać tego tematu, bo wziął go za rękę i wyszli na zewnątrz.
– Ale mi się to podobało dziadku, przyjdziemy tu jeszcze? – spytał zadowolony, że nie musi już mówić szeptem.
– Przyjdziemy, a teraz chodźmy na rynek, do Noworolskiego na ciastko.
To było stałe miejsce wędrówek z dziadkiem.
Weszli w ulicę Grodzką. W niedzielne przedpołudnie ruch był tu nieduży. Po drodze dziadek kupił paczkę Płaskich, nieodłączny akces do kawy. W kawiarni spotykał się ze swoimi znajomymi, kolegami i rozmawiali o polityce, a Kuba dostawał zwykle wysoką napoleonkę albo kremówkę i obserwował ludzi przy innych stolikach. Nie interesowały go takie rozmowy.
Gdzieś w głowie kołatały mu słowa Szymona o tych tajemniczych czarnych samochodach.
– Dziadku, widziałeś kiedyś czarne auta? – spytał Kuba, gdy dochodzili już do Franciszkańskiej.
– Czarne auta? Co masz na myśli?
– No takie duże czarne ciężarówki.
Starszy pan aż się zatrzymał, by uważnie przyjrzeć się wnukowi.
– Gdzie słyszałeś o czarnych ciężarówkach?
Kuba podrapał się po głowie.
– Noo, kolega mi mówił, jak bawiliśmy się moimi autkami – wybrnął.
– Przecież kolorowe są ładniejsze.
– Wiem, ale czy widziałeś czarne?
– Kiedyś widziałem…dawno temu. Lepiej już chodźmy na ciastko.
Kawiarnia była w Sukiennicach. W niedzielne przedpołudnie było tu prawie pusto. Wszyscy mieli niedzielne obowiązki, tylko dziadek jakoś miał czas.
Obite czerwonym suknem ściany i stylowe meble przypominały wnętrze pałacu.
Koledzy dziadka już siedzieli przy stoliku. Trzech starszych podobnie ubranych panów. Na stoliku stały trzy kawy i pełna popielniczka niedopałków.
Dziadek stanął przy oszklonej witrynie lady, w której stały rzędem: kawałki tortu, ciastka z kremem, lody w szklanych pucharkach, koktajle owocowe i masa różnych innych pyszności.
– Na co masz dzisiaj ochotę Kubusiu?
To nie było łatwe pytanie. Wszystko kusiło wyglądem. W pierwszym odruchu chciał zamówić wszystko, co było za szkłem. Dziadek czekał cierpliwie.
– Może to? – wskazał palcem na wysoką napoleonkę z różowym kremem.
Kubuś tylko kiwnął głową. Usiedli przy stoliku. Znajoma kelnerka nie pytała dziadka
o nic, tylko przyniosła kawę i wymieniła popielniczkę.
Panowie zajęli się dyskusją, a Kuba walką z ciastkiem. Jako pierwszy poległ różowy krem, który stopniowo, kawałek po kawałku, znikał w ustach i rozpływał się nieopisaną słodyczą po żołądku. Dziadek od czasu do czasu patrzył uważnie na to pole bitwy. Aż wreszcie na talerzyku zostały już tylko dwa cienkie kawałki ciasta francuskiego, za którym Kubuś nie przepadał.
Smakołyk wypełnił prawie cały czas pobytu w kawiarni. A zmęczony chłopiec patrzył przez okno na Rynek Główny i ludzi karmiących gołębie na niedzielnym spacerze.
– Musimy już iść, obiecałem synowej, że przyprowadzę wnuka na obiad – powiedział dziadek, po czym wstał od stolika. – Do następnego razu panowie. Pamiętajcie o jutrzejszym brydżu.
Wyszli z kawiarni, minęli pomnik Mickiewicza i Sienną, skierowali się w kierunku Plant.
Za Małym Rynkiem dziadek wszedł do kiosku.
– Muszę kupić zapałki brydżowe.
– To jakieś specjalne? – zainteresował się Kuba, oglądając wystawione na stojaku kolorowe czasopisma.
– Takie – dziadek podsunął mu pod nos duże pudełko.
Było o wiele większe od tradycyjnych zapałek, ledwie mieściło się w Kubusiowej dłoni. Z przodu patrzył na niego król kier z małżonką, a na tylnej ściance była jakaś tabela.
– Właśnie zgubiłem gdzieś zapis brydżowy, a na tych zapałkach zawsze jest. No
i mam zapas zapałek. Pójdziemy na nogach przez Starowiślną i odwiedzimy cukiernię, a potem już wsiądziemy w tramwaj? Dasz radę?
Kuba tylko kiwnął potakująco głową. Spacer z dziadkiem to była sama przyjemność. Zawsze wracał z niego z pięknie przewiązaną sznurkiem paczuszką z ciastkami. Tak też było
i tym razem. Koło cukierni wsiedli do tramwaju nr 13.
Po drodze mijali Kazimierz. Kuba zawsze rozpoznawał tę dzielnicę, bo kamienice były tam szare i zaniedbane. W wielu oknach brakowało szyb i firanek, a te, które były, pokrywała gruba warstwa kurzu. Ze ścian odpadał stary tynk, pokazując brudne czerwone cegły. Kilka kamienic miało spadziste dachy. Uliczki były wąskie i z kocimi łbami.
– Bardzo brzydka ta dzielnica – powiedział Kuba, marszcząc przy tym nos. – I tynk odpada ze ścian.
– Tu kiedyś mieszkali Żydzi, ale w czasie wojny część z nich wywieziono i teraz nikt nie dba o kamienice. To były bardzo złe czasy, nie ma o czym mówić.
W głowie Kuby zapaliła się czerwona lampka.
– A gdzie jest ulica Józefa? Chciałbym ją zobaczyć. Wysiądźmy na następnym przystanku i chodźmy tam, dobrze?
– Stąd jej nie widać. Po co chcesz tam iść? Tam nie ma nic ciekawego do oglądania, stare rudery.
– Dziadku, proszę.
– No to chodźmy, może twoja mama nie urwie mi za to głowy.
Wysiedli na przystanku przy Miodowej i poszli w stronę Szerokiej, skręcili w Lewkową, potem w Ciemną, Jakuba, i znaleźli się na ulicy Józefa.
Mijane po drodze kamienice faktycznie były zniszczone, zamiast okien miały tylko dziury, a za nimi straszyły opuszczone mieszkania. Tylko niektóre wyglądały normalnie. Miały okna i szyby, a w nich szare firanki. Mury kamienic z odrapanym tynkiem, wyglądały podobnie. Kilka mijanych bram zabitych było deskami, jakby ktoś bał się, że inni zobaczą, co jest w środku.
W pewnym miejscu Kuba poczuł zapach gotowanej kapusty, babcia też taką kiedyś gotowała, na łazanki z kapustą i grzybami.
– Jesteśmy na Józefa, co cię tu zainteresowało? Widzisz sam, że to zniszczona dzielnica i mało kto tu mieszka.
– Chciałem tylko zobaczyć, jak tu jest.
Uważnie obserwował wysokie kamienice. Gdzieś tu mieszkał Szymek, ale dlaczego spotykali się w jego kamienicy? Postanowił przy okazji wypytać o to kolegę.
– Dziadku, a dlaczego nikt tu już nie mieszka?
– Bo to przecież rudery, kto by chciał tu mieszkać?! – odpowiedział dyplomatycznie dziadek.
– No, ale kiedyś ktoś tu mieszkał – upierał się Kuba. – To stąd wyjeżdżali tymi dużymi czarnymi autami?
Stanęli obok jakiejś bramy. Dziadek poważnie popatrzył na wnuka.
– Nie wiem, skąd ci się biorą te wszystkie pytania, ale jestem trochę zaniepokojony twoimi zainteresowaniami. Tu, na Kazimierzu mieszkali Żydzi i w czasie wojny hitlerowcy kazali im się przenieść na Podgórze, między innymi do kamienicy na twoim podwórku, a część z nich, jak już ci mówiłem, wywieźli. A tu, w tych opuszczonych mieszkaniach zamieszkali Polacy.
– Po co to zrobili? Przecież i tu i tam są mieszkania.
– Dobre pytanie Kubusiu.
W milczeniu przeszli przez Kazimierz i wyszli na Krakowską.
– Chyba pójdziemy do domu na nogach, to już niedaleko.
Kuba ucieszył się, że zobaczy Wisłę i to nie z okien pędzącego tramwaju. Wtedy rzeka była widoczna tylko przez kilka sekund, a to o wiele za mało, żeby jej się dokładnie przyjrzeć.
Stanęli na moście. Nareszcie mógł popatrzeć na nią dłużej. Woda odbijała promienie słoneczne, w których barki były tylko ciemnymi plamami. Mógł teraz patrzeć na płynące w stronę Tyńca statki pasażerskie.
– A gdzie ich wywieźli dziadku? – kontynuował niezmordowanie chłopiec.
– Gdzieś poza Kraków – odpowiedział wymijająco dziadek.
W milczeniu przeszli przez Limanowskiego i Rynek Podgórski z ludźmi karmiącymi gołębie i znaleźli się na Rękawce przed podwórkiem, na który mieszkał Kuba. Dziadek odprowadził go, jak zawsze, aż do wylotu podwórka. A potem długo patrzył, póki wnuk nie zniknął za murem kamienicy.
rozdział VI
Po niedzielnym spotkaniu z dziadkiem w głowie Kuby zarysował się pewien obraz. Był jeszcze mglisty i pełen znaków zapytania, ale chłopiec miał nadzieję, że te luki wypełni Szymon. Wczoraj nie było już czasu na odwiedziny, ale dzisiaj postanowił, że poświęci mu więcej czasu. W końcu był to jego najlepszy kolega.
Wyjrzał przez okno. Pogoda nie nastrajała do zabawy na podwórku, od rana padało
i cały świat zrobił się szarobury. Nawet wieża widocznego z okna kościoła była ledwie dostrzegalna. Siedział więc przy złożonej maszynie do szycia i układał wzory z kolorowych koralików. Od czasu do czasu zerkał dyskretnie w stronę garaży i swojej skrytki w murze, ale komu chciałoby się tam grzebać w taką pogodę.
– Może trochę porysujesz? – usłyszał głos babci zza zasłony, oddzielającej pokój od kuchni. – Mama kupiła ci takie piękne kredki i blok. Twój dziadek mówi, że kiedyś też zostaniesz artystą, musisz tylko dużo rysować.
Kuba niechętnie popatrzył na leżące obok kredki, ale wziął je do ręki. W płaskim pudełku było dwanaście równo zaostrzonych, ułożonych od białego do czarnego, kolorowych ołówków. Wyciągnął je ostrożnie i zaczął układać kolory po swojemu. Czarny, czerwony, niebieski, zielony, żółty biały…
– Babciu, a po co jest biała kredka, przecież jej nie będzie widać na białej kartce?
– O to musisz spytać dziadka, ja się na tym nie znam.
Babcia wolała swoje koraliki i liczydełka.
Zaczął myśleć, jaki znaleźć pretekst do wyjścia na podwórko. Okazało się, że skrytka ma jeden bardzo słaby punkt. W czasie niepogody jest poza zasięgiem, ale gdzie można by
w domu schować pierścionek? Wszystkie miejsca, które wpadły mu do głowy, nie były bezpieczne. Nie miał własnego kąta, takiego azylu tylko dla siebie.. Wszędzie było coś, co mogło się babci lub mamie przydać i mogłyby przypadkiem natknąć się na Kubusiowy skarb.
– Weranda znowu przecieka – mruczała babcia. – Muszę podstawić wiadro i miednicę, to przy okazji nabiorę deszczówki, która jest dobra do mycia włosów.
Pretekst sam się więc znalazł.
– Daj mi miednicę, to zaniosę.
– Dasz radę?
Kuba, bez słowa, wziął emaliowaną miskę i podstawił tam, gdzie najbardziej przeciekało. Kap, kap, kap… spadające do miski krople wody dawały metaliczny pogłos, dopóki dno miednicy się nie zapełniło.
Zanim babcia zdążyła zareagować, Kuba wybiegł już na podwórko, kierując się wprost do swojego skarbu, który na szczęście był na swoim miejscu. Mokra cegła, co prawda, nie chciała wypełnić z powrotem dziury, ale kilka energicznych uderzeń dłonią, skutecznie jej w tym pomogło.
Chłopiec wpadł mokry na werandę. Trzymał kurczowo pierścień, żeby go nie zgubić. Ten mógł przecież łatwo się wyślizgnąć z mokrej dłoni, a na to nie mógł sobie pozwolić.
– No i gdzie latasz po deszczu? – strofowała go babcia. – Popatrz na swoje nogi, całe są w błocie.
– Zaraz wytrę babciu, musiałem coś sprawdzić. Teraz będę rysował.
Usiadł przy oknie, gdzie było najjaśniej, otworzył blok i…
Stał na ulicy przed kamienicą.
– No, jesteś wreszcie – Szymon popatrzył na niego i uśmiechnął się szeroko.
Rozglądnął się z zaciekawieniem. Ulicą chodzili ludzie i wszyscy byli do siebie podobni. Brodaci mężczyźni w długich chałatach i kapeluszach na głowie. Prawie każdy niósł też coś na plecach: albo duży szary worek albo wiklinowy kosz na szelkach. Kobiety były ubrane w szare, sięgające do ziemi spódnice, szare albo brązowe kubraki i tylko chusty na głowie miały kolorowe.
Nikt nie zwracał uwagi na Szymona, każdy gdzieś się spieszył.
Kuba zadarł głowę do góry, przynajmniej tu nie padało.
– Chodź, pójdziemy do apteki, bo mama zachorowała i tate mnie wysłał.
– Na rynek?
– Nawet o tym nie myśl! Tam nie wolno Żydom – pokazał ręką.
U wylotu Rękawki stał mur, a obok była zamknięta brama i wąskie przejście, przy którym stało dwóch żołnierzy z pistoletami. Właśnie ktoś ją otworzył i na ulicę wyjechał czarny osobowy samochód. Siedziało w nim, oprócz kierowcy, czterech wojskowych. Jeden z nich stał i uważnie przyglądał się ludziom, którzy wyraźnie przyspieszali kroku i znikali w pobliskich bramach. Szymon pociągnął Kubę i schowali się w jednopiętrowej kamienicy na przeciwko podwórka.
– Chyba kogoś szukają, lepiej im schodzić z oczu – szepnął.
Przez szparę w drzwiach widzieli stojącego w aucie wojskowego, który uważnie obserwował ukrywających się po bramach ludzi.
Kiedy ucichł warkot silnika, Szymon ostrożnie wyjrzał na ulicę przez uchylone drzwi. Stał tak chwilę bez ruchu.
– Pojechali, tym razem skończyło się tylko na strachu.
Chłopcy wyszli z bramy, skręcili w lewo w Krakusa i szli trzymając się blisko kamienic. Szymon co chwilę przystawał i oglądał się na wszystkie strony. U wylotu ulicy ostrożnie wyjrzał na Limanowskiego, tam gdzie babcia Kuby chodziła po pieczywo do piekarni. Było tłoczno. Kuba zauważył kilka kolejek szarych i zmęczonych ludzi, cierpliwie czekających na swój przydział żywnościowy. Hitlerowcy z karabinami chodzi po ulicy i uważnie obserwowali co się dzieje.
– Musimy przejść dalej na Józefińską, a potem na Plac Zgody, tam jest apteka.
Przemykali chyłkiem po chodnikach aż dotarli do kolejnego labiryntu podwórek
z trzepakami i drewnianymi poręczami ganków. Szymon pewnie prowadził po tych zakamarkach. Wyglądało, że nie pierwszy raz szedł do apteki.
Na podwórkach spotykali siedzących na krzesłach i czytających jakieś grube księgi Żydów oraz dzieci bawiące się w nieznane Kubie zabawy. Kobiet było mało. Te, które widzieli, były młode jak mama Kubusia i siedziały na gankach blisko swoich mieszkań.
Nie było kuchennych zapachów, tylko jeden wszechobecny smród stęchlizny.
– Nie przyniosłeś mi dzisiaj chleba – Szymon raczej stwierdził fakt niż zadał pytanie.
– Przepraszam cię, dzisiaj mi się nie udało.
– Trudno, będę musiał sobie jakoś poradzić. To, co dostajemy w punktach żywnościowych nie zawsze wystarcza, a jeszcze do tego mama się rozchorowała.
Bez przeszkód dotarli do apteki. Wewnątrz pachniało. Po wszechobecnym smrodzie i brudzie, apteka zdawała się być innym światem. Wysoka błyszcząca lada, na której stała apteczna waga, za ladą na brązowych półkach stały brązowe zamknięte grubymi korkami butelki z białymi naklejkami, na których były nazwy specyfików, a za ladą stał wysoki ciemnowłosy mężczyzna w białym kitlu.
Popatrzył z góry na Szymona.
– Dzień dobry – Szymon zadarł głowę, żeby popatrzeć na aptekarza. – Moja mama zachorowała i ma gorączkę. Czy mógłby pan pomóc?
– A lekarz był?
– Nie mamy pieniędzy na lekarza, ledwie nam starcza na jedzenie.
– To jak mam pomóc chłopcze? Nawet nie wiem, co mamie dolega.
– Ma gorączkę i nie ma siły wstać z łóżka.
Aptekarz westchnął i otworzył jakąś szufladę.
– A na lekarstwo masz pieniądze?
– Mam tyle – Szymon wyciągnął zza swojej kurtki niewielką, szarą kopertę i położył na ladzie.
Mężczyzna nieufnie zajrzał do środka i pokiwał głową. Wyciągnął kilka papierowych banknotów, popatrzył na nie z zastanowieniem, po czym wziął część, a resztę włożył z powrotem do koperty razem z kilkoma białymi tabletkami.
– Niech to mama zażywa dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Musisz tego przypilnować. Idź już do domu, bo nie jest tu bezpiecznie.
Wyszli na zewnątrz. Plac Zgody różnił się od tego, na który Kuba chodził z babcią.
– Mówiłeś mi o tych dużych czarnych samochodach…
Szymon przyłożył palec do ust.
– Nawet o tym nie myśl – syknął mu do ucha. – One nigdy nie wróżą nic dobrego, chodź za mną.
Skierowali się w kierunku Wisły. W jednej w bocznych uliczek stało – jedna za drugą- pięć dużych czarnych ciężarówek, a wokół nich chodziło kilkunastu żołnierzy z odbezpieczonymi karabinami.
Chłopcy patrzyli schowani za rogiem kamienicy.
– Lepiej już stąd chodźmy, bo jak mnie zauważą, będę miał kłopoty. Zresztą muszę zanieść mamie lekarstwo.
Nareszcie Kuba zobaczył te wielkie czarne samochody. Zaspokoił swoją ciekawość, ale pojawiały się nowe pytania. Czuł, że Szymon może na nie znać odpowiedź.
– Po co im te ciężarówki?
– Już ci mówiłem przecież, ładują na nie ludzi i wywożą.
– To już wiem, ale nie wiem gdzie.
– Do obozów pracy! Tam pracują do śmierci, bo jak się jakiemuś Niemcowi ktoś nie spodoba, to… – przyłożył sobie palec wskazujący do głowy i udawał, że strzela.
Szedł przez jakiś czas w milczeniu.
– Wszystkich nas to czeka prędzej czy później, codziennie żyjemy w strachu i nie wiemy, jak będzie w nocy czy następnego dnia. Chcę o tym nie myśleć, ale się nie da, jak słyszę mojego tatę chodzącego w nocy po pokoju. Pamiętam, jak wtedy, nad ranem, weszli do naszego mieszkania i zrobili rewizję, zniknęło kilka cennych rzeczy, a potem dali nam dwa dni na wyprowadzkę. Tam mieliśmy trzy pokoje z kuchnią, tu jeden i do tego nie mieszkamy w nim sami.
W tym momencie Kuba pomyślał o swoim domku z wyjściem na podwórko. Niby małe i ciemne, ale przynajmniej nie musiał się stamtąd nigdzie wyprowadzać.
– Musisz mnie kiedyś odwiedzić, pójdziemy na Krzemionki i tam się pobawimy.
– Na Krzemionki? My nie możemy chodzić na Krzemionki, to już nie jest teren getta.
Kuba nie wiedział co odpowiedzieć. Zastanowił się tylko, czy to jego zjawianie się
w domu Szymona, działa również w drugą stronę. Postanowił przy okazji to sprawdzić. Miałby dużo do pokazania. Jego świat nie był taki szary i ponury.
Włożył rękę do kieszeni i zacisnął pierścionek w dłoni, jakby bał się, że po drodze może go zgubić.
Od razu i zdecydowanie odrzucił tę myśl. Co by się stało, gdyby rzeczywiście gdzieś po drodze do tego doszło? Droga powrotna zostałaby zamknięta i musiałby tu żyć. Nie wiadomo, jakby potoczyły się jego losy, bo przecież był na terenie getta, a tu żyli tylko Żydzi.
Przypomniał sobie, że widzi go tylko jego przyjaciel. Ale jak się pozbędzie swojego skarbu, to może stać się też widocznym dla wszystkich?
Na samą myśl, że zobaczą go hitlerowcy, przeszedł mu dreszcz po plecach.
Minęli Limanowskiego i weszli w Krakusa. Stąd już był kawałek do domu.
Porównywał wygląd kamienic z tym, które widział na spacerach z dziadkiem Włodkiem. Nie różniły się za bardzo. Nawet teraz były lepiej utrzymane.
Pamiętał, że w jednopiętrowym domu naprzeciw wylotu z Tatrzańskiej mieszkali bardzo hałaśliwi ludzie. Często, stojąc na ulicy, słyszał jakieś awantury i zapamiętał, że wychodzący na ulicę ganek, był najbardziej zagraconym gankiem na Rękawce. Stał tam nawet jakiś stary, podrapany i koślawy kredens. W porównaniu z tym, który stał w jego domku na werandzie, tamten nadawał się tylko na porąbanie i rozpałkę w piecu.
Odetchnął z ulgą, kiedy weszli do klatki schodowej swojej kamienicy. Skrzypiącymi schodami wspięli się na ostatnie piętro.
– Pobawisz się autami albo drejdlem? – spytał nieśmiało Kuba.
– Poczekaj chwilę, zaniosę lekarstwa.
Szymon zniknął za drzwiami. Kuba rozejrzał się kolejny raz po przedpokoju. Stała tu część mebli, które nie zmieściły się po przeprowadzce z Józefa. Porównał wielkość przedpokoju z jego mieszkaniem. Przedpokój był jednak mniejszy.
Z kuchni nie dolatywały żadne zapachy, ale było to zrozumiałe, jak skoro mama Szymona była chora i nie wstawała z łóżka. Trzy inne kobiety krzątały się przy piecu.
Nagle otworzyły się drzwi wejściowe i weszła jakaś dziewczyna. Kuba wystraszył się, że spyta go o to, co tu robi, ale przypomniał sobie, że oprócz Szymona nikt go tu przecież nie widzi. Dziewczyna była wzrostu mamy, miała czarne włosy i oczy, długi nos. Ubrana w szarą spódnicę i jakiś pocerowany sweter, który dawno już zapomniał, jaki miał kolor. W ręce miała jakieś zawiniątko. Minęła go, podeszła do drzwi pokoju i zapukała. W drzwiach stanął tato Szymona.
– Wiem, że pana żona jest chora, więc ugotowałam dla was zupę, panie Stolzman – powiedziała cicho. – Nic więcej nie miałam w domu.
Tata Szymona cofnął się do pokoju.
– Proszę, wejdź Saro. Bardzo dziękuję, dzięki tobie coś dzisiaj zjemy. Kobiety w kuchni też już coś przygotowują, poślę ci przez Szymka trochę ciasta.
Poszperał w niewielkiej, stojącej na komodzie kasetce i wyciągnął kilka banknotów.
– Weź to, na pewno kupisz o wiele więcej niż ja. Nigdy nie robiłem zakupów, poza tym i żona skorzysta.
Dziewczyna szybko schowała pieniądze pod spódnicą.
– Jutro też przyjdę, musimy sobie pomagać, takie nastały czasy. I tak mamy szczęście, że mieszkamy po sąsiedzku, tak jak na Józefa.
– Tak, to opatrzność nad nami czuwa, jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc. Co
z mamą? Znalazła się? Wiem, że szukałaś.
– Niestety nie – oczy Sary nabiegły łzami. – Dalej szukamy, ale mam coraz mniej nadziei. Od czasu gdy zniknęła podczas przeprowadzki, jak kamień w wodę. Ojciec przez to stracił chęć do życia i ciągle leży w łóżku. Nie chce do nikogo się odzywać. Bardzo go to przybiło. A jak się czuje pana żona? – zmieniła temat, jakby próbując uciec od tamtego zdarzenia.
– Dostała lekarstwa i czekamy na poprawę. A pytałaś w Judenracie? Przecież prowadzą tam jakieś spisy ludności.
– Pytałam, też nic nie wiedzą, ale znajomy, który tam pracuje, nie dawał mi nadziei. Powiedział, że obie jesteśmy za ładne, żeby jakiś Niemiec to przepuścił.
– To przykre co mówisz – tata Szymona zmarszczył brwi i pokiwał głową.
– To ją już pójdę, jak coś będzie trzeba, to proszę przysłać Szymka, to mądry chłopak.
Kolejny element Kubusiowej układanki wskoczył na swoje miejsce. W całej kamienicy mieszkali Żydzi, których wypędzono z Kazimierza. Po wyjściu Sary znowu zrobiło się cicho.
Kuba nie wiedział, czy ma dalej czekać na przyjaciela, czy też może dyskretnie zniknąć.
Szymek jednak wyszedł po chwili, mówiąc:
– Chyba się dzisiaj już nie pobawimy, ale przyjdź znowu. Muszę się teraz zaopiekować mamą.
Kuba wyciągnął powoli rękę z pierścieniem.
– Chcę ci to pożyczyć, dzięki niemu tu jestem, a teraz ty będziesz mógł mnie odwiedzić.
Szymon popatrzył z ciekawością na srebrną błyskotkę.
– Skąd to masz?
– Znalazłem na podwórku. Wystarczy ścisnąć w dłoni i pomyśleć, gdzie chcesz się znaleźć.
– I to działa?
– Jak widzisz, przychodzę tu dzięki niemu. Teraz twoja kolej.
Szymon ostrożnie wziął pierścień do ręki.
– Tylko pamiętaj, raz ja, raz ty. Teraz twoja kolej.
– Mam cię odwiedzić?
– Tak. Tylko w tej chwili muszę go mieć, żeby wrócić, najlepiej trzymajmy go razem.
Kuba z powrotem znalazł się przy maszynie do szycia. Sięgnął do kieszonki spodni, pierścionek został u Szymona
– Co tak rysujesz z zapałem Kubusiu? Babcia podeszła do okna i spojrzała na kartkę. – Dawno tak cicho nie siedziałeś.
Na kartce zobaczyła dużą czarną ciężarówkę.
– Smutny ten rysunek, masz tyle kolorów, a użyłeś tylko czarnego i brązowego.
Teraz dopiero spojrzał na swój obrazek. Czarna ciężarówka zajmowała prawie całą kartkę.
– Po prostu ciężarówka – wzruszył ramionami. – Widziałaś babciu takie ciężarówki?
– Widziałam w czasie wojny – podjęła temat. – Zawsze źle mi się kojarzyły. Jeździły
w stronę Płaszowa, tam był obóz koncentracyjny. To były złe czasy Kubusiu i lepiej żeby nie wróciły.
Kuba nic nie odpowiedział, popatrzył na zalane deszczem podwórko i kontynuował swoje rysowanie.