Zaczęło wyrastać tuż przy śmietniku. Nie sposób go było nie zauważyć wśród połaci spękanego betonu, gdzieniegdzie obficie pokrytego mchem. Nie sposób, bo machało do mnie wiotkimi gałęziami, na których, poruszane lekkimi podmuchami wiatru, kołysały się zadziwiająco duże, jasnozielone liście, skąpane w przedpołudniowym słońcu. Był lipiec, więc słońce wędrowało wysoko nad horyzontem, a dzięki temu malał mur okalający podwórko. Drzewko stało się przeszkodą na drodze promieni i jednocześnie ażurowym dziełem sztuki na brzydkiej szarości. Podziwiałam je ukryta za firanką. Ten widok napełniał mnie radością, ale też bólem, strachem i pewnością, że niebawem zniknie, że któregoś dnia spojrzę przez okno i zobaczę jedynie szczelinę w betonie. Unicestwi je dozorca, gdy takie otrzyma zadanie – zamieść podwórko miotłą z brzozowych witek, wyrwać każde nowe życie, każdą samosiejkę. Już nieraz byłam świadkiem takiego unicestwienia. Nie mogłam nic zrobić, nie mogłam wstawić się za mniszkami przycupniętymi pod murem. Miałam tylko nadzieję, że zdążą zakwitnąć, bym mogła nacieszyć wzrok żółtymi języczkami; że będę świadkiem ich cudownego przeobrażenia w białe, puchowe
kule. Czasem tak się działo. Zbyt rzadko.
I teraz ono – silne i słabe, pełne życia, nieświadomie oczekuje na śmierć. Moje drzewko. Moja topola. Moje alter ego.
Wychodzę z domu tylko w ostateczności, najczęściej wieczorem albo gdy pada deszcz. Wtedy spotykam na swojej drodze niewiele osób. Nie czuję się dobrze wśród ludzi, boję się ich. Na szczęście czasy sprzyjają odludkom, sprzyjają odosobnieniu. Są błogosławieństwem i przekleństwem w tych samych proporcjach. Dzięki nim mogę być samotna i z ich powodu cierpię z samotności. Nie zawsze tak było, a może zawsze, tylko kiedyś odgrywałam role przypisane przez życie. Musiałam to robić, choć talentu nie mam za grosz, więc żadnych braw, żadnych nagród, za to dużo krytyki, pogardy lub obojętności.
I teraz ono wyrasta tuż obok, jakby chciało udowodnić, że można żyć mimo wszystko. Nieważne jak długo. Żyć, a nie wegetować, wzdrygając się na odgłos trzaśnięcia furtki, drżeć z obawy, czy to ktoś do mnie, czy tylko któryś z lokatorów oficyny wraca do domu albo, z tych mieszkających od frontu, idzie wyrzucić śmieci. Brzęk szkła wrzuconego do pojemnika, odgłos spadającej klapy i ulga. Przez ułamek sekundy czuję się bezpieczna. Nigdy szczęśliwa. Nawet jeśli patrzę na kwiaty, które towarzyszą mi od lat. Kocham je. Latem, tak bezczelnie zielone i piękne, wypuszczające nowe pędy, błyszczące liście. Wiem, że zmarnieją zimą, jednak będą walczyć, czekając na wiosnę, na światło. Jestem bezsilna. Nie mogę przyspieszyć czasu ani zburzyć muru i nowoczesnego budynku, który wyrósł za nim na ponad dwadzieścia metrów, zasłaniając pół nieba. Czasem myślę, że powinnam oddać kwiaty komuś, kto żyje w świetle i ma dobrą rękę do roślin. Tak się mówi: mieć do czegoś dobrą rękę. Moja mama miała taką do pelargonii. Kwitły jak szalone, dostawały wszystkiego tyle, ile trzeba: słońca, wody. Miłości… Dla mnie już jej nie wystarczyło. A może nie potrafiłam jej przyjąć tak, jak teraz nie potrafię zaufać. Nawet sobie. Za to umiem się obwiniać, pogłębiać wyrzuty sumienia wciąż znajdując nowe, i gubić radość. Myślałam
nawet, że zgubiłam ją już na zawsze…
I teraz ona – zielona, przywołująca radość. Samosiejka. Udowadnia, że jest inaczej. Uśmiecham się. Wiem, że muszę jej dotknąć, by przekazała mi wolę życia i odwagę. Coś w rodzaju magii zdarzy się na betonowym podwórku, gdy musnę ozłocone liście choćby jednym palcem.
Zaczynam szykować się do wyjścia. Robię to szybko, bo wiem, że w każdej chwili mogę stchórzyć. Nie daję sobie czasu na szukanie przeciwności. Uśmiech przechodzi w śmiech, coraz głośniejszy, z samej siebie. Mam ochotę wytknąć się palcem w lustrze i krzyknąć:
– Wariatko! Od kiedy wierzysz w magię? Jeśli nawet komuś się przydarza, to przecież nie tobie. Topola nie uczyni cudu, nie staniesz się nagle kimś innym, nie urodzisz się na nowo, wolna i
radosna jak ptak.
Milczę jednak, obmywam twarz zimną wodą, przygładzam włosy i po chwili przekraczam próg. Zaatakowana promieniami mrużę oczy i jednocześnie dociera do mnie bezsens tego, co chcę zrobić. Mimo wszystko nie rezygnuję i chwiejnym krokiem ruszam w stronę topoli. Dzieli mnie od niej zaledwie dziesięć metrów, a już w połowie drogi zaczynam dyszeć jak po długim marszu. Myślę o sąsiadach, którzy być może obserwując moje poczynania, zyskają tylko kolejny dowód na to, że jestem dziwaczką. Mogłaś wziąć worek ze śmieciami. Dla niepoznaki – karcę się w myślach, ale idę. To drzewko ma niezwykłą moc przyciągania. Daje siłę. Rośnie we mnie pewność, że za chwilę dostanę jej jeszcze więcej. Chcę tego. Zatrzymuję się, ocieram pot z czoła i zachłannie łykam haust powietrza. Jest gorące, a ja jestem u celu. Opadam na kolana, czując niewysłowioną ulgę, że mi się udało. Dotykam z namaszczeniem liści i gałązek, płaczę. Nie obchodzi mnie już to, czy ktoś to widzi, czy nie. Modlę się jedynie, by nikt nie zakłócił tej chwili. Może choć raz moje modlitwy zostaną wysłuchane. Nie przestaję płakać, z radości i szczęścia. Znika wstyd, zastyga czas. To rzeczywiście magia. Gdy w końcu wstaje, czuję drżenie kolan i powolutku, jak staruszka, docieram do muru, by się na nim wesprzeć. Daje nie tylko oparcie, ale też chłodzi rozgrzane ciało.
Jest przyjemnie. Zamykam oczy.
– Dobrze się pani czuje?
– Tak – odpowiadam, natychmiast odrywając się od muru, jakby przyłapana na pieszczotach z
kochankiem – nigdy nie czułam się lepiej.
Młoda kobieta nie odchodzi. W jej spojrzeniu widzę troskę, ale też strach. Boi się mnie czy o mnie? Z dwojga złego wolę to pierwsze – myślę nie bez satysfakcji. Dawno nie czułam się tak lekko i wesoło.
Mijam swobodnym krokiem samosiejkę, jeszcze raz muskając ją dłonią, mijam przyglądającą mi się bacznie kobietę i wychodzę za bramę. Nie oglądam się za siebie. Idę w pełnym słońcu z podniesioną głową, i myślę o słonecznikach. Staję się słonecznikiem – dzieckiem słońca. Chcę jak najszybciej dojść do parku, zostawić za sobą smród śródmieścia, poczuć zapach lip i kąpać się w ich cieniu. Skręcam w ukwiecony pasaż i zatrzymuję się na środku chodnika. Po prawej stronie mam otoczony wysokimi drzewami plac zabaw, a po lewej kamienice oddzielone szerokim pasmem zieleni. Na wprost fontanna. Woda błyszczy w słońcu, opływając pieszczotliwie posąg nimfy – nagiej i pięknej kobiety, we wdzięcznej pozie siedzącej na kamieniu. Tak dawno jej nie widziałam, podchodzę bliżej ciesząc się na to spotkanie, na zachwyt.
Nareszcie tu jestem, odważyłam się – mówię z dumą w myślach.
Widok okaleczonego ciała nimfy przeszywa mnie bólem. Zginam się wpół, jakbym dostała cios w żołądek. Z trudem łapię powietrze. Po chwili jednak opanowuję się, prostuję, powoli wiodę wzrokiem po poranionej twarzy kobiety, po jej szyi, ramionach, kształtnych piersiach, brzuchu i udach. Zatrzymuję spojrzenie na lewej dłoni, na długich palcach ułożonych w połowie łydki, takich bezbronnych, pogodzonych z losem. Drugą dłonią wspiera się na kamieniu. Też muszę znaleźć oparcie. Przysiadam na murku okalającym fontannę. Czuję przyjemny chłód kropel. Lekką bryzę na
rękach i twarzy.
I ból. Powrócił. Przyjmuję ciosy, raz za razem, raz za razem i znów… Czy to był nóż, czy kamień z ostrymi krawędziami? Nieważne, bo prawdziwym narzędziem stał się człowiek. Nimfa przyjęła jego okrucieństwo, ja mogę się bronić, próbować uciec. I robię to. Biegnę jak szalona na swoją ulicę, do kamienicy, do bramy. Wpadam na podwórze. Byle dalej od widoku zmasakrowanej kobiety, od smutku wyrysowanego głębokimi cięciami na jej obliczu, byle dalej od oprawcy. Nim dopadnę drzwi, chcę spojrzeć na samosiejkę, z wyrzutem, bo magia nie zadziałała, a raczej zadziałała, przynosząc zło. Widzę szczelinę w betonie, kolejną niezagojoną ranę. Wracam do swoich kwiatów, do wspomnień, do rozpamiętywania. Lizanie ran – to nie dla mnie, muszę je rozdrapywać, bo tylko zmarli zostali mi do zwierzeń. Nie chcę już tego zmieniać. Nie trzymam w
dłoni noża czy kamienia, ale zadaję ciosy. Sobie.
Nagle jednak przychodzi myśl, że już powinnam przestać, zrzucić wreszcie ból na pokiereszowane ramiona nimfy. Może to ona jest moim alter ego. Mogę myśleć, wmawiać sobie, że tylko ją spotkało coś złego, nie mnie. A wtedy… Wystarczy ktoś z dobrą ręką, aby usunąć głębokie rysy.