Botwinkę kupiłam tylko raz. Od kobiety, która pamiętała Wyspiańskiego. Mówiła o nim Staś. Mówiła, że lubił zsiadłe mleko i ziemniaki. Posypywał je koperkiem. Kobieta, która pamiętała Wyspiańskiego, dotknęła mojej dłoni i życzyła zdrowia. Zupę z botwinki gotowałam z marchwią. Kobieta, która pamiętała Wyspiańskiego poradziła, by do zupy dodać masło.
Kartonowy obraz o wymiarach 39 cm na 30 cm wisiał w mojej kuchni. Oktawa przedpołudnia dodawała mu barw, a oczy kobiety z portretu pokryły się mgłą.
Przed wojną mieszkał w Krakowie student z Indii, który wprowadził autora portretu w tajniki chiromancji. I ta umiejętność uratowała go od śmierci w KL Auschwitz- Birkenau.
Kwarantanna w bloku szóstym trwała sześć dni. Temperatura spadała do 30 stopni poniżej zera. A autor portretu, by ochronić się przed zimnem, zakładał pod pasiak worek z papieru. Kapo bez dwóch palców mocno go za to pobił, a potem zapytał, kto potrafi wróżyć.
Tak autor portretu został wróżbitą. Kolegom przepowiadał szczęśliwy powrót do domu, a Niemcom w zależności od okoliczności. Autor portretu nie znał języka niemieckiego.
Tłumaczem wróżb był adwokat z Zakopanego.
Zupa z botwinki dochodziła na wolnym ogniu, a ja stawiałam pierwszy krok w nowym życiu. Do zupy nie dodałam śmietany. Nie dodałam też masła, pomimo rady kobiety, która pamiętała Wyspiańskiego.
Portret kupiłam przy Okrąglaku, sprzedawca zapewniał, że jest autentyczny. Widnieje na nim data: styczeń 1942 roku. Kobieta z portretu to żona mężczyzny, który szmuglował do KL Auschwitz- Birkenau zastrzyki przeciw tyfusowi.
Sprzedawca, który pamiętał przedstawienia w Cricot poradził, by oprawić go w drewnianą ramkę. Powiedział, że przypomina mu o tym, że za wdzięczność płaci się wdzięcznością. Sprzedawca, który pamiętał przedstawienia w Cricot, dotknął mojej dłoni i życzył zdrowia. Powiesiłam portret w kuchni obok kalendarza.
Zupę z botwinki przelałam do wazy i postawiłam drugi krok w nowym życiu.
/ historia inspirowana wspomnieniami więźniów KL Auschwitz- Birkenau /