+48 736-84-84-44

Nie ma innych czatów ani straży, jeno te, które gwiazdy sprawują nade mną.

M.Montaigne, II,15

 

*

Ciało Mili pulchne i delikatne wypełniło sukienkę w kolorze angielskiego różu. Szyja zlały  się z naturalną tkaniną bez domieszki poliestru. Sukienki, które kupowała Mila, pochodziły z polskich butików. Być może dlatego, że ceniła zrównoważony proces produkcji, a metki z napisem: Made in China budziły w niej niechęć. Ciało Mili w sukience w kolorze angielskiego różu wyglądało jak figurka na torcie nowożeńców, którzy urządzają przyjęcie weselne w gospodarstwie agroturystycznym. O tym, że lustro odbija twarz śmierci, dowiedziała się od babci. Mila czytała namiętnie. Z latarką w dłoni pochłaniała kolejne romanse. Pląsała potem we śnie z kameliowymi damami, które upadły, by nie powstać.

*

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, miała na sobie koszulkę bez ramiączka. W kolorze gumy balonowej. Na nadgarstku rzemyki. Kilka koralików też.

Milę poznałam w grudniu. W niewielkiej hali handlowej przy Mysiej. Obok gablotki z rękawiczkami.

Szyszki, niszowy zapach. Stołeczek w romby. Poduszki. Japońska sieciówka z ołówkami. Tłumik. Miała na sobie dryle e- SPA. Z manufaktury pod Łodzią. To tam zostawiła marzenie. Iluzję w kolorze ochry. Wracała do niej smakiem migdała. Zapachem gliny. Lepkością skojarzeń o domu.

Drugi raz spotkałam ją jesienią. Wyglądała na chorą. Nie chciałam patrzeć w jej oczy. Wolałam słuchać natury. Siedziałyśmy wśród liści z potężnej akacji. Natura ma swoją wibrację – powiedziała.  Płacz, skomlenie i znowu płacz. Tryskał jak fontanna z chlorowaną wodą. Byłam przekonana, że liście obok niej czuły tę rozpacz. Wszczepiony kardiowerter podtrzymywał bicie jej serca.

 

*

Babcię Mili aresztowano przy Puławskiej zimą 1943 roku. W mieszkaniu, które należało do rodziny działaczy PPR- u, był kocioł. Przyszła tam około ósmej. Chciała pomóc w uzyskaniu kenkarty dla koleżanki. W tramwaju przy Szucha spędziła dwie doby. Wiadro lodowatej wody przywróciło ją do życia. Nikogo nie wsypała.

Po latach mówiła, że z otwartych książek czyta diabeł. Każdego wieczora sprawdzała, czy wszystkie książki są zamknięte. Ranek rozpoczynała modlitwą do matki Boga. Siadała na krzesełku przy piecu i odmawiała różaniec. Opowiadała o wskrzeszeniu Łazarza i synu, który był marnotrawny. Około drugiego śniadania czytała Leśmiana. Dusiołek siedział wtedy obok Mili i podpijał kakao. Babcia mówiła, że cukier pobudza wyobraźnię. Zamiast ciasta z rabarbarem kroiła na kawałki dramaty. Mila zasypiała, wyobrażając sobie, jak wygląda Otello.

*

Rozwój duchowy spadł na Milę, jak doniczka z parapetu czynszówki wybudowanej przed wojną.         To w niej uczyła się chodzić i z niej wyruszyła w świat. Za jogę na Krecie zapłaciła z kredytu. Płakała nad ukatrupionym ślimakiem i wymiotowała krewetkami. Przed wylotem na wyspę spakowała kosmetyczkę. Żel do higieny intymnej służył Mili do mycia twarzy. O twarz muszę

dbać! – mówiła. Bywała zasadnicza.

*

Koralik jest o miłości kobiet do kobiet i o tym, że pierwiastek żeński nie ma płci. Powtórzyłam to kilkakrotnie w stronę dziennikarki, której usta zdradzały nadmiar botoksu. Dziewczyna wypełniła też jakimś paskudztwem policzki. Chce mi się milczeć. Wyszeptałam. Pierwsze wspomnienie zapisałam na obrączce silikonowej. W kolorze kości z kawałkiem pierwszego naskórka. Zapamiętałam krzyk. I kamienie. Dróżki z kamieni. Kamienie jak salamandry. Kamienie nieszlachetne na pół. Bransoletki z nich. I dłonie. Dużo dłoni. In vitro zaczyna się w kwiatach. Obok chmur. I pod drzewami. Zaczyna się na ustach i spermie. Chciałam być matką.
Mila też chciała. Pani nie chce? Odgryzłam się za atak na moje mokasyny.
Jestem weganką, ale buty muszę mieć skórzane. I czyste. Koniecznie.

*

Nie ma innych czatów ani straży, jeno te, które gwiazdy sprawują nad tobą – zdążyłam powiedzieć, gdy z akacjowych liści układała bukiet kilka dni przed poniedziałkiem.

Przejdź do treści