+48 736-84-84-44

ZOO z wielkiej płyty

Blok, w którym mieszkam, czyli wieżowiec na sto pięćdziesiąt osób, postrzegam jako swojską zagrodę, pewnego rodzaju… niewyszukaną miejską hodowlę. Oczywiście odbieram to miejsce bardziej metafizycznie, jako alegoryczne zoo, w którym sam gram rolę jednej z rezydujących w tym wielkopłytowym chowie łysych małp.

                   Weźmy na przykład pewnego dziadka z parteru, który kilka razy dziennie przechadza się po skwerku w cieple letniego słoneczka. Robi to nieśpiesznie, o lasce, niemal uroczo. Słodki, miły z niego staruszek, bezdzietny wdowiec, taki sympatyczny zgarbiony dziadzio z rzadką siwizną na głowie. Uprzejmy, rozmowny i wiecznie uśmiechnięty. Nosi czarny kaszkiet i zawsze jest w garniturze, zawsze pod krawatem. Często siada na ławce i patrzy niewinnie w dal, przypominając w tej pozie, odlany w brązie posąg jakieś sławnego noblisty.

– Dzień dobry panie Henryku – mówi się do niego.

– Ach, dzień dobry – odpowiada zawsze rozmarzonym, pełnym serdeczności głosem.

                   Prawda na jego temat jest jednak taka, że to emerytowany milicjant. Sam ten fakt to jeszcze żadna zbrodnia, ale jako funkcjonariusz odznaczał się wyjątkową brutalnością, lubował się w pałowaniu opozycjonistów, pacyfikacji strajków, nękaniu bikiniarzy i niebieskich ptaków oraz upokarzaniu studentów i studentek podczas rewizji. ZOMO nie miało relatywnie dużo ofiar śmiertelnych na swoim koncie, ale on mógł pochwalić się przynajmniej jedną. Oczywiście na pewno już dawno wyparł swoje zbrodnie i nie przyglądając mu się zbyt długo, naprawdę można by uwierzyć, że ta jasna, dobroduszna maska, którą nosi tak długo, stała się jego prawdziwą twarzą.

                   Pisząc o starych ludziach, nie mogę nie wspomnieć o kobiecie z trzeciego piętra. Wyniosła, starsza dama o farbowanych na kasztan włosach, która, niezależnie od pogody, chodzi w sztucznych futrach, meldując się trzy razy w tygodniu na mszy, gdzie siedzi zawsze w pierwszej ławce. Jej oczy są pełne chłodu i rezerwy, zupełnie jakbyś zaglądał w toń zamarzniętego, mętnego stawu. Patrzy na młode, ładne, roznegliżowane dziewczęta z góry, patrzy kręcąc głową, czasami też nie powstrzymując się od złośliwego komentarza.

– Zero wstydu, za grosz skromności, ani krzty pokory.

 Nie raz słyszałem podobne frazy, padające z jej pomarszczonych ust.

                   Ona, rzecz jasna, za młodu wcale nie była święta. Lubiła palić, lubiła pić i lubiła rozkładać nogi, głównie na modnych wtedy dancingach, więc szybko zaszła w ciążę, w którą wrobiła zupełnie innego mężczyznę. Po nim miała jeszcze dwóch mężów, w międzyczasie wielu przelotnych partnerów, a uspokoiła się dopiero po pięćdziesiątce, gdy na ten stan złożyły się jednocześnie dwie sprawy – wykwit choroby i porzucenie przez znacznie młodszego kochanka. Wtedy właśnie przybrała nową pozę, przeszła fasadową przemianę w kierunku wielkiej pani i zagorzałej katoliczki. Być może w formie pokuty. Ale raczej wyparcia.

                   Pozostając w temacie miłości, to dwa piętra nade mną mieszka kobieta koło trzydziestki, która przyjmuje panów na godziny. Sympatyczna z niej osoba, bardzo miła i życzliwa, pomaga na przykład jednemu niepełnosprawnemu z góry uporać się z codziennymi problemami – takimi jak rachunki, zakupy czy sprzątanie. Widziałem też, jak wyprowadza psy z pobliskiego schroniska albo jak pieli niewielki ogródek przynależny do naszego bloku. Długo nie miałem pojęcia czym się zajmuje i dziwiłem się, dlaczego jest sama, a po kilku wspólnych rozmowach w windzie pomyślałem, że  pracuje na przykład jako urzędniczka czy sekretarka.

                   Czasami jednak jej piętro odwiedzała policja i w końcu zrozumiałem, że to nieprzychylni sąsiedzi ściągali tutaj mundurowych. Chcieli ukrócić proceder. Z jakiegoś powodu musiało im to bardzo, bardzo przeszkadzać. Raz tylko udało mi się zobaczyć ową interwencję.

– Sąsiedzi znów skarżą się na panią – zaczęli, chyba jak zwykle, gadkę policjanci.

– Skarżą? – spytała niewinnie, patrząc swoimi błękitnymi jak niebo po burzy oczami.

– Że jest u pani za głośno. Że słychać dziwne odgłosy. Że zajmuje się pani nierządem.

– Nierządem?

– A co to za facet u pani tam siedzi?

– To jest mój chłopak.

– Często zmienia pani chłopaków.

– Nie moja wina, że tak często się zakochuję.

– Zakochuje się pani?

– Chyba miłość nie jest zbrodnią, prawda?

                   Widać było po nich, że zastanawiają się nad tym pytaniem. Ja też się zastanawiałem. Pewnie każdy z nas to kiedyś robił.

                   Sąsiad z mojego piętra – kolejny niechlubny egzemplarz. Bardzo ponury, nieciekawy typ, który po prostu wygląda na zwyrola. Często się zastanawiałem, co może być z nim nie tak, bo wiedziałem przecież, że coś musiało być na pewno. Któregoś dnia w końcu ujrzałem go w akcji i oczywiście z początku nie zrozumiałem, co to wszystko znaczy.

                   Przechadzałem się po parku w niezbyt ciepły poranek i zobaczyłem go z daleka, jak z plecakiem chodzi od drzewa do drzewa i coś przy nich majstruje. Ubrany był niczym żołnierz, miał skórzane buty, a sam plecak wyglądał pękato.

                   Podszedłem do niego po cichu, spróbowałem zbliżyć się na tyle blisko, aby zobaczyć czym się zajmuje. Dostrzegł mnie jednak zawczasu i schował cokolwiek tam miał.

– Dzień dobry sąsiedzie – powiedziałem.

Spojrzał na mnie jakoś złowrogo i nic nie mówiąc, po prostu sobie poszedł.

                   Kilka dni później, jadąc z ludźmi windą, z ust największej osiedlowej plotkary dowiedziałem się, że ktoś truje w parkach wiewiórki. Tego samego dnia widziałem jedną z nich, biedna ruda kita leżała martwa wśród wyschniętych, brązowych liści. W niedługim czasie potwierdziły się moje przypuszczenia co do sprawcy i dowiedziałem się, że to również on jest odpowiedzialny za rozsypywanie trutki na myszy w piwnicy, za karmienie chemią gołębi, za faszerowanie bezdomnych kotów na osiedlu czymś, od czego pękają im później brzuchy.

                   Pewnego dnia spotkawszy go na klatce schodowej, po prostu zapytałem, dlaczego to robi. Patrzył na mnie wtedy długo i tak ciężko. Już myślałem, że zapomniał, o co go pytałem. A potem rzekł ospale:

– Bo mogę.

                   Fanaberia chorego, zwyrodniałego umysłu, którego skala okrucieństwa była ograniczona jedynie możliwościami. Aż strach pomyśleć, kiedy taki umysł trafiał na sposobność w formie na przykład obozu koncentracyjnego lub łagru.

                   Piętro niżej mieszka sześcioosobowa rodzina, utrzymująca się głównie z pomocy społecznej. Jej głową jest pewien bezrobotny, nieprzyjemny typ, którego zwykle można spotkać, jak pali papierosy przed blokiem albo pije pod osiedlowym monopolem. Facet jest wielki i tępy, przypomina właściwie ogra i z łatwością mógłby cię zabić tylko za to, że krzywo na niego spojrzałeś.

                   Wszyscy dookoła wiedzą, że bije żonę i maltretuje wszystkich czterech swoich chłopaków. Policja często go zabiera, ale po dwóch czy trzech dniach wraca, za każdym razem wraca i nic się nie zmienia. Być może dlatego, że jego żona nigdy nie wniosła jakichkolwiek oskarżeń. Rzadko ją widuję, bo rzadko wychodzi z domu, jedynie co kilka dni, z samego rana, idzie po zakupy. Raz czy dwa widziałem ją jak wracała z pobliskiego marketu, obładowana jak juczny muł. Rzadkie włosy rozwiane na wietrze, zgarbiona, zataczająca się. Złamana anemiczna istota.

                   Osobiście byłem świadkiem, jak ten facet załatwił jednego kolegę od kielicha, jak połamał mu wszystkie kości. Tamten zapytał go wcześniej, czemu znęca się nad rodziną, choć  nie wiem, dlaczego nagle obudziło się w nim takie zainteresowanie sprawą. Facet odpowiedział tylko:

– Chciałem mieć córkę.

                   Być może to dobrze, że większość z nas nie zawsze dostaje to, czego chce.

                   Jest tutaj młoda, naprawdę śliczna jak anioł dziewczyna. Wszyscy chyba wiedzą, że molestuje ją ojczym, który jest szychą w więziennictwie. Dziewczyna chodzi z długim rękawem nawet podczas upałów. Podcina sobie żyły, licząc, że zrobi to kiedyś skutecznie.

                   Albo pewien chłopak, który nie wiem dokładnie, ile ma lat, ale na pewno jest uczniem szkoły średniej. Wychodzi z mieszkania do szkoły, ale rzadko do niej trafia. Zwykle kręci się nieopodal parkingu, czekając aż jego ojciec wsiądzie w samochód i wyjedzie do pracy. Wtedy wraca i cały dzień spędza grając na komputerze. Wpadł już raz czy dwa, ale krzyki ojca nie są w stanie pokonać nałogu.

                   Jest też mężczyzna bliski mojego wieku, który stracił rękę w tartaku. Dostaje teraz mizerną rentę. Zwyczajnie ją przepija, siedząc całymi dniami w swoim pokoju, gdzie zaciągnięte rolety, udają wieczną noc. Grał kiedyś w kapeli rockowej, która dawała koncerty w całej okolicy. Byli nawet w trakcie nagrywania pierwszej płyty. Gość podobno całkiem nieźle radził sobie z gitarą basową. Już na niej nigdy nie zagra. Starsza kobieta, od której odwróciły się córki, za emeryturę po mężu żyje w czymś jeszcze podlejszym od ubóstwa, codziennie dokonując wyboru: między jedną tabletką a suchą bułką, między bólem a głodem, nie mając siły ani odwagi żebrać od obcych. Nawet dzieciaki, te młode i niewinne istoty, promyk nadziei człowieczeństwa, są już skażone ponurym cieniem złego przykładu, rzucają do siebie na placach zabaw mięchem, okładają się pięściami, okradają, okłamują.

                   I mógłbym tak wyliczać te: wścibskie staruchy, zakłamane dziady, niewierne żony, ojców furiatów, młodociane ćpuny, internetowe prostytutki, diabły w ciałach dzieci, na każdej klatce, za każdymi drzwiami, w osobliwych celach, siedzimy skazani na swój żywot. Większość z nas tutaj przypomina zwierzęta – zdziczałe, złamane, zbite, zaszczute. Pokrzywdzone przez los egzemplarze, egzemplarze pozbawione nadziei, które nadają się tylko na wystawę w tym osobliwym zoo z wielkiej płyty, do pokazywania wąskiej widowni o białych dłoniach, czystych sumieniach i pięknych życiorysach.

                   Oczywiście ja też mam tutaj swoją ciasną i brudną klatkę,  którą nawet lubię, bo człowiek pozbawiony innych opcji, jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. W każdym razie uśmiecham się w niej przez zardzewiałe kraty.

Przejdź do treści